wtorek, 30 września 2014

Zofia Więciorkowska: Chcę bić rekordy, sprawiać niespodzianki i rozsławiać Polskę

Zofia Więciorkowska to była reprezentantka Polski seniorów w lekkiej atletyce. Od kilkunastu lat była zawodniczka AZS Olsztyn z powodzeniem startuje w imprezach kategorii Masters. W niedawno zakończonych Mistrzostwach Europy w Turcji wywalczyła aż trzy medale - wszystkie z najcenniejszego kruszcu.

Tomek Moczerniuk: Niedawno wróciłaś z ME Masters w Turcji, gdzie odniosłaś fantastyczny sukces - bo tylko tak można nazwać wywalczenie aż trzech złotych krążków! Czy spodziewałaś się, że powrócisz do USA z takim bagażem złota?

Zofia Więciorkowska: Wyjeżdżając do Izmiru nie myślałam o medalach, chociaż każdy sportowiec o nich marzy. Chciałam po prostu uzyskać jak najlepsze miejsca. Rywalizacja w mojej kategorii wiekowej (50-54 lat) jest bardzo duża i w Turcji była obsadzona największą liczbą zawodników. Muszę przyznać, że po cichu liczyłam na złoto w biegu na 2000 metrów z przeszkodami. Zdobycie trzech złotych medali było dla mnie niespodzianką. Ale coż, tak to jest w sporcie - niespodzianki są bardzo miłe.

Który z krążków uważasz za najcenniejszy i dlaczego?

Z.W.: Każdy z medali jest dla mnie ważny. Najtrudniej wywalczonym był jednak ten z przedostatniego dnia mistrzostw z biegu na 800 metrów, bowiem walczyłam tam nie tylko z dwunastoma konkurentkami i dochodzącym do 40 stopni Celsjusza upałem, ale i kontuzją stopy jakiej nabawiłam się podczas biegu na 2km z przeszkodami. Na drugim okrążeniu na rowie z wodą niefortunnie zeskoczyłam i poczułam ból, z którym dobiegłam do mety nie dając poznać tego moim rywalkom. Po biegu były okłady z lodu, ale opuchlizna pozostała. Dobrze, że mieliśmy trzy dni przerwy i nie musiałam biegać półfinału na 800 metrów. Występ w finale stał pod znakiem zapytania. Nie wiedziałam także czy zdołam dobiec do mety. Ale mimo lekkiego bólu stopy wystartowałam, pokonałam rywalki i zdobyłam trzecie złoto.

Oprócz medali poprawiłaś też kilka osiągnięć indywidualnych - jakich?

Z.W.: W biegu na 2000m z przeszkodami ustanowiłam nowy rekord ME i pobiłam rekord Polski. Do najlepszego wyniku na świecie zabrakło mi tylko 5. sekund. Być może wynik byłby lepszy, gdybym była naciskana przez rywalki. Pozostał niedosyt, ale i motywacja do dalszego treningu. W światowych tabelach jestem obecnie liderką na 800m, 2000m z przeszkodami oraz nietypowym dystansie 1 mili (1609m). Bardzo się z tego cieszę. Również w medalowej klasyfikacji wszechczasów Polskiego Związku Masters Lekkiej Atletyki awansowałam na trzecie miejsce z ilością 48 pkt. Do olimpijki Anny Włodarczyk, która jest druga brakuje mi już tylko 1 pkt. Dotychczas w imprezach rangi mistrzowskiej (Europy i Świata) zdobyłam 21 medali (10 złotych, 7 srebrnych i 4 brązowe), a startuję w nich od 2006.

Kilkanaście lat temu z powodzeniem startowałaś w reprezentacji Polski Seniorów, a teraz rywalizujesz w Masters (powyżej 35 roku życia). Powiedz czym różnią się występy w tych dwóch kategoriach? 

Z.W.: Największą różnicą jest to, że Seniorzy są finansowani z budżetu Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Kiedy byłam w kadrze Polski moim zadaniem był tylko trening i uzyskiwanie dobrych wyników. Wszystkie inne sprawy miałam załatwione. Teraz muszę wszystko organizować sama: szukać sponsorów, opłacać wyjazdy, hotele i zadbać o odpowiednie przygotowanie do imprez mistrzowskich.

Jak w takim razie godzisz życie rodzinne i treningi? 

Z.W.: Na wszystko trzeba znaleźć czas. Mam rodzinę, dwójkę dzieci, pracę, do tego dochodzą obowiązki domowe. Mój trening wymaga dużych wyrzeczeń i zrozumienia partnera oraz rodziny. Wiele zawdzięczam mężowi, który pomaga mi w wielu domowych pracach, jest zapalonym organizatorem i dba, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Jak wiele trzeba trenować, aby liczyć się w stawce najlepszych Masterów na świecie?

Z.W.: W tygodniu zaliczam 10-12 treningów włącznie z zajęciami na sali. Korzystam też z pływalni, sauny. Bywa tak, że po wieczornym treningu wracam do domu około północy. Tutaj nie oszukam, bo konkurencja nie śpi. Jeśli nie wykonam zaplanowanej wcześniej pracy, nie ma co liczyć na wyniki na światowym poziomie. Przydałyby się również wyjazdy na obozy wysokogórskie, ale o tym trzeba zapomnieć ze względu na koszty.

Jak wielkie są to kwoty, skąd bierzesz sponsorów i w jaki sposób można dołączyć do grona ludzi chcących wesprzeć Twoją pasję?

Z.W.: Udział w zawodach kosztuje dosyć sporo. Trzeba opłacić zgłoszenie, przeloty, pobyt. Do tego dochodzi sprzęt sportowy. A w roku są przynajmniej dwie imprezy mistrzowskie. Dla przykładu na mój ostatni wyjazd do Turcji wydałam ponad trzy tysiące dolarów. Część kosztów pokryło kilku moich wiernych sponsorów, którym jestem bardzo wdzięczna. Mam nadzieję, że moja sytuacja w przyszłości się zmieni, bo szukam sponsora strategicznego.

Czy za miejsca na podium otrzymuje się jakieś premie?

Z.W.: Odpowiem Ci prosto - zero. Mam tylko satysfakcję z tego co robię.

Czyli jest to prawdziwa, czysta, amatorska rywalizacja. Czy wpływa to na jakość zawodów?

Z.W.: Nie, mistrzowskie imprezy Masters charakteryzują się dużą rywalizacją i wysokim poziomem, bo w niektórych konkurencjach i przedziałach wiekowych (co 5 lat) startuje naprawdę duża ilość zawodników. W sumie w Mistrzostwach Europy bierze udział ok. trzech tysięcy sportowców, a w MŚ ta liczba może być nawet dwa razy większa.

A jak wygląda oprawa medialna i atmosfera na stadionie? Czy są transmisje w telewizji? 

Z.W.: Atmosfera jest świetna, bo doping tworzą sami uczestnicy plus osoby towarzyszące. Z relacjonowaniem takich wydarzeń jest różnie. Niestety w Polsce w dalszym ciągu nie ma zrozumienia dla sportu Masters. Wciąż istnieje przekonanie, ze sport mogą uprawiać tylko ludzie młodzi. A czym my się od nich różnimy? Tylko wiekiem. Tak nie powinno być. Młodzi sportowcy mogliby mieć w nas dobre przykłady do naśladowania, bo każdy wynik w kategorii Masters można przeliczyć ma seniorski. To powinno być odpowiednikiem. Wówczas Mastersi z wybitnymi osiągnięciami byliby bardziej doceniani przez Państwo, media, sponsorów czy społeczeństwo. My też w końcu zdobywamy medale i przynosimy rozgłos dla Polski.

No właśnie czym są dla Ciebie starty w biało-czerwonych barwach?

Z.W.: Cieszę się z tego, że mogę reprezentować Polskę i rozsławiać Polonię na świecie, bo mogłabym przecież startować w reprezentacji USA. Zapewne miałabym sponsora i większy komfort przygotowań i startów. Ja jednak postanowiłam rozsławiać imię Polski w USA i wszędzie gdzie startuję. Jestem z tego dumna. Chcę pokazać, że wiek się nie liczy, jak to wielu wciąż z nas myśli. Liczy się charakter człowieka oraz cel, który w życiu obieramy i do którego dążymy.

Jakie masz plany startowe na najbliższe miesiące? Gdzie będzie można Ciebie zobaczyć lub z Tobą pobiegać?

Z.W.: Czas leci nieubłaganie i trzeba już zacząć przygotowania do Halowych Mistrzostw Europy, które pod koniec marca 2015 odbędą się w Polsce, w Toruniu. Drugą imprezą są sierpniowe Mistrzostwa Świata we francuskim Lyon. W międzyczasie zapewne pobiegnę w kilku wyścigach ulicznych oraz czeka mnie kilka halowych startów w Nowym Jorku i Bostonie.

Co chciałabyś przekazać Twoim kibicom i sponsorom?

Z.W.: Dziękuję wszystkim, którzy kibicują mi na codzień, dzięki czemu mogę czuć się doceniona. Pragnę szczególnie podziękować sponsorom, którzy wspierają mnie finansowo. Będę potrzebowała Waszego wsparcia, gdyż dalej chcę startować na arenach międzynarodowych z orzełkiem na piersi. Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, chcę bić rekordy i sprawiać niespodzianki. Chcę by grano Mazurka Dąbrowskiego – bo jest to coś wspaniałego. Pragnę, aby o Naszej Ojczyźnie i Polonii mówiono i pisano na całym świecie.

__________________________________________________________________

Historia startów Zofii Więciorkowskiej w Mistrzostwach Europy Masters:

  • 2006 – Poznań (Polska) / 40-44
    Złoto: 800m – 2:17.1, 1500m – 4:41.86, 2000m z przeszkodami – 7:25.15
  • 2008 – Lubljana (Slovenia) / (45-49)
    Złoto: 800m – 2:16.88, 1500m – 4:48.33, 2000m z przeszkodami – 7:28.09
  • 2010 – Nyiegyhanza (Wegry) / 45-49
    Brąz: 800m – 2:22.34, Srebro: 2000m z przeszkodami – 7:57.89, Brąz: sztafeta 4x100
  • 2014 – Izmir (Turcja) / 50-54
    Złoto: 800m – 2:27.60, 1500m – 5:06.79, 2000m z przeszkodami – 7:47.33

poniedziałek, 29 września 2014

MLS: Pogrom w Kalifornii, Rekordzista Donovan

Najlepszy piłkarz w historii USA kończy karierę. Foto: MLS
Landon Donovan otrzymał od Red Bulls dwa prezenty na zakończenie kariery. Najpierw dostał kompas i wycieczkę do Nowego Jorku od działaczy, a potem obrońcy sprezentowali mu bramkę i trzy asysty, dzięki czemu LD wyrównał rekord asyst MLS, a LA Galaxy rozgromiło w Kalifornii Red Bulls 4:0.

Mecz pomiędzy dwoma najlepszymi w ostatnich tygodniach drużynami w lidze nie rozczarował, choć gra nowojorczyków była przyzwoita tylko przez 45 minut. Liderzy MLS West, którzy nie przegrali od 8. kolejek, objęli prowadzenie już w 8.min. Lewą stroną popędził Landon Donovan, który przed meczem otrzymał od nowojorskich działaczy kompas z napisem "Niech ten kompas Cię prowadzi w Twoich podróżach" oraz tygodniową wycieczkę do Nowego Jorku (m.in. z opłaconymi musicalami na Broadway'u, skokiem ze spadochronem z Red Bull Air Force, przelotem helikopterem itp) zakręcił obrońcami i zagrał wzdłuż pola karnego do Robbie'go Keane'a. Ten sprytnie zwiódł Roya Millera i cudowną podcinką przerzucił piłkę nad Luisem Roblesem. Dla reprezentanta Irlandii był to 50. gol w MLS, natomiast Donovan zaliczył 133. asystę - co oznacza, że do wyrównania rekordu Steve'a Ralstona kalifornijczykowi brakowało w tym momencie jeszcze tylko dwóch kluczowych podań.

LA poszło za ciosem, ale Gyasi Zardes w przeciągu kilku minut nie wykorzystał dwóch świetnych okazji. Potem do głosu doszli goście, ale najlepszy snajper w lidze Bradley Wright-Phillips również pomylił się w dwóch dogodnych sytuacjach. Szansę miał także Eric Alexander, który po podaniu od Thierry Henry'ego znalazł się sam-na-sam z Jaime Penedo. Strzał EA był jednak zbyt lekki i nie sprawił reprezentantowi Panamy większych kłopotów.

Tuż przed przerwą świetną akcją lewą stroną popisał się Robbie Rodgers. 18-krotny reprezentant USA niemiłosiernie ograł Chrisa Duvalla i wyłożył piłkę Zardesowi, który piętą trafił w stojącego tuż przed bramką Jamesona Olave. Rodgers odzyskał piłkę i zagrał do Baggio Husidica, ale Bośniak strzelił wprost w Roblesa. Rodgers znów najszybciej zareagował i oddał kolejny strzał na bramkę Red Bulls, który w fenomenalnym stylu na rzut rożny wybił Robles.

Druga część rozpoczęła się identycznie jak pierwsza. W 50.min Husidic zdecydował się na długi przerzut na drugą stronę boiska w kierunku Donovana, ale do piłki pierwszy dopadł Duvall. Obrońca Red Bulls próbował klatką zagrać futbolówkę do Roblesa, jednak Donovan odczytał jego zamiar, przechwycił piłkę i ze spokojem ulokował ją w siatce. Był to 10. gol w sezonie i 144. w karierze w MLS - pod tym względem nikt nie jest od niego lepszy. W 69.min najlepszy na boisku LD10 dołożył kolejną asystę. Akcję rozpoczął Zardes, który wymienił się podaniami ze Stefanem Ishizakim i wpadł w pole karne. Tam wypatrzył Donovana, który natychmiast z klepki odegrał do 23-latka. Strzał Zardesa przeleciał pomiędzy nogami Olave i ugrzązł w siatce Red Bulls.

Mimo wysokiego wyniku nowojorczycy w dalszym ciągu nie zaprzestali pomagać Donovanowi w biciu rekordów. Jego bilans asyst powinien wzrosnąć o kolejną w 81.min, ale Keane po świetnym podaniu Donovana nie trafił w bramkę. Minutę później Donovan znowu zagrał piłkę "na nos" wbiegającego w pole karne Irlandczyka. Ten ograł Roblesa, a potem ośmieszył Ibrahima Sekgayę i ustalił wynik spotkania. Asysta nie została w tej sytuacji przyznana od razu, bo piłka odbiła się od nogi obrońcy Red Bulls. Dopiero kilka minut po zakończeniu spotkania Opta, która zajmuje się ligowymi statystykami, oficjalnie poinformowała o wyrównaniu rekordu przez Donovana. "Bardzo cieszy mnie ten bilans, ale zamierzam go jeszcze poprawić." - powiedział w rozmowie z dziennikarzami Donovan - "Chciałbym też podziękować wszystkim, którzy zamieniali moje podania na bramki. bo aby taki rekord uzyskać musisz grać z dobrymi strzelcami i dziś nam tego nie zabrakło."

Kończący karierę 32-letni Donovan rozegrał znakomite spotkanie. W pojedynkę rozpracował Red Bulls i może tylko żałować, że najprawdopodobniej już nigdy nie zagra przeciw nim, bo w 17. spotkaniach wbił im 10 goli i zaliczył 7 asyst. Być może było to także ostatnie boiskowe starcie Donovana i Henry'ego w MLS. 37-letni Francuz - któremu z końcem sezonu wygasa kontrakt - nabiera wodę w usta pytany o swoją przyszłość. Jeśli tak będzie to w odróżnieniu od Donovana Henry nie zostawi po sobie dobrego wrażenia, bo w niedzielę dosłownie snuł się po boisku. Podobnie zresztą jak drugi Designated Player Tim Cahill, który zgubił gdzieś mundialową formę i nie może jej odnaleźć.

Zawiedli nie tylko Henry i Cahill, bo gra całej jedenastki gości - którzy spadli na 5. miejsce w tabeli - wołała o pomstę do nieba. Szczególnie w drugiej części zabrakło determinacji i ambicji. Jeśli w ostatnich czterech spotkaniach Red Bulls nie poprawią formy to o awans do playoffs będzie bardzo trudno. Można pocieszać się jedynie tym, że pierwsze trzy mecze rozegrają na własnym boisku z drużynami walczącymi o awans. Najbliższe starcie z Houston Dynamo już w sobotę o 18:00 (bilety: www.newyorkredbulls.com/tickets).

28 wrzesień 2014, 20:45
MLS Regular Season
StubHub Center - Carson, CA

LA Galaxy - New York Red Bulls 4:0 (1:0)
1:0 - Robbie Keane 16 (Landon Donovan 16) 8'
2:0 - Landon Donovan 10 (unassisted) 50'
3:0 - Gyasi Zardes 16 (Landon Donovan 17) 69'
4:0 - Robbie Keane 17 (Landon Donovan 18) 82'

LA Galaxy (16-5-9, 57 pkt): Jaime Penedo, Dan Gargan, Omar Gonzalez, A.J. DeLaGarza, Robbie Rogers (Leonardo 73'), Baggio Husidic, Marcelo Sarvas (Stefan Ishizaki 67'), Juninho, Landon Donovan, Robbie Keane, Gyasi Zardes (Alan Gordon 81')

New York Red Bulls (10-9-11, 41 pkt): Luis Robles, Chris Duvall (Richard Eckersley 60'), Ibrahim Sekagya, Jamison Olave, Roy Miller, Tim Cahill, Dax McCarty, Eric Alexander (Ruben Bover 69'), Peguy Luyindula, Thierry Henry, Bradley Wright-Phillips (Marius Obekop 82')

Sędziował: Armando Villarreal
Żółta: Jamison Olave
Widzów: 25,102

Pozostałe wyniki:
Houston Dynamo - Chicago 2:0 (Cummings 15' Boniek Garcia 67'), Colorado Rapids - San Jose Earthquakes 1:1 (G. Torres 84' - Harris 94'), Columbus Crew - Montreal Impact 2:0 (Finlay 2', Higuain 58'k - w tym meczu nie zagrał Krzysztof Król), Vancouver Whitecaps - Real Salt Lake City 2:1 (Pedro Morales 62', 78'k - Borchers 57'), Seattle Sounders - Chivas USA 4:2 (Martins 14', 81', Neagle 37' Dempsey 45' - E. Torres 12', Anibaba 18'sam), DC United - Philadelphia Union 1:0 (Luis Silva 10'), Toronto FC - Portland Timbers 3:2 (Hagglund 62', 70, Bradley 89' - Adi 13', Caldwell 16'sam), Sporting KC - New England Revolution 2:3 (Nagamura 54', Dwyer 56' - Rowe 22', Goncalves 35', J. Jones 85')

Tabela:
1. DC United 30 51 46:34
2. Sporting KC 30 45 45:37
3. NE Revolution 30 45 44:42
4. Columbus Crew 30 43 43:36
5. Red Bulls 30 41 48:46
6. Toronto FC 29 40 43:45
7. Philadelphia Union 30 38 45:44
8. Houston Dynamo 29 36 35:50
9. Chicago Fire 29 31 37:45
10. Montreal Impact 30 24 34:54

niedziela, 28 września 2014

NASL: Zahorski na ławce, gol Szeteli

W 12. kolejce NASL bramka Daniela Szeteli dała Cosmosowi remis w wyjazdowym meczu z FC Edmonton. Dobrze spisały się także Skorpiony, które - mimo absencji w składzie Tomasza Zahorskiego - ograły w Atlancie Silverbacks 1:0.

Josh Saunders zachował czyste konto. Foto: SA Scorpions
Szczęśliwa wygrana Skorpionów
Gol Elizondo dał San Antonio Scorpions arcyważne zwycięstwo w Atlancie. Trzy punkty sprawiły, że ekipa z Teksasu wciąż liczy się w grze o mistrzostwo jesieni.

W meczu wicelidera z outsiderem wydawać się mogło, że Silverbacks nie mogą wyrządzić Skorpionom żadnej krzywdy. Tymczasem chcący przerwać passę trzech porażek z rzędu gospodarze od początku sprawiali dużo lepsze wrażenie. W pierwszej części tylko dobrej postawie w bramce Josha Saundersa podopieczni Alena Marciny mogli zawdzięczać to, że nie przegrywali przynajmniej kilkoma bramkami. Golkiper gości obronił m.in. groźny strzał Lucasa Pauliniego w 25.min.

W drugiej odsłonie gościom - którzy w pierwszej połowie ani razu nie zagrozili bramce Atlanty - wyszła dosłownie jedna akcja. W 49.min do piłki zabranej szarżującemu Rafaelowi Castillo dopadł Cesar Elizondo i strzałem z 18. metrów pokonał Erica Ati. Atlanta nie zraziła się niepowodzeniem i nadal atakowała, ale szwankowała skuteczność. Szczególne pretensje powinien mieć do siebie Junior Sandoval, który pomiędzy 60. i 75.min dwukrotnie strzelał w Saundersa i raz w poprzeczkę.

Szczęśliwa wygrana w meczu, który sędziował Polak Robert Sibiga sprawiła, że ekipa z Teksasu nie straciła dystansu do rewelacyjnej w tym sezonie Minnesoty United. Na 6 kolejek przed końcem rundy jesiennej ekipa Tomasza Zahorskiego, który w tym spotkaniu nie zagrał nadal ma dwa punkty straty. "Trener zadecydował, że da szansę nowo pozyskanemu Giuseppe Gentile." - tłumaczy najlepszy strzelec Scorpions w tym sezonie - "Nie znaczy to rzecz jasna, że straciłem miejsce w pierwszej jedenastce, bo zamierzam o nie ostro powalczyć na treningach."

Atlanta Silverbacks - San Antonio Scorpions 0:1 (Elizondo 49')
Scorpions: Saunders - James, Cann, Janicki, Menjivar - Restrepo, Soto, Castillo, Forbes (Touray 77') - Elizondo (Borrajo 85'), Gentile (Hassli 65')

Sebastian Guenzatti i Cosmos wywieźli cenny punkt z Edmonton. Foto: FC Edmonton
Remis Cosmosu, gol Szeteli

Bramka Daniela Szeteli dała Cosmosowi remis w wyjazdowym meczu z FC Edmonton. Gracz z polskim paszportem zdobył swojego trzeciego gola w sezonie.

Kanadyjski Edmonton nie należy do miejsc, do których ekipy NASL chcą wracać. Zimna temperatura, porywisty wiatr i nienajlepsza nawierzchnia sprawiają, że o punkty jest tam niezwykle trudno. Grający z wiatrem piłkarze Cosmosu doskonale wiedzieli, że szansy na zwycięstwo trzeba było szukać już w pierwszej części.

Podobnie jednak jak w kilku poprzednich spotkaniach u nowojorczyków szwankowała skuteczność. Aktywny był Jemal Johnson, który siał spustoszenie po lewej stronie, ale jego centry nie zostały zamienione na gole przez Madsa Stokkeliena. Szczęścia zabrakło także Danielowi Szeteli, którego strzał w ładnym stylu obronił Lance Parker.

W drugiej części Szetela dopiął swego w 51.min. Hunter Freeman dośrodkował z rzutu rożnego wprost na głowę Stokkeliena. Norweg przedłużył podanie w kierunku bramki, gdzie Szetela - mimo asysty obrońcy - wpakował piłkę głową do siatki.

Gospodarze wyrównali już 11 minut później. Po nieco przypadkowej wymianie podań w środku pola i dośrodkowaniu z lewej strony piłkę przytomnie zgasił Horace James a wbiegającemu w pole karne Tomiemu Ameobi nie pozostało nic innego jak tylko umieścić futbolówkę w siatce. Od tamtej pory liczyła się tylko ekipa gospodarzy, którzy mimo licznych szans nie potrafili jednak przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. W 68.min w sukurs gościom przyszła poprzeczka. Dwukrotnie groźne strzały gospodarzy blokowali obrońcy Cosmosu, a raz Jimmy Maurer w świetnym stylu obronił uderzenie Lance'a Lainga.

Remis bardziej ucieszył graczy Gio Savarese, którzy nie wygrali na wyjeździe od 9. sierpnia. "Jechaliśmy do Edmonton z zamiarem wywalczenia trzech punktów." - powiedział po meczu Daniel Szetela - "Ale biorąc pod uwagę jak się mecz potoczył musimy być zadowoleni z jednego punktu wywalczonego na ciężkim obiekcie." W najbliższą sobotę o 20:00 Szetela i spółka podejmą Indy Eleven (www.nycosmos.com/tickets, kod dla Polaków: POLSKA).

FC Edmonton - Cosmos 1:1 (0:0) 0:1 - Szetela 51' 1:1 - Ameobi 62'
Cosmos: Maurer - Freeman, Gorskie, Mendes, Lade - Flores, Szetela, Chirishian (Guenzatti 69'), Stokkelien (Dimitrov 80'), Mwanga, Johnson (Diaz 88')

Pozostałe wyniki:
Ottawa Fury - Minnesota United 2:3 (Heinemann 16', Ryan 55' - Ibarra 20', Daniel Mendes 23', C. Ramirez 88')
Indy Eleven - Carolina RailHawks 0:1 (Albadawi 53')

Tabela po 12 kolejkach:
1. Minnesota United 12 27 25:12
2. San Antonio Scorpions 13 25 20:13
3. Carolina RailHawks 13 19 22:21
4. FC Edmonton 12 19 15:15
5. Cosmos 13 17 19:20
6. Tampa Bay Rowdies 11 16 14:15
7. Ft. Lauderdale Strikers 12 15 11:15
8. Ottawa Fury 12 12 14:17
9. Indy Eleven 13 12 14:23
10. Atlanta Silverbacks 12 11 16:20

środa, 24 września 2014

Kobryn: Phoenix było dla mnie szczęśliwsze

Ewelina Kobryn to pierwsza Polka, która wywalczyła mistrzostwo WNBA. Foto: WNBA / Getty
Kilkanaście dni temu Ewelina Kobryn jako pierwsza w historii Polka wywalczyła mistrzostwo WNBA. Tytuł bardzo ucieszył urodzoną w Tarnobrzegu zawodniczkę, która na razie nie myśli o jego obronie, tylko skupia się na grze w Rosji oraz... rozpoczętych studiach.

Tomek Moczerniuk: Do Phoenix trafiłaś 15 kwietnia 2014 - na miesiąc przed rozpoczęciem rozgrywek. Jak do tego doszło?

E.K.: Stało się tak dzięki wymianie zawodniczek pomiędzy moim poprzednim klubem Seattle Storm i Phoenix Mercury. Do Storm poszła Charde Houston a ja przeniosłam się do Phoenix, gdyż naszej trenerce Sandy Brondello do koncepcji budowy zespołu brakowało jeszcze jednego wysokiego gracza.

Wspomniana Sandy Brondello to była utytułowana zawodniczka australijska, która w karierze trenerskiej pokazała się dopiero jako trenerka Mercury. W tym sezonie została wybrana Trenerem Roku w WNBA. Wy znacie się jeszcze z Jekaterinburga?

E.K: Tak, w UMMC Jekaterinburg współpracujemy razem już od dwóch lat. Myślę, że głównie dlatego zabiegała o pozyskanie mnie do zespołu. Dobrze wiedziała, że znając system gry i system jej pracy będzie mi łatwiej zadomowić się w drużynie. Dobrze, że padło na mnie.

Ewelina w barwach Phoenix. Foto: WNBA/Getty
W Rosji nie macie sobie równych. Wygrałyście ligę i puchar po raz 5. z rzędu, ale nie udało Wam się obronić triumfu w Eurolidze. Trzecie miejsce to sukces?

E.K.: Na pewno każdego roku drużyna budowana jest z myślą o zdobyciu mistrzostwa Euroligi oraz wygrania pucharu i mistrzostwa Rosji. Więc z pewnością 3. miejsce w Eurolidze to nie sukces, ale też nie porażka.

W UMMC grałaś także z innymi zawodniczkami Phoenix: z Łotyszką Anete Jekabsone-Zogotą i Amerykanką Dianą Taurasi, która została wybrana MVP finałów, między innymi dlatego, że zdobyła 14 z ostatnich 20. punktów w trzecim, decydującym spotkaniu. Taurasi ma na koncie 3 tytuły WNBA, 3 złote medale olimpijskie, 3 tytuły akademickie NCAA - czy jest ktoś lepszy od niej w lidze?

E.K.: Na świecie jest wiele świetnych zawodniczek, ale jeszcze nie spotkałam gracza tak kompletnego i z taką charyzmą! Czy jest ktoś lepszy od niej? Wydaje mi się, że taki się jeszcze nie urodził!

W Twoim debiucie w barwach Phoenix grałyście przeciwko Twojej starej drużynie - Seattle Storm. Było trochę dziwnie?

E.K.: Dziwnie nie, ale sentymentalnie, bo to drużyna, z którą rozpoczęłam prawdziwą przygodę w WNBA. No i z którą spędziłam dwa lata.

W tym sezonie zagrałaś w 20. spotkaniach, ale głównie jako zmienniczka świetnej Brittney Griner, której kiedyś właściciel Dallas Mavericks Mark Cuban zaproponował testy w... NBA. Jak dobra jest ta 23-letnia środkowa?

E.K.: Brittney rozwija się z meczu na mecz i z pewnością wielkie mecze są dopiero przed nią. Ale w Arizonie już jest drugą - obok Taurasi - twarzą drużyny. Ten kto śledzi poczynania tej młodej przecież atletki dobrze wie, że warunki i umiejętności już ma na bardzo wysokim poziomie.

W playoffach początkowo też zaliczałaś tylko epizody - ze Storm 4 minuty, z Minnesotą tylko 60 sekund. Ale w finałach było już odpowiednio: 4, 5 i wreszcie 25 minut, bo Griner doznała kontuzji w drugim spotkaniu. I tam błysnęłaś, a było by jeszcze lepiej gdyby nie te 4 faule, które ograniczyły Twój czas na parkiecie?

E.K.: Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie kontuzja Brittney to do ostatniego meczu zostałabym na ławce. A tak udowodniłam, że trenerka wiedziała co robi zabierając mnie do Phoenix. A patrząc na moje statystyki - 8 punktów, 8 zbiórek, 3 bloki i przechwyt w 25 minut - myślę, że nikogo nie zawiodłam.

Ewelina w akcji pod koszem. Foto: WNBA/Getty
Wręcz przeciwnie! Rozegrałaś najlepszy mecz w roku i po końcowej syrenie mogłaś wznieść ręce w górę. Dałaś też wielką radość Polakom w USA, bo z dumą oglądało się w telewizji ESPN Polkę, która całowała trofeum i odbierała pierścień za mistrzostwo WNBA. Co Ty czułaś?

E.K.: Wiele radości! Wcześniej udało mi się wywalczyć kilka innych tytułów i muszę powiedzieć, że uczucie jest zawsze to samo! Fakt, że spędziłam na parkiecie solidną porcję minut wcale tego jakoś szczególnie nie zmienił. Gdybym była w tym meczu na ławce smak zwycięstwa byłby równie słodki.

Podążasz śladami Margo Dydek, która grała w Jekaterinburgu i WNBA, a z Tobą w Lotosie Gdynia i kadrze Polski. Ale mimo wielu sukcesów w USA Ptyś nigdy nie zdobył tytułu WNBA. Uczeń przerósł mistrza?

E.K.: Nigdy w życiu nie byłabym nawet w stanie tak pomyśleć. Gosia jest i zawsze będzie ikoną polskiego basketu i nikt i nic tego nie zmieni. Mistrz jest zawsze tylko jeden i jest nim Margo.

Kiedy dwa lata temu rozmawiałem z Tobą mówiłaś, że nie jesteś Gortatem w spódnicy. Ale tak jak Marcin przyszło Ci grać w Phoenix. Jak przyjęła Cię Polonia, która w Arizonie jest dużo liczniejsza niż w Seattle?

E.K.: Marcin w Phoenix odgrywał inną role niż ja. Był podstawowym graczem, więc skupiał na sobie większe zainteresowanie. Więcej ludzi - wliczając w to Polonię - mogło usłyszeć o jego osiągnięciach. Ja byłam bardziej anonimowa, ale nie mogę powiedzieć, że nikt z Polonii nie wspierał mnie na meczach.

Czyli reasumując: w Phoenix jesteś szczęśliwsza?

E.K.: Był to udany sezon dla całej drużyny, która wywalczyła Mistrzostwo więc i ja mogę powiedzieć, że Phoenix było dla mnie szczęśliwsze.

Czy w przyszłym roku wrócisz do Mercury, aby bronić trofeum?

E.K.: Dopiero wyleciałam z Phoenix, więc jeszcze nie zastanawiałam się nad kolejnym rokiem w WNBA. Póki co skupiam się na kolejnym sezonie w Jekaterinburgu. Ale przedtem jeszcze czekają mnie dwa tygodnie przerwy, które chcę jak najlepiej wykorzystać spędzając czas wśród rodziny i znajomych.

Jesteś jedną z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii polskiej koszykówki. Twoje doświadczenie w przyszłości byłoby bezcenne n.p. w roli szkoleniowca. Zastanawiałaś się co będziesz robić po zakończeniu kariery?

E.K.: Codziennie przychodzi mi do głowy coś innego, ale że jeszcze nie kończę zawodniczej przygody z koszykówką, więc trudno mi powiedzieć co tak naprawdę chciałabym robić. Póki co rozpoczynam studia i mam nadzieję, że uda mi się je skończyć!

niedziela, 21 września 2014

MLS: Hat-trick BWP, koniec szans Montrealu

Bradley Wright-Phillips notuje wysokie loty w barwach Red Bulls w tym sezonie. Foto: Rob Tringali / RBNY
Wymarzony początek meczu sprawił, że Red Bulls Nowy Jork rozgromili w sobotę najlepszą drużynę w MLS Seattle Sounders 4:1. Bohaterem był autor hat-tricka Bradley Wright-Phillips, który w tym sezonie strzelił już 24 gole.

Lepszego rozpoczęcia spotkania z jednym z kandydatów do Supporters Shield gospodarze nie mogli sobie wymarzyć. Już w 20. sekundzie po koronkowej akcji Chrisa Duvala i Lloyda Sama Bradley Wright-Phillips znalazł się tuż przed bramką Stefana Freia, ale w momencie gdy wszyscy spodziewali się strzału najlepszy snajper MLS oddał piłkę na lewo do Ambroise Oyongo. Młody Kameruńczyk uderzył wprost we Freia, który jednak nie miał nic do powiedzenia przy dobitce Wrighta-Phillipsa.

Od tej pory grający w mocno rezerwowym składzie goście, którzy we wtorek sięgnęli po czwarty w ostatnich sześciu latach Lamar US Open Cup, uzyskali lekką przewagę, ale próby Chada Barrretta i byłego gracza Red Bulls Kenny Coopera nie wyrządziły krzywdy nowojorczykom.

Druga odsłona rozpoczęła się od ataków miejscowych wspieranych przez komplet widzów. W 53.min rozgrywający dobre spotkanie Lloyd Sam został powalony w polu karnym przez obrońcę Sounders i Wright-Phillips podwyższył prowadzenie pewnie wykorzystując jedenastkę. Dwie minuty później Anglik skompletował hat-tricka po dokładnym podaniu z lewej flanki od Roya Millera i uderzeniu z pierwszej piłki. Na 5 kolejek przed zakończeniem sezonu BWP brakuje już tylko 3 trafień do wyrównania rekordu Roya Lassitera i Chrisa Wondolowskiego, którzy sięgali po koronę najlepszego strzelca MLS mając na koncie 27 goli w jednym sezonie.

Przełamanie Tima Cahilla musi cieszyć kibiców Red Bulls.
Foto: Rob Tringali / RBNY
Próbując zachować twarz trener gości Sigi Schmid wpuścił na boisko swoje największe asy: Obafemi Martinsa i Clinta Dempsey'a. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo w 62.min kapitan reprezentacji USA pokonał Luisa Roblesa po podaniu Lamara Neagle'a. Na szczęście dla Red Bulls wyczuciem wykazał się także szkoleniowiec gospodarzy Mike Petke, który w 58.min wpuścił na boisko Tima Cahilla. Australijczyk, który nie strzelił gola od 10. maja w 65.min przełamał złą passę strzelecką wykorzystując błąd obrońcy Seattle i posyłając piłkę w długi róg. Co ciekawe kiedy ostatni raz Cahill wpisał się na listę strzelców Red Bulls także zdobyli 4. gole, a pozostałe trzy trafienia były autorstwa Wrighta-Phillipsa. Byki musiały jednak wtedy uznać wyższość Chicago, które wyjechało z Harrison z tarczą i z hokejowym wynikiem 5:4.

Tym razem nowojorczycy nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, choć Sounders mieli wyborną okazję do zmniejszenia rozmiarów porażki. W 69.min Dempsey znalazł się sam przed Roblesem, który leżał na ziemi po interwencji przy strzale Marco Pappy. Popularny "Deuce" już widział piłkę w siatce, ale Robles w sobie tylko znany sposób zdołał się podnieść i obronić uderzenie głową zawodnika Seattle.

Zwycięstwo umocniło Red Bulls na 4. miejscu w tabeli i sprawiło, że tracą oni już tylko jedno oczko do New England Revolution, którzy ulegli w Columbus Crew 0:1. Nie wygrał także lider DC United, który zremisował w Chicago z Fire 3:3. Podziałem punktów zakończyło się także spotkanie w Filadelfii, gdzie nie padły gole w meczu Union z Houston Dynamo. Największym zwycięzcą kolejki było Toronto FC, które wygrało po raz pierwszy od 9 sierpnia rozprawiając się 3:0 z najsłabszą drużyną w lidze Chivas USA. Jeszcze do soboty to niechlubne miano dzierżył Montreal Impact, ale ekipa pauzującego za kartki Krzysztofa Króla pokonała u siebie San Jose Earthquakes 2:0 po bramkach Jacka McInerney'a w 81.min i Dilly Duki w 87.min. Fakt odniesienia zwycięstw przez Red Bulls i Columbus pozbawił Montreal jakichkolwiek szans na awans do playoffs.

W meczu Red Bulls - Seattle arbitrem technicznym był Polak
ze Stalowej Woli Robert Sibiga. Foto: Rob Tringali / RBNY
Drużyna Mateusza Miazgi, który tym razem nie znalazł się w składzie meczowym ma przed sobą kolejny ciężki tydzień. Już we środę nowojorczycy lecą do Salwadoru na rewanżowy mecz Ligi Mistrzów CONCACAF, a w najbliższą niedzielę o 20:30 zaprezentują się publiczności w Los Angeles w starciu z Galaxy. Montreal natomiast może pomóc Red Bulls w walce o playoffs, gdyż w sobotę o 19:30 zagra w Columbus z Crew.

20 Września 2014 20:00
MLS Sezon Zasadniczy
Red Bull Arena, Harrison, NJ

New York Red Bulls - Seattle Sounders 4:1 (1:0)
1:0- Bradley Wright-Phillips 22 (bez asysty) 1
2:0 - Bradley Wright-Phillips 23 (rzut karny) 54
3:0 - Bradley Wright-Phillips 24 (Roy Miller 3, Thierry Henry 13) 56
3:1 - Clint Dempsey 12 (Lamar Neagle 7) 62
4:1 - Tim Cahill 2 (bez asysty) 65

New York Red Bulls (10-8-11, 41 pkt): Luis Robles, Chris Duvall, Jamison Olave, Ibrahim Sekagya, Roy Miller (Ian Christianson 83'), Eric Alexander, Dax McCarty, Lloyd Sam, Thierry Henry (Eric Stevenson 90'), Ambroise Oyongo, Bradley Wright-Phillips (Tim Cahill 58')

Seattle Sounders FC (17-8-3, 54 pkt): Stefan Frei, Chad Marshall, Dylan Remick, Jalil Anibaba, Djimi Traore, Osvaldo Alonso (Gonzalo Pineda 80'), Andy Rose, Marco Pappa, Lamar Neagle, Chad Barrett (Obafemi Martins 59'), Kenny Cooper (Clint Dempsey 60')

Sędziował: Alan Kelly
Widzów: 25,000 (komplet)

1. DC United 29 48 45:34
2. Sporting KC 29 45 43:34
3. NE Revolution 29 42 41:40
4. Red Bulls 29 41 48:42
5. Columbus Crew 29 40 41:36
6. Philadelphia Union 29 38 45:43
7. Toronto FC 28 37 40:43
8. Chicago Fire 28 31 37:43
9. Houston Dynamo 28 33 33:50
10. Montreal Impact 29 24 34:52

NASL: Zmiana lidera, 9 bramek w meczu Cosmosu

Tomasz Zahorski i San Antonio Scorpions nie są już liderami w NASL. Foto: SA Scorpions
11. kolejka w NASL przyniosła kilka zaskakujących rozstrzygnięć i zmianę lidera. Scorpions stracili prowadzenie w tabeli na rzecz Minnesoty po bezpośrednim starciu w San Antonio. W Carolinie po szalonym meczu - w którym w drugiej części padło aż 9 goli - przegrał także Cosmos.

Ile znaczy Szetela?

Kiedy po 45.min meczu Carolina - Cosmos na tablicy wyników widniał bezbramkowy remis nikt o zdrowych zmysłach nie myślał, że w drugiej części gole będą padać co 5 minut. Porażka 4:5 spowodowana była m.in. brakiem Daniela Szeteli, który pauzował z powodu kontuzji.

W pierwszej połowie spotkania Cosmos grający pierwszy raz bez Szeteli i Marcosa Senny sprawiał nieco lepsze wrażenie, ale nie przełożyło się to na żadne zagrożenie pod bramką gospodarzy. Trzy minuty po pauzie worek z bramkami rozwiązał Devon Sandoval, który wykorzystał błyskotliwy rajd Ty Shipalane'a i uderzył między nogami interweniującego Carlosa Mendesa w długi róg bramki. 10 minut później Jimmy Maurer musiał wyciągać piłkę z siatki po raz drugi - tym razem po cudownym uderzeniu z rzutu wolnego Leo Osaki.

W 61.min na boisku pojawił się Senna i trzy minuty później Cosmos strzelił kontaktowego gola. Po dośrodkowaniu Huntera Freemana piłkę do własnej bramki głową wpakował Kwame Watson-Kiriboe. Odpowiedź gospodarzy była natychmiastowa, bo minutę później po kolejnym rajdzie Shipalane prawą stroną na bramkę Maurera strzelał Sandoval. Maurer zdołał odbić piłkę, ale do piłki dopadł Enzo Martinez i wpakował ją do siatki. Dwie minuty później było już 4:1, a drugą bramkę w meczu strzelił Sandoval wykorzystując prostopadłe podanie Martineza i sytuację sam-na-sam z Maurerem.

W 69.min zamieszanie w polu bramkowym RailHawks po rzucie rożnym wykorzystał Jimmy Ockford i Cosmos zwietrzył szansę. Ale w 78.min najlepszy na boisku Shipalane wypatrzył w polu karnym Zacka Schilawskiego i mający polskie korzenie napastnik obrócił się i pięknym strzałem w okienko pokonał Maurera.

W końcówce strzelał już tylko Cosmos. W 80.min Mads Stokkelien zdobył swoją 4. bramkę w 5. meczach dokładając nogę do uderzenia Jemala Johnsona. Na minutę przed końcowym gwizdkiem Akira Fitzgerald obronił strzał Danny'ego Mwangi, ale wprowadzony na boisko chwilę wcześniej Stefan Dimitrov zdążył z dobitką.

Nie zdążył jednak Cosmos - jeśli chodzi o odrobienie strat. 30 minut drugiej połowy wstrząsnęły podopiecznymi Gio Savarese, którzy nie mogli sobie poradzić z ruchliwymi napastnikami RailHawks. Widoczny był brak Ayoze i Roversio w linii obrony oraz Daniela Szeteli, który od dłuższego czasu świetnie spisywał się w pomocy. W meczu z RailHawks Szetela nie zagrał z powodu kontuzji kolana. Jak groźna jest to dolegliwość okaże się w tym tygodniu. Cosmos, który spadł z 3. na 6. miejsce w tabeli bardzo liczy na powrót pomocnika do zdrowia bo w niedzielę o 16:00 czeka ich starcie wyjazdowe starcie z FC Edmonton, które zajmuje teraz ostatnie miejsce na podium.

Carolina RailHawks - Cosmos Nowy Jork 5:4 (0:0)
D. Sandoval 48', 67', Osaki 58', Martinez 65', Schilawski 78' - Watson-Kiriboe 64' (sam), Ockford 69', Stokkelien 80', Dimitrov 89')

Cosmos: Maurer - Freeman, Gorskie (Johnson 72'), C. Mendes, Ockford - Lade, Murphy (Senna 61'), Nane, Guenzatti (Dimitrov 79') - Stokkelien, Mwanga

Skorpiony pokonane, zmiana lidera

Dwa gole strzelone przez Miguela Ibarrę sprawiły, że Minnesota United nie tylko wywiozła z San Antonio komplet punktów, ale i zdetronizowała Scorpions w tabeli NASL. Spotkanie pomiędzy dwoma najlepszymi drużynami w tym sezonie oglądał nadkomplet widzów 8313.

W pierwszych 20.min stawka spotkania sparaliżowała poczynania obu drużyn, z których żadnej nie udało się uzyskać przewagi. Gra toczyła się głównie w środku pola i wiadomo było, że o losach tego pojedynku może zadecydować jeden błąd. Taki przytrafił się gospodarzom w 22.min, kiedy Greg Jordan zabrał piłkę w środku pola Josue Soto i uruchomił podaniem Miguela Ibarrę, który z ostrego kąta zmieścił futbolówkę pomiędzy słupkiem i rękawicami Josha Saundersa.

Gracze Alana Marciny ruszyli do odrobienia strat, ale Matt Van Oekel bronił strzały Billy Forbesa w pierwszej oraz Soto i Rafaela Castillo w drugiej części meczu. Dobrze spisywała się także najlepsza defensywa w lidze, która nie pozwoliła rozwinąć skrzydeł Tomaszowi Zahorskiemu. W 72.min było po meczu, kiedy do prostopadłego zagrania Aarona Pitchkolana wystartował Ibarra. Urodzony w Nowym Jorku 24-latek objechał Saundersa i ze spokojem ulokował piłkę w siatce.

Skorpiony przegrały więc z Minnesotą w identycznym stosunku jak na inaugurację - 12 kwietnia. Od tamtej pory na własnych śmieciach poległy jeszcze tylko raz - z Tampa Bay Rowdies 3 maja. United mają więc patent na Zahorskiego i spółkę, których w najbliższej kolejce czeka wyjazd do Atlanty na mecz z ostatnimi w tabeli Silverbacks.

"To, że przegraliśmy z United dwa mecze pod rząd nie ma dla nas żadnego negatywnego znaczenia psychologicznego, wręcz przeciwnie - dodatkowo nas mobilizuje, aby pokazać, że potrafimy ich pokonać." - twierdzi Tomasz Zahorski - "Wszystko wskazuje na to, że zagramy z nimi jeszcze dwukrotnie - w przedostatniej kolejce na wyjeździe i potem w playoffach. To Minnesota może poczuć się zbyt pewnie i zostać za to skarcona, bo wierzę, że jeśli zagramy na 100% i wyeliminujemy kosztowne błędy to stać nas na zwycięstwo."

San Antonio Scorpions - Minnesota United 0:2 (Ibarra 22', 72')
Scorpions: Saunders - Borrajo (Caesar 81'), Cann, Janicki, DeRoux - Restrepo, Castillo, Soto, Forbes - Elizondo, Zahorski (Hassli 65')

Pozostałe wyniki:
Atlanta Silverbacks - Ottawa Fury 0:3 (Mayard 3', Oliver 38', Haworth 83')
Ft. Lauderdale Strikers - Indy Eleven 2:1 (Picault 1', Nunez 55' - Frias 39')
FC Edmonton - Tampa Bay Rowdies 1:0 (Laing 64')

Tabela po 11 kolejkach:
1. Minnesota United 11 24 22:10
2. San Antonio Scorpions 12 22 19:13
3. FC Edmonton 11 18 14:14
4. Carolina RailHawks 12 16 21:21
5. Tampa Bay Rowdies 11 16 14:15
6. Cosmos 12 16 18:19
7. Ft. Lauderdale Strikers 12 15 11:15
8. Ottawa Fury 11 12 12:14
9. Indy Eleven 12 12 14:22
10. Atlanta Silverbacks 11 11 16:19

wtorek, 16 września 2014

Koszykówka: Amerykanki lepsze od Kanady w Bridgeport

Amerykanki bez problemu ograły w poniedziałek w Bridgeport Kanadę. Foto: Barbara Wojcieszak

W poniedziałkowy wieczór w hali Webster Bank Arena w Bridgeport w stanie Connecticut odbył się towarzyski mecz koszykówki żeńskiej USA - Kanada. Obie ekipy przygotowują się do startu w MŚ w Turcji, które startują 27 września. Wielkimi faworytkami do obrony tytułu są Amerykanki, które w poniedziałek nie dały Kanadyjkom żadnych szans wygrywając 76:51.

Stefanie Dolson (z lewej) przygląda się
skutecznej akcji koleżanki z drużyny.
Foto: Barbara Wojcieszak 
Gospodynie zaprezentowały 7.5-tysięcznej publiczności kilka świetnych zagrań w ataku i skuteczną grę w obronie. Do przerwy gra była dosyć wyrównana i żadnej z drużyn nie udało się odskoczyć na odległość więcej niż kilku oczek. Kanadyjki niwelowały straty za pomocą celnych rzutów za 3 punkty, w których brylowała Kia Nurse - na codzień studentka i zawodniczka oddalonego o 80 mil od Bridgeport University of Connecticut.

Amerykanki, które schodziły na pauzę z zaledwie czteropunktową przewagą (35:31) trzecią kwartę rozpoczęły od zdobycia 13 punktów pod rząd głównie za sprawą innej absolwentki UConn Tiny Charles. Na boisku swoje robiły także Sue Bird, Maya Moore i Breanna Stewart, które także w przeszłości stanowiły o sile wielokrotnych mistrzyń NCAA. Największe brawa otrzymała jednak środkowa Washington Mystics Stefanie Dolson, która pochodzi z Port Jervis w stanie Nowy Jork.

Do końca spotkania Amerykanki kontrolowały przebieg gry i nie dały sobie wydrzeć zwycięstwa. Najlepszą zawodniczką USA była Nneke Ogwumike, która zdobyła 10 punktów i zebrała 4 piłki z tablic. Po 9 oczek dołożyły Brenna Stewart i Oddysey Sims, a jeden punkt mniej Lindsay Whalen, Maya Moore i Seimone Augustus. W Kanadzie najlepiej punktowała Katherine Plouffe, która miała 14 oczek.