piątek, 25 lipca 2014

Szczęsny: Czas dać radość polskim kibicom

Szczęsny (z prawej), Henry i Arieta przed konferencją prasową na Red Bull Arena. Foto: Rob Tringali / RBNY
W sobotnie popołudnie Arsenal Londyn zmierzy się w meczu o New York Cup z miejscowymi Red Bulls. Wraz z Kanonierami do USA zawitał także bramkarz kadry Polski Wojciech Szczęsny, który w poniższej rozmowie opowiedział mi o wrażeniach, podsumował Mundial i stwierdził, że nadszedł czas na zwycięstwa i radość z gry polskiej kadry.

Panie Wojtku, witamy w USA. Czy to Pańska pierwsza wizyta w Ameryce?

W.S.: Pierwsza biznesowa i piłkarska, że tak powiem. Bo w obecne wakacje zrobiłem sobie taki fajny tour po Stanach. Zacząłem od Bostonu, potem Miami, Los Angeles, Las Vegas i Nowy Jork. Najbardziej podobało mi się w LA, gdzie spędziłem cały tydzień i było naprawdę super. W Nowym Jorku też jest ok, ale jak dla mnie zbyt tłoczno i klaustrofobicznie. Lubię przestrzeń. Chociaż cieszę się, że tu wróciłem i nie mogę się doczekać kiedy odwiedzę sklep Flight Club z obuwiem sportowym na Manhattanie. To takie moje małe prywatne marzenie, na którego spełnienie czekałem cały rok.

Pan czekał na zakupy, a kibice w USA oczekiwali przełomu lipca i sierpnia, bo w tym okresie jak co roku zjeżdżąją tutaj najlepsze klubowe ekipy na świecie. W środę wieczorem w pierwszej konfrontacji MLS - Reszta Świata Manchester United pokonał LA Galaxy aż 7:0, co Robbie Keane skwitował krótkim słowem: "Kompromitacja.". Czy w sobotę Arsenal będzie bardziej miłosierny dla Red Bulls Nowy Jork?

Wojciech podczas konferencji. Foto: Rob Tringali / RBNY
W.S.: Nie wiem. Szczerze mówiąc ciężko jest przewidzieć jak będziemy wyglądać na tym etapie przygotowań. W zeszłym tygodniu graliśmy sparring z zespołem Boreham Wood i po trudnym meczu wygraliśmy tylko 2:0. Każdy ma ciężkie nogi, bo za wyjątkiem dzisiejszego dnia trenujemy po dwa razy dziennie. Zobaczymy więc czy klasa naszego zespołu weźmie górę nad świeżością przeciwnika. Przede wszystkim mam nadzieję, że w sobotę pełen stadion kibiców zobaczy fajne widowisko.

Przed chwilą obok nas przeszedł Thierry Henry. Sobotni mecz będzie nie tylko grą o New York Cup, ale i trybiutem właśnie dla niego. Kim jest dla pana osobiście legenda Arsenalu?

W.S.: Powiem tak: miałem 15 lat kiedy przyjechałem na testy do Arsenalu. Na naszych obiektach treningowych, na górze, jest taka restauracja, gdzie wszyscy po treningu idą zjeść lunch. Pamiętam, że jak wszedłem po schodach na górę i zobaczyłem Titiego po raz pierwszy to pomyślałem: "Kurczę, jestem w trochę innym świecie." Henry to taka osoba, która swoją aparycją czy swoją obecnością wywołuje respekt i szacunek. To niesamowita legenda klubu. Wszyscy kibice Arsenalu go kochają, a jego rekord strzelecki i trofea, które zdobył oraz sposób w jaki to uczynił mówią same za siebie. To wielka postać w naszym klubie.

Wspomniał Pan o trofeach. W ubiegłym sezonie skończyła się dla Was posucha i sięgnęliście po FA Cup. Pan jednak w tych rozgrywkach nie odegrał większej roli. Czy czuje Pan z tej okazji jakiś niedosyt?


Legenda Arsenalu Thierry Henry i Arsene Wenger.
Foto: Rob Tringali/RBNY
W.S.: Nie odegrałem żadnej roli! (śmiech) Ale niedosytu nie ma, bo jestem fanem Arsenalu i jedną z tych niewielu osób na świecie, które mają zaszczyt grać w klubie, któremu kibicują. To, że w tamtych rozgrywkach występował Łukasz Fabiański, a nie ja nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Oczywiście, że fajnie byłoby zagrać w finale, ale tak się nie stało, dlatego dopingowałem naszych jako kibic. Pamiątkowy medal otrzymałem, co było dla mnie ogromnym zaszczytem. Dlatego bardzo cieszę się, że wreszcie w naszej gablocie stoi jakieś trofeum, z którym można sobie zrobić zdjęcie, ale zarówno ja jak i koledzy odczuwamy jeszcze większy głód. Chcemy go zaspakajać poprzez zdobywanie kolejnych laurów i mam nadzieję, że w tym sezonie właśnie tak będzie.

Za nami brazylijskie mistrzostwa, które Wojciech Szczęsny i cała nasza reprezentacja oglądała z perspektywy kanapy. Komu Pan kibicował?

W.S.: Drużynom, w których grali moi koledzy z Arsenalu: Niemcy, Francja i oczywiście Anglia. Moje przewidywania - zwycięstwo Niemców - się sprawdziły, dlatego ogólnie byłem zadowolony. Mundial był bardzo atrakcyjny, padło dużo bramek, fajnie się go oglądało. Ale nie ukrywam, że podczas transmisji często czułem niedosyt i myślałem: "Czemu mnie tam kur*a nie ma?!" (śmiech)

No właśnie. Dlaczego w Brazylii zabrakło biało-czerwonych?

W.S.: Umówmy się, że w tym roku nawet nie byliśmy blisko awansu. Paradoksalnie łatwiej się z tym pogodzić wiedząc, że nie zaważyła jedna bramka w ostatniej minucie jakiegoś meczu, tylko po prostu byliśmy zbyt słabi w całych eliminacjach. To musi się zmienić jeśli chcemy, aby Euro 2016 odbyło się z naszym udziałem.

Ale co ma się zmienić? Piłkarzy mamy lepszych niż n.p. Kostaryka, Meksyk czy choćby USA, dlaczego więc wciąż brak drużyny?

W.S.: Biorąc pod uwagę klasę zawodników przyjeżdżających na zgrupowania i to, że trenujemy bardzo ciężko - bo moje odczucie jest takie, że w tej chwili w reprezentacji trenuje się dwa razy ciężej niż w klubie - jest nadzieja na poprawę. Mamy też sporą grupę młodych graczy. Taki Robert Lewandowski ma dopiero 26 lat i sporo dobrego grania przed sobą. Z czasem będzie to wyglądać coraz lepiej i trzeba pozytywnie patrzeć w przyszłość.

Trening Arsenalu na Red Bull Arena toczył się przy pięknej
pogodzie. Foto: Rob Tringali / RBNY
Wróćmy jeszcze do Mundialu. Kto był najlepszym bramkarzem turnieju i dlaczego Tim Howard?

W.S.: Howardowi w meczu z Belgią wszystko wychodziło i zagrał świetnie, ale dla mnie jeszcze wyższą, światową klasę prezentuje Manuel Neuer. Na dzień dzisiejszy to najlepszy golkiper na świecie, przewyższa innych we wszystkich elementach, co czyni go nie bramkarzem tylko potworem. Wywarł na mnie niesamowite wrażenie.

Ten potwór będzie bronić bramki Niemców, którzy przyjadą do Polski na jesień w glorii Mistrzów Świata. Jakie mamy szanse na nawiązanie z nimi walki w eliminacjach do Euro 2016?

W.S.: Niemcy wygrali Mundial, bo mają najbardziej zgrany zespół i tworzą zgrany kolektyw na boisku. Od wielu lat prowadzi ich ten sam trener, co prędzej czy później przynosi efekty. W meczu z nami będą faworytami i niespodzianką będzie jeśli nie przegramy. Ale raz na parę, paręnaście razy zdarza się, że ten pewniak do zwycięstwa nie wygrywa i mam nadzieję, że uda nam się sprawić tę niespodziankę.

Aby do tego doszło trzeba przede wszystkim dobrze Niemców rozpracować w czym być może mógłby nam pomóc Lukas Podolski, który - podczas gdy Pan gra w USA - ujeżdża kobyłki i grilluje gdzieś w Polsce. Wygląda na spoko gościa z poczuciem humoru - trochę w Pana deseń. Jesteście blisko?

W.S.: Lukas jest super chłopakiem i wzorem do naśladowania. Nie jest tak, że skoro gra dla Niemców to czuje się do końca Niemcem. Bardzo dobrze mówi po polsku i jest bardzo przywiązany do swoich polskich korzeni. No i kibicuje Górnikowi Zabrze!

Do niedawna był w szatni Arsenalu jeszcze jeden piłkarz, z którym można było porozmawiać po polsku. Czy Łukasz Fabiański dobrze zrobił odchodząc do Swansea?

W.S.: Uważam, że tak, choć z pewnością żałuję i jest mi szkoda, że już go tu nie ma. To profesjonalista i zawodnik, z którego warto brać przykład. Ja tak czyniłem, mimo iż rozegrałem większą liczbę meczów i w większości przypadków wygrywałem naszą rywalizację. Jedyne czego mu brakowało to gry, dlatego taka przeprowadzka wpłynie pozytywnie na rozwój jego kariery, bo ma 29 lat i musi po prostu regularnie grać.

Gdyby - dla zachowania równowagi w świecie - miał Pan możliwość zastąpienia Fabiańskiego innym Polakiem, na kogo padłby wybór?

W.S.: Kogo widzę w składzie Arsenalu spośród Polaków? Każdego. (śmiech). Niech przychodzą, ja z każdym dobrze żyję.

Jakie cele przyświecają Panu w rozpoczynającym się sezonie zarówno w klubie jak i kadrze?

W.S.: W klubie na pewno poparcie ostatniego triumfu kolejnymi. Najchętniej zdobyłbym Mistrzostwo Anglii. Chciałbym też powalczyć w Lidze Mistrzów. Ważne, żeby było lepiej niż w ubiegłym sezonie. A w reprezentacji docelowo chciałbym wywalczyć awans do ME. W tej chwili nie można już mówić o rozwoju reprezentacji i o tym, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Teraz trzeba poprzeć to wynikami. Jeśli będziemy wygrywać kibice będą zadowoleni. W przypadku porażek nie będzie dla nas usprawiedliwień. Nadszedł czas, aby kibicom podarować zwycięstwa i sprawić radość.

Foto: Wojciech Szczęsny
Jest Pan znany z elokwencji, poczucia humoru i ciętego języka. Szczególnie widoczne było to na Twitterze, z którego jednak Pan zniknął w ostatnim czasie. Bolesne lekcje z przeszłości czy po prostu się znudziło?

W.S.: Nic z tych rzeczy! W miarę regularnie kontaktuję się z fanami, ale teraz tylko na Facebooku, gdzie jest bardzo fajnie i dużo bardziej osobiście. Można dłuższą treść napisać, zdjęcia powklejać. Zapraszam przy okazji. A na Twitterze? Co można zmieścić w 160 znakach? Dlatego też zdechł śmiercią naturalną. (śmiech)

W sobotę pod Nowym Jorkiem zagra Pan, a w czwartek Bayern z Robertem Lewandowskim. Jakie szanse ma Robert na odegranie znaczącej roli w Bayernie?

W.S.: Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. To zawodnik, którego nie trzeba reklamować. Jego umiejętności sportowe mówią same za siebie i jest wspaniałym profesjonalistą. To wszystko sprawi, że nie będzie miał żadnych kłopotów w Bayernie. Uważam nawet, że wzmocni on ten klub bardziej, niż Bayern wzmocni jego.

Waszym przeciwnikiem w sobotę będzie miejscowa drużyna Red Bulls Nowy Jork, w której występuje młody, utalentowany obrońca Mateusz Miazga. Ma on 19 lat, dwa paszporty i dylemat: grać dla dorosłej Polski czy też USA? Czy mógłby Pan mu coś doradzić?

W.S.: Nie znam historii chłopaka, ale w takim przypadku każdy powinien pójść za swoim sercem. On musi sam odpowiedzieć na pytanie czy bardziej się czuje Polakiem czy Amerykaninem. Jeśli to pierwsze to powinien przyjechać i grać dla Polski. Ja mu w rozwiązaniu tego problemu nie pomogę.

Red Bulls grają w MLS. Co Pan wie o tej lidze? W środę rano do nowego klubu NYC FC, który dołączy do ligi w 2015, przyszedł 36-letni Frank Lampard. Pan ma dopiero 24 lata, ale czy w przyszłości widziałby Pan siebie na boiskach USA?

W.S.: Postęp w MLS widać gołym okiem. Wydawać się może, że zawodnicy przyjeżdżają tutaj na piłkarską emeryturę, ale skoro są to tacy gracze jak: Thierry Henry, David Beckham, Lampard czy Robbie Keane to jest najlepszą reklamą tej ligi, której poziom będzie się stale podnosił. Wyniki reprezentacji też pomagają w budowaniu marki. A to, że jest to fajne miejsce do życia wie każdy, dlatego ja n.p. widziałbym siebie w LA, gdzie mi się bardzo podobało. (śmiech). Oczywiście na razie o tym nie myślę, jest mi dobrze w Arsenalu, ale co będzie w przyszłości tego nie wiadomo.

Mecz Red Bulls Nowy Jork - Arsenal Londyn w sobotę 26 lipca o 5pm. Bilety: https://tickets.newyorkredbulls.com 

wtorek, 22 lipca 2014

Krzysztof Król: chcę zostać w Ameryce na stałe

Krzysztof Król (z lewej) w swoim debiucie zagrał
przeciwko Mistrzowi MLS Sportingowi KC.
Foto: Montreal Impact
Na początku lipca polski obrońca Krzysztof Król stał się piłkarzem Montrealu Impact. Były gracz m.in. rezerw Realu Madryt, Chicago Fire i Piasta Gliwice zdążył już zadebiutować w nowej drużynie, którą - mimo ostatniego miejsca w tabeli - uważa za mocną i zdolną do walki o najwyższe cele.

Co skłoniło Ciebie do powrotu do MLS i jak to się stało, że trafiłeś do Montrealu?

K.K.: Decyzję o powrocie do Ameryki Północnej podjęliśmy wraz z żoną Patrycją Mikułą, która pochodzi z Chicago. Podyktowana ona była też tym, że docelowo chcemy zostać w USA na stałe, dlatego kiedy pojawił się temat Montrealu nie wahałem się ani chwili. Tym bardziej, że ostatnio w Polsce nie grałem w jakimś wielkim klubie (Piast Gliwice - przyp. TM).

Na jak długo opiewa Twój kontrakt?

K.K.: Warunki kontraktu to moja osobista sprawa (MLS też nie ujawnia jego szczegółów - przyp. TM). Mogę tylko zdradzić, że poznam Montreal dosyć dobrze, bo podpisałem go na długo.

Do MLS wracasz po 4 latach. Za pierwszym razem do Chicago ściągnął Ciebie Frank Klopas, który od 2013 jest trenerem Impactu. W Fire w 2010 grał także Justin Mapp, z którym znowu dzielisz szatnię w Montrealu. Czy to oni będą Twoimi przewodnikami po Montrealu?

K.K.: Nie potrzebuję przewodników po mieście. bo znam kilka języków i dam sobie radę. Co do klubu to fajnie jest znów pracować z Klopasem i Mappem. W Chicago nie mieliśmy ze sobą żadnych problemów.

Twoimi kolegami w Impact będą m.in. szalenie doświadczeni Włosi Marco Di Vaio i Matteo Ferrari, Ty jednak będziesz rywalizował o miejsce w składzie z byłym kadrowiczem USA Heathem Pearcem i młodymi Kanadyjczykami. Duże wyzwanie?

K.K.: Dla mnie w piłce nie ma rywalizacji, bo albo jesteś lepszy na danej pozycji albo nie. Zresztą Pearce nie jest już lewym obrońcą - gra na środku defensywy. Jeśli chodzi o wyzwania to nie przyszedłem tu po to, aby podziwiać Amerykę tylko po to, aby grać i osiągnąć swój cel. Jak zaczniemy punktować to na nasze mecze zaproszę trenera Adama Nawałkę. Czuję, że mogę bez problemu grać w reprezentacji Polski!

No właśnie, powiedziałeś "jak zaczniemy punktować", bo na razie Impact nie zachwyca i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli. Od czasu kiedy wskoczyłeś do składu też jeszcze nie ugraliście punktu. Co jest grane w Montrealu?

K.K.: Nie wiem. Drużyna jest naprawdę mocna. Może potrzebujemy szczęścia? Nie chcę wracać do mojego debiutu z Sportingiem Kansas City, bo powinniśmy ten mecz wygrać, ale w końcówce sami sobie strzeliliśmy bramkę na 2:1 dla obecnego Mistrza MLS. Natomiast w ubiegły weekend w Columbus zaczęliśmy świetnie. Kontrolowaliśmy spotkanie, strzeliliśmy gola. Mieliśmy tyle okazji, że powinniśmy prowadzić 2 lub 3:0. Ale jak się nie strzela, to nam strzelają. Straciliśmy dwie identyczne bramki po strzałach z dystansu i znów minimalnie przegraliśmy. Myślę jednak, że karta się odwróci, że szczęście przyjdzie i na koniec sezonu będziemy na górze. Bo mimo iż odnieśliśmy tylko 3 zwycięstwa w 16 spotkaniach strata do miejsca premiowanego awansem do playoffs jest jak najbardziej do odrobienia.

W tym roku oprócz ligi gracie na jeszcze jednym froncie - będziecie reprezentować Kanadę w Lidze Mistrzów CONCACAF, gdzie zmierzycie się z Red Bulls Nowy Jork i najlepszą drużyną rewelacji Mundialu Kostaryki. Czy Twoim zdaniem Impact stać na wyjście z grupy?

K.K.: Wyjdziemy z grupy, jeśli zaczniemy grać to na co nas stać i jeśli będziemy skoncentrowani do ostatniego gwizdka, bo tego ostatnio nam brakuje.

Jesteś piłkarskim obieżyświatem: Hiszpania, USA, Mołdawia, Polska, teraz Kanada. Jak na 27 lat całkiem sporo. Wystarczy?

K.K.: Taki zawód. Gram tam, gdzie mnie chcą. Cieszę się, że mogłem zagrać w kilku rożnych krajach, poznać ich kulturę, nauczyć się języków. Życie jest krótkie, a świat jest duży. Lubię podróżować, każde wakacje spędzamy z żoną w nowym miejscu. Fajnie, że grając w piłkę mogę też trochę pozwiedzać. Ale Ameryka to jest miejsce, w którym chcę zostać do końca kariery, a potem osiąść na stałe.

Na wakacjach oprócz pięknej małżonki towarzyszy Wam też synek, który ma na imię Cristiano. Czyżby był to ukłon w stronę gracza twojego byłego klubu Realu Madryt?

K.K.: Kibicuję Realowi i uważam, że Cristiano Ronaldo jest najlepszym piłkarzem na świecie. Ale imię naszego dziecka wybraliśmy wspólnie nie kierując się popularnością portugalskiego piłkarza.

Rozmawiał w Nowym Jorku: Tomek Moczerniuk

niedziela, 20 lipca 2014

NASL: Udany weekend Szeteli i Zahorskiego

Cosmos przemeblował skład i wygrał w Ottawie. Foto: Matthew Alilionis

Druga kolejka rundy jesiennej była udana dla Daniela Szeteli, bo jego Cosmos wywiózł komplet punktów z Ottawy. Jeszcze lepiej spisał się Tomasz Zahorski, który strzelił gola w meczu z Ft. Lauderdale Strikers wygranym przez Scorpiony 2:0.

Cosmos odrabia straty

Szetela znowu jest mocnym punktem Cosmosu.
Foto: Matthew Alilionis
W swoim pierwszym w historii meczu rozegranym w Ottawie Cosmos pokonał beniaminka Fury FC 1:0. Legendarna marka i wysoki poziom sportowy prezentowany przez klub z Long Island sprawił, że na TD Place w stolicy Kanady stawiło się 14,593 widzów. Tym samym ustanowiony został nowy rekord frekwencji podczas meczu nowożytnej NASL. Dla Cosmosu to jednak mała pociecha, bo na James M. Shuart Stadium rzadko kiedy liczba kibiców przekracza 5 tysięcy.

Nowojorczycy cieszą się jednak z kompletu punktów wywalczonego na trudnym terenie. Takie było założenie przedmeczowe szczególnie po tym, jak Cosmos przegrał na inaugurację z San Antonio Scorpions 1:3. Dopomóc mieli w tym Jemal Johnson, Danny Murphy i Hans Denissen, których trener Gio Savarese desygnował do gry w pierwszym składzie.

Dopingowani przez rekordowy tłum fanów gospodarze natarli na Mistrzów NASL 2013 i stworzyli sobie kilka okazji jednak Jimmy Maurer udowodnił, że świetnie zna swój fach i nie dał się pokonać Tomowi Heinemannowi oraz byłemu graczowi Red Bulls Sinisie Ubiparipovicowi. Cosmos też miał swoje szanse, ale strzał Daniela Szeteli w 12.min w ostatniej chwili wybił kanadyjski obrońca.

W 37.min Cosmos objął prowadzenie po nieco przypadkowej akcji. Po zagraniu w pole karne obrońcy Fury wybili piłkę wprost pod nogi Sebastiana Guenzattiego, którego strzał minął ręce Devali Gorricka i zatrzepotał w siatce. Tuż po przerwie podwyższyć mógł aktywny Denissen, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. W odpowiedzi gola mógł zdobyć Tony Donatelli, ale piłkę po jego strzale przewrotkę z pustej bramki w równie ekwilibrystyczny sposób wybił Hunter Freeman.

Gospodarze do końca dążyli do zmiany rezultatu, ale ani Vini Dantas ani Heinemann nie zdołali pokonać dobrze usposobionego Maurera i trzy punkty pojechały do Nowego Jorku. "To było ważne i ciężko wywalczone zwycięstwo." - cieszył się po meczu Danny Szetela - "Teraz musimy powtórzyć tę sztukę w sobotę w Ft. Lauderdale, gdzie zagramy ze Strikers."

Ottawa Fury - New York Cosmos 0:1 (Guenzatti 37')
Cosmos: Maurer - Freeman, Carlos Mendes, Ayoze, Ockford (Gorskie 81') - Szetela, Murphy, Guenzatti (Paulo Mendes 87') - Stokkelien, Denissen (Nane 73'), Johnson.

Scorpiony na czele, gol Zahorskiego

Tomasz Zahorski przyczynił się do zwycięstwa Scorpions
nad Strikers. Foto: SA Scorpions
Nie mieli problemów z pokonaniem Ft. Lauderdale Strikers piłkarze San Antonio Scorpions. Pierwszego gola dla gospodarzy zdobył w 23.min Billy Forbes, który pokonał Kamila Contofalskiego po podaniu Waltera Restrepo. 20 minut później na listę strzelców wpisał się Tomasz Zahorski, który ładnie obrócił się z piłką w polu karnym i strzelił nie do obrony z lewej nogi. Polski snajper mógł dołożyć kolejne trafienie w 45.min, ale sędzia odgwizdał wątpliwego spalonego po akcji, w której były gracz Górnika Zabrze pokonał 30-krotnego reprezentanta Słowacji w sytuacji sam-na-sam.

W drugiej części spotkania gracze Alena Marciny kontrolowali grę i nie pozwalali Strikers na rozwinięcie skrzydeł. Jedyny błąd popełnił Julius James, który w doliczonym czasie gry sfaulował w polu karnym wychodzącego na czystą pozycję jednego z graczy gości za co ujrzał czerwony kartonik. Do wykonania jedenastki podszedł Fafa Picault, ale piłka po jego uderzeniu trafiła w słupek. Gospodarze sprawili więc niemal 7. tys swoim fanów sporo frajdy i w nagrodę objęli prowadzenie w tabeli jesieni. "Kontrolowaliśmy mecz od samego początku, a już szczególnie w drugiej połowie prowadząc dwoma bramkami." - mówi Tomasz Zahorski - "Tyko końcówka była nieco nerwowa z powodu karnego i czerwonej kartki dla naszego obrońcy. Mi najbardziej szkoda nieuznanego gola, bo nie byłem w tej sytuacji na spalonym."

Skorpiony, które zwycięstwo wywindowało na pierwsze miejsce w tabeli i które już w środę zagrają u siebie z Caroliną RailHawks zagrały w składzie: Bingham - Borrajo, James, Janicki, DeRoux, Restrepo (Saiko 90'), Castillo, Soto, Forbes, Touray (Caesar 63'), Zahorski (Hassli 77').

Pozostałe wyniki 2. kolejki:
Minnesota United - Carolina RailHawks 1:0 (Daniel Mendes 26')
Atlanta Silverbacks - FC Edmonton 1:0 (P. Cruz 75')
Indy Eleven - Tampa Bay Rowdies 1:2 (Kleberson 38' - C. Townsend 43', G. Hristov 89')

Tabela:
1. San Antonio Scorpions 2 6 5:1
2. Minnesota United 2 6 4:0
3. Tampa Bay Rowdies 2 6 5:3
4. Indy Eleven 2 3 3:3
4. Atlanta Silverbacks 2 3 3:3
6. Cosmos 2 3 2:3
7. FC Edmonton 2 1 0:1
7. Ottawa Fury 2 1 0:1
9. Carolina RailHawks 2 0 1:3
10. Ft. Lauderdale Strikers 2 0 0:5

sobota, 19 lipca 2014

MLS: Niedosyt na Red Bull Arena, w sobotę Szczęsny!

Akcje BWP w tym sezonie stoją bardzo wysoko. Foto: Danny Blanik
Remisem 1:1 zakończyło się sobotnie spotkanie MLS pomiędzy Red Bulls Nowy Jork i San Jose Earthquakes. Jedynego gola dla gospodarzy strzelił niezawodny Bradley Wright-Phillips, który za dwa tygodnie wraz z ekipą Gwiazd MLS zagra z Bayernem Monachium.

Red Bulls tradycyjnie już źle weszli w mecz. Na tle ospale grających gospodarzy najsłabsza drużyna w całej MLS prezentowała się dużo lepiej. W pierwszych 30. minutach goście stworzyli sobie kilka okazji, ale żadnej z nich nie zamienili na bramkę. Tę zdobyli za to podopieczni Mike'a Petke. W zamieszaniu podbramkowym po rzucie rożnym Steven Lenhart w walce o górną piłkę z Timem Cahillem nieprzepisowo zagrał ręką. Jedenastkę wykorzystał Bradley Wright-Phillips, który w sobotę jako trzeci gracz Red Bulls (Thierry Henry i Cahill) otrzymał powołanie na mecz drużyny Gwiazd MLS z Bayernem Monachium (6 sierpnia, Portland). Anglik jest w świetnej formie o czym świadczy 17 strzelonych w tym sezonie goli.

Goście mogli wyrównać jeszcze przed przerwą, ale pechowiec Lenhart nie wykorzystał okazji do rehabilitacji w 41.min, bo jego strzał głową w świetnym stylu obronił Luis Robles.

Po zmianie stron Red Bulls postanowili za wszelką cenę strzelić drugiego gola, aby grało im się spokojniej. Niestety Henry i spółka seryjnie marnowali sytuacje podbramkowe, w czym brylowali Eric Alexander i kilkakrotnie BWP. Sygnał ostrzegawczy dla miejscowych pojawił się w 81.min, kiedy Robles zdołał obronić strzał Chrisa Wondolowskiego spoza pola karnego. Ale 4 min później był już bezradny po mocnym uderzeniu z woleja z kilku metrów Lenharta.W doliczonym czasie gry Lloyd Sam mógł odzyskać dla nowojorczyków prowadzenie, ale jego strzał został zablokowany przez obrońców.

Remis, który ponad 20 tys. widownia skwitowała gwizdami, dał Nowemu Jorkowi awans na 4. miejsce w szalenie spłaszczonej tabeli MLS East. Za tydzień do Harrison przyjeżdża Arsenal Londyn z Wojciechem Szczęsnym w składzie, aby rozegrać towarzyski mecz. Być może na boisku zobaczymy jeszcze jednego Polaka - Mateusza Miazgę, któremu tym razem Petke dał odpocząć po 5. grach w pierwszym składzie. "Szkoda zarówno tej bramki w końcówce jak i tego, że nie zagrałem, bo dziś były moje urodziny." - mówi mieszkaniec Clifton, który w sobotę skończył 19 lat - "Nie wiem czy trener Petke postawi na mnie w meczu z Arsenalem - oczywiście, że chciałbym zagrać i jestem do jego dyspozycji." Początek meczu, na który bilety można kupić jedynie na stubhub.com oraz craigslist.org i który będzie transmitowany przez ESPN2, w sobotę 26 lipca o 17:00.

MLS Regular Season
July 19, 2014, 19:00
Red Bull Arena, Harrison, NJ

New York Red Bulls - San Jose Earthquakes 1:1 (1:0)
1:0 - Bradley Wright-Phillips 33’k
1:1 - Steven Lenhart 85’

New York Red Bulls (5-6-9, 24 pkt): Luis Robles, Chris Duvall, Jamison Olave, Ibrahim Sekagya, Ambroise Oyongo, Lloyd Sam, Tim Cahill (Peguy Luyindula 74’), Dax McCarty, Eric Alexander, Thierry Henry, Bradley Wright-Phillips

San Jose Earthquakes (4-8-5, 17 pkt): Jon Busch, Jordan Stewart, Victor Bernardez, Shaun Francis, Jason Hernandez, Sam Cronin, Yannick Djalo (Atiba Harris 83’) Shea Salinas (Alan Gordon 90’), Jean-Baptiste Pierazzi (Khari Stephenson 69’), Steven Lenhart, Chris Wondolowski

Sędziował: Jose Carlos Rivero (jako techniczny Robert Sibiga)
Żółte: Wondolowski, Francis, Lenhart, Cahill, Olave, Salinas, Duvall, Luyindula
Widzów: 20,001

Król nadal bez zwycięstwa

Polski defensor Krzysztof Król, który od dwóch tygodni gra na lewej obronie Montrealu Impact, nadal czeka na pierwsze zwycięstwo w nowych barwach. Tydzień temu Mistrz Kanady pechowo uległ u siebie Sportingowi Kansas City 1:2, natomiast w sobotę taki sam niekorzystny dla ekipy Polaka rezultat padł w Columbus. Ostatnia drużyna MLS East objęła prowadzenie w 36.min po golu niezawodnego Marco Di Vaio, który mimo 38 lat wspaniale zakręcił obrońcami w polu karnym i strzelił nie do obrony w długi róg bramkarza. Crew obie bramki strzelili po przerwie - w 56. i 75.min - a ich autorem był wenezuelski pomocnik Bernardo Anor. W następnej kolejce w niedzielę 27 lipca Montreal podejmie u siebie Portland Timbers.

Tabela MLS East:
1. Sporting Kansas City 20 35 29:18
2. DC United 18 31 26:19
3. Toronto FC 17 26 26:23
4. New York Red Bulls 20 24 32:31
5. New England Revolution 19 23 24:31
6. Philadelphia Union 21 23 33:35
7. Columbus Crew 20 23 23:26
8. Chicago Fire 18 20 26:28
9. Houston Dynamo 20 19 22:40
10. Montreal Impact 18 14 18:31

wtorek, 15 lipca 2014

Lacrosse: Trzy zwycięstwa i dwie porażki Polaków na MŚ

Radość Polaków po zwycięstwie nad Turcją. Foto: Facebook
Odbywające się w Denver Mistrzostwa Świata w lacrosse weszły w decydującą fazę. Uczestnicząca w nich polska reprezentacja po świetnym początku - trzy wygrane w czterech meczach - uległa we wtorek wyżej notowanym Szwedom i we czwartek zagra o miejsca 17-20.
W akcji w meczu z Kostaryką Wojciech Filipek.
Foto: Facebook

Na inaugurację 12. MŚ w lacrosse w których bierze udział aż 38 drużyn Polacy zmierzyli się z debiutującą w imprezie tej rangi Kostaryką. Ekipa z Ameryki Środkowej była dla Polaków bladym tłem, bo już po pierwszej, 20-minutowej kwarcie było 7:0. Potem Orły dołożyły jeszcze odpowiednio 5, 6 i 5 bramek i w efekcie odnotowały najwyższe w historii reprezentacji zwycięstwo 23:1. "Rozjechaliśmy ich walcem i to dosłownie." - cieszył się Błażej Rokicki, napastnik wicemistrzów Polski Kosynierów Wrocław.

O dominacji Polaków najdobitniej świadczy stosunek strzałów na bramkę - 56:6 na korzyść Polaków - oraz fakt, że polski bramkarz Christian Dzwilewski (na codzień gracz Providence College) musiał interweniować tylko dwukrotnie. Gwoli statystyki warto dodać, że łupem bramkowym w tym historycznym zwycięstwie podzielili się: Jan Rydzak 6 (miał także 3 asysty), Wojciech Filipek 5, Michael Poch 3, Patryk Piękoś 2, Piotr Cyrkowicz 2, Jędrzej Bagiński, Remigiusz Hryniewiecki, Paweł Hamrol, Chris Perzinski i Colin Jesien - po 1.
Christian Dzwiliewski (z prawej) jest dumny
z polskiego pochodzenia. Foto: Christian
Dzwilewski

W sobotę naszych graczy czekało dużo trudniejsze zadanie, bo Turcja, mimo iż także gra na MŚ po raz pierwszy, przywiozła do Kolorado skład naszpikowany zawodnikami z amerykańskich uczelni. Obawy potwierdziły się już w pierwszej kwarcie, którą - mimo przewagi w strzałach 10:3 - przegraliśmy 0:2. W drugiej dwa gole zdobył Rydzak, jednego dołożył Filipek, ale Turcy odpowiedzieli dwoma trafieniami i na półmetku przegrywaliśmy 3:4. Trzecia tercja rozpoczęła się od wielkiej przewagi Polaków udokumentowanej bramką Bagińskiego, ale potem mecz został najpierw przerwany, a potem przełożony na niedzielę z powodu warunków atmosferycznych. Decyzja nie mogła być inna, bo nad Dick's Sporting Goods w Commerce City przetoczyła się burza z piorunami, istniało także realne zagrożenie tornado.

Po wznowieniu spotkania, które w sumie trwało aż 4 godziny, sprawy w swoje ręce wzięli snajperzy obu drużyn: Filipek i Tyler Rinko, którzy zanotowali po hattricku. Dla biało-czerwonych gole strzelali także Jesien i Poch, a że Dzwilewskiego nie potrafił pokonać już żaden Turek wygraliśmy to zacięte spotkanie 9:7. "Zwycięstwo pokazało nasz charakter, bo przecież przegrywaliśmy w tym spotkaniu już 0:3." - wyjaśnia Dzwilewski, który obronił w sumie 8 strzałów - "Udało nam się także zneutralizować poczynania najlepszego gracza Turków Bijana Firouzana, który na codzień jest gwiazdą Gettysburg College."

Polska ekipa podczas ceremonii otwarcia MŚ.
Foto: Błażej Rokicki
Tego samego dnia Polaków czekał najważniejszy mecz grupy Szarej, którego stawką było pierwsze miejsce w grupie i przepustka do walki o medale. Przeciwnikiem byli Czesi, którzy również wygrali swoje dwa poprzednie mecze: z Turcją 12:3 i Kostaryką 18:1. Polacy pałali żądzą rewanżu za porażkę 3:21 poniesioną podczas ostatniego Mundialu w angielskim Manchesterze w 2010 roku.

Mecz miał szalenie dramatyczny przebieg. Czesi już po minucie wyszli na prowadzenie, ale dwa gole Jesiena i jeden Hamrola dały nam prowadzenie 3:2 po pierwszej kwarcie. W drugiej Czesi grali jak w transie i wbili nam 4 gole tracąc tylko jednego - po strzale Pocha. W trzeciej role się odwróciły i dzięki golom Rydzaka, Larry'ego Cerasi i Filipka na chwilę odzyskaliśmy prowadzenie 7:6. Dwa kolejne dwa gole zdobyli nasi południowi sąsiedzi, ale na 6:30 przed końcem Jesien strzelił swoją trzecią bramkę i mieliśmy remis 8:8. Niestety 180 sekund później Radek Skala również trafił po raz trzeci i okazało się, że było to zwycięskie trafienie dające Czechom upragniony awans i mecz z Niemcami. "Porażka bardzo boli, bo nie zasłużyliśmy na nią." - mówił po meczu Dzwilewski, który tym razem obronił 6 czeskich prób - "Na 16 sekund przed końcowym gwizdkiem Poch zdobył gola, ale nie został on uznany z powodu niewymiarowego kija. Po meczu sędziowie przeprosili nas za kontrowersyjną decyzję i fakt, że otrzymaliśmy w tym meczu aż 12 kar. Zarówno oni jak i czescy szkoleniowcy przyznali, że byliśmy lepsi, co mimo fatalnego nastroju dodało nam skrzydeł, bo wiemy, że stać nas na wyrównaną walkę z najlepszymi."

Ekipa biało-czerwonych, która w Denver gra o honor i
lepszy wynik niż 14. miejsce podczas MŚ 2010.
foto: Błażej Rokicki
Porażka z Czechami oznaczała, że Polakom pozostała walka o miejsca poza strefą medalową. W pierwszym spotkaniu o jak najlepsze rozstawienie biało-czerwoni okazali się lepsi od drugiej drużyny grupy Czerwonej Hong-Kongu 14:4. Wynik nie odzwierciedlał przebiegu gry, bo przeciwnik okazał się bardzo wymagający i oddał na bramkę biało-czerwonych aż 31 strzałów. Na szczęście na wysokości zadania stanęli nasi bramkarze Dzwilewski i Kacper Andrzejczak, którzy w sumie obronili 12 strzałów. Do ich poziomu dostroili się napastnicy Poch (zaliczył także 3 asysty) i Jesien, którzy strzelili po 3 gole. Dwie bramki były autorstwa Cerasiego, a po jednym trafieniu zaliczyli Rydzak, Filipek, Bagiński, Cyrkowicz, Piękoś i Rokicki. "Mimo iż nie zagramy o medale to te pierwsze cztery spotkania pokazały, że rozwijamy się w dobrym kierunku i jesteśmy dużo silniejsi niż cztery lata temu, kiedy zajęliśmy wysokie 14. miejsce." - mówi Dzwilewski, który dołączył do reprezentacji po testach w Providence College rok przed MŚ w Angli - "Duże znaczenie ma w tym wszystkim chemia, która scala naszą drużynę. Mimo iż część z nas urodziła się i mieszka na codzień w USA i z kolegami z Polski spotykamy się stosunkowo rzadko rozumiemy się świetnie i wspieramy nawzajem. Trenerzy także świetnie wykonują swoją pracę rozpracowując przeciwników i przygotowując odpowiednio dobraną strategię na każdy mecz. W zespole panuje pełne zaufanie trenerów do graczy i vice versa, co przekłada się na dobrą atmosferę i rezultaty."

Nasi gracze liczą na głośny doping Polonii z Kolorado.
foto: Błażej Rokicki
W kolejnym spotkaniu Polacy zagrali we wtorkowy wieczór ze Szwecją, która jest drużyną ze światowej pierwszej 10-tki. Do pokonania Trzech Koron, z którymi Polacy gładko przegrali w przedmundialowym sparringu, potrzebny był doping polonijnych kibiców z Denver na co bardzo liczyli nasi reprezentanci. "Coraz więcej tutejszych ludzi z nami się utożsamia i prosi nas o zdjęcia lub autografy." - zdradza Dzwilewski - "Z trybun słychać głośne: 'Polska! Polska' i widać kibiców noszących biało-czerwone koszulki. Z portali społecznościowych wiemy również, że wspierają nas też nad Wisłą, dlatego nie możemy zawieść oczekiwań naszych fanów i obiecujemy, że będziemy z honorem grali do samego końca."

W zakończonym późnym wieczorem wtorkowym spotkaniu ze Szwecją biało-czerwoni, mimo ambitnej postawy, przegrali z wyżej notowanym rywalem 3:6. Po pierwszej kwarcie Polacy prowadzili po bramce Jana Rydzaka. Prowadzenie utrzymało się także po następnej części, w której oba zespoły strzeliły po jednym golu (dla naszych na listę strzelców wpisał się Larry Cerasi). Niestety w trzeciej kwarcie strzelali tylko Szwedzi i to czterokrotnie, w tym dwa razy grając w przewadze. W ostatnich 20. minutach Szwedzi zdobyli szóstego gola, a w samej końcówce Cerasi ustalił wynik spotkania.

Mecz był bardzo wyrównany o czym może świadczyć statystyka strzałów 42:31. Wśród pokonanych obok Cerasiego wyróżnił się Dzwilewski, który obronił aż 13 strzałów. Zawiedli natomiast napastnicy, bo Poch, Filipek i Jesien oddali aż 17 nieskutecznych strzałów na szwedzką bramkę.

Porażka oznacza, że Polaków czeka teraz dzień przerwy, a w czwartek zmierzą się ze zwycięzcą meczu Turcja - Włochy. Stawką tego pojedynku będzie awans do meczu o 17. miejsce w turnieju. To oznacza, że biało-czerwoni nie poprawią lokaty sprzed 4. lat, gdzie zajęli 14. miejsce.

Wyniki Polski na MŚ w Denver 2014:
Piątek, 11 lipca: Polska - Kostaryka 23:1 (7:0, 5:0, 6:1, 5:0)
Sobota, 12 lipca: Polska - Turcja 9:7 (0:2, 3:2, 2:1, 4:2)
Niedziela, 13 lipca: Polska - Czechy 8:9 (3:2, 1:4, 3:1, 1:2)
Poniedziałek, 14 lipca: Polska - Hong Kong 14:4 (3:1, 2:1, 6:1, 3:1)
Wtorek, 15 lipca: Polska - Szwecja 3:6 (1:0, 1:1, 0:4, 1:1)
Czwartek, 17 lipca: Polska - Turcja/Włochy

Oficjalna strona mistrzostw z wynikami (po angielsku):
http://www.worldlacrosse2014.com/nations/schedule

Blog uczestnika MŚ Błażeja Rokickiego:
http://baronilakrosu.blogspot.com/

Strona Polskiej Federacji Lacrosse:
http://lacrossepolska.com/

Oficjalne konto PFL na Twitterze (relacje z meczów):
https://twitter.com/lacrossepolska

sobota, 12 lipca 2014

NASL: Skorpiony lepsze od Cosmosu na inaugurację

Za chwilę Gorskie sfauluje Zahorskiego, a Castillo zdobędzie drugiego gola z rzutu wolnego. Z tyłu Szetela. Foto: Grzegorz Szydłowski
Od momentu kiedy Cosmos Nowy Jork powrócił na futbolową mapę tylko jedna drużyna - San Antonio Scorpions - wywiozła z James M. Shuart Stadium komplet punktów. W ubiegłą sobotę w polonijnych derbach NASL Zahorski i spółka dokonali tej sztuki po raz drugi pokonując ekipę Szeteli 3:1.

Zahorski pomógł Scorpions
w pokonaniu Cosmosu.
Foto: Grzegorz Szydłowski
Na inaugurację rundy jesiennej spotkały się dwie czołowe drużyny Wiosny, bo wicemistrzowski Cosmos Nowy Jork podejmował trzecich w tabeli San Antonio Scorpions. W obu zespołach grają Polacy: Daniel Szetela i Tomasz Zahorski, dlatego mecz wzbudzał dodatkowe emocje wśród Polonii.

Na trybunach stadionu na Long Island zasiadło nieco powyżej 3.5 tys. widzów, którzy oczekiwali, że gospodarze - mimo absencji Marcosa Senny, Ale Noselliego, Roversio czy Diomara Diaza - zrewanżują się za wiosenną porażkę 0:1, która sprawiła, że Cosmosowi zabrakło jednego punktu do wywalczenia tytułu mistrzowskiego. Ubytki kadrowe wpłynęły jednak znacząco na grę gospodarzy, którzy nie potrafili sforsować dobrze spisujących się w defensywie gości. Swojego dnia nie miał też bramkarz Jimmy Maurer, który w 40.min powalił w polu karnym byłego reprezentanta Kolumbii Rafaela Castillo i sprokurował rzut karny zamieniony na bramkę przez samego poszkodowanego. Tuż przed przerwą 34-letni Castillo podwoił swój dorobek po świetnym strzale z rzutu wolnego, który do siatki trafił po odbiciu się od poprzeczki i pleców bramkarza. Przy bramce udział miał też Tomasz Zahorski, którego uprzednio - przy próbie wyjścia na czystą pozycję - nieprzepisowo zatrzymywał debiutujący z konieczności na środku obrony Hunter Gorskie.

Tym razem Szetela nie poprowadził Cosmosu do zwycięstwa.
foto: Grzegorz Szydłowski
W drugiej części nadzieję w serca kibiców gospodarzy wlał Hunter Freeman zdobywając w 57.min kontaktową bramkę po ładnym strzale z wolnego. Ale nadzieja ta zgasła 12 minut później, bo po wzorowo wyprowadzonym kontrataku goście odzyskali dwubramkowe prowadzenie. I znowu w akcji brał udział Zahorski, który otrzymał piłkę w środku pola, zagrał do Billy Forbesa, a ten natychmiast posłał piłkę na dobieg w kierunku pędzącego lewą flanką Sainey Touray'a. Gambijczyk w ładnym stylu przelobował wychodzącego z bramki Maurera i po raz trzeci piłka znalazła się w siatce Cosmosu, który w całej rundzie wiosennej stracił tyle samo goli.

Pod koniec meczu gospodarze byli bliscy strzelenia jeszcze jednego gola, ale szczęście nie dopisało ani Madsowi Stokkelienowi, ani Danielowi Szeteli. "Gratuluję Tomkowi Zahorskiemu i San Antonio, bo byli dziś od nas dużo lepsi." - mówił po meczu pomocnik Cosmosu. "Cieszę się z dwóch powodów: cennej wygranej na gorącym terenie oraz faktu, że po kontuzji nie ma śladu." - dodał napastnik Skorpionów, którego w rundzie wiosennej prześladowały liczne drobne urazy.

Obaj Polacy spotkali się po meczu i wymienili kilka uwag.
Foto: Grzegorz Szydłowski
W następnej kolejce (sobota-niedziela, 19-20 lipca) Cosmos będzie szukać okazji do rehabilitacji w meczu z Fury w Ottawie, a Skorpiony, które wygrały 5. mecz z rzędu na wyjeździe wliczając w to rundę wiosenną, podejmą u siebie Ft. Lauderdale Strikers.

NASL I kolejka Fall Season:
James M. Shuart Stadium, Hempstead, Long Island
12 lipca 19:00

Cosmos Nowy Jork - San Antonio Scorpions 1:3 (0:2)
0:1 - Castillo 41'k, 0:2 - Castillo 45', 1:2 - Freeman 57', 1:3 - Touray 69'

Cosmos: Maurer - Freeman, Gorskie (Roversio 46'), Carlos Mendes, Ayoze, Nane, Szetela, Dimitrov (Paulo Mendes 71'), Stokkelien, Diosa (Chirishian 46'), Guenzatti

Scorpions: Sattler - Borrajo, James, Janicki, DeRoux, Restrepo, Soto, Castillo (Barrera 83') Forbes (Saiko 87'), Touray (Braun 73'), Zahorski

Pozostałe wyniki:
FC Edmonton - Ottawa Fury 0:0
Ft. Lauderdale - Minnesota United FC 0:3 (Daniel Mendes 23', Ramirez 59', Ibarra 78')
Carolina RailHawks - Indy Eleven 1:2 (E. Martinez 24' - Spencer 65', Smart 87')
Tampa Bay Rowdies - Atlanta Silverbacks 3:2 (Townsend 58' Hristov 66', 90' - Burgos 27' McCaulay 42')

Tabela:
1. Minnesota United 1 3 3:0
2. San Antonio Scorpions 1 3 3:1
3. Tampa Bay Rowdies 1 3 3:2
4. Indy Eleven 1 3 2:1
5. FC Edmonton 1 1 0:0
5. Ottawa Fury 1 1 0:0
7. Atlanta Silverbacks 1 0 2:3
8. Carolina RailHawks 1 0 1:2
9. Cosmos 1 0 1:3
10. Ft. Lauderdale Strikers 1 0 0:3

MLS: Henry w wielkiej formie

Tym razem to nie Sam, ale Henry był bohaterem Nowego Jorku. Foto: Danny Blanik
Thierry Henry był bohaterem rozegranego w sobotę spotkania ligi MLS pomiędzy Red Bulls Nowy Jork i Columbus Crew. Francuz zdobył bramkę i asystował przy trzech pozostałych trafieniach nowojorczyków, którzy ostatecznie zwyciężyli 4:1.

Pierwszy gol dla gospodarzy, którym na Red Bull Arena kibicowało 17 tys. widzów, padł w 17.min. Po ładnej wymianie podań w środku pola Eric Alexander zagrał prostopadłą piłkę do wbiegającego w pole karne Thierry'ego Henry. Francuz wypatrzył pod bramką niepilnowanego Bradley'a Wright-Phillipsa i podał mu tak dokładnie, że Anglik nie mógł zmarnować okazji i zdobył swoją 15. bramkę w sezonie. Goście odpowiedzieli w 39.min kiedy po błędzie obu środkowych obrońców, którzy nie zdołali najpierw przeciąć podania Federico Higuaina, a potem sprytnego zagrania Ethana Finlaya do piłki dopadł Adam Bedell i umieścił piłkę w siatce obok bezradnego Luisa Roblesa. Tuż przed przerwą znowu błysnął Henry, który skutecznie dobił strzał Wrighta-Phillipsa i wyprowadził nowojorczyków na prowadzenie. Było to dopiero czwarte trafienie w sezonie legendy Arsenalu.

W drugiej części Henry show trwał w najlepsze. W 56.min były gracz Barcelony wypatrzył na prawym skrzydle wychodzącego na czystą pozycję Lloyda Sama, któremu nie pozostało nic innego jak posłać piłkę do siatki obok Steve'a Clarka. W doliczonym czasie gry Henry zaliczył kolejne kluczowe podanie tym razem asystując Alexandrowi, który z zimną krwią wykorzystał sytuację sam na sam z golkiperem gości. Ostatnia asysta dała Francuzowi najlepszy w tym sezonie wynik w MLS (9) oraz rekord klubu (37), który dotychczas należał do Amado Guevarry i Taba Ramosa. "Dziś wieczorem Henry był fenomenalny." - podsumował występ kolegi Mateusz Miazga, który rozegrał całe spotkanie - "Nie dość, że miał udział we wszystkich bramkach to jeszcze był prawdziwym liderem, który harował na całym boisku."

Przed Nowym Jorkiem, który zrównał się w tabeli punktami z zajmującymi czwartą lokatę New England Revolution pracowity tydzień. Już we środę podopieczni Mike'a Petke jadą do Filadelfii, gdzie o 7PM zagrają z Union, natomiast w sobotę o tej samej porze podejmą na Red Bull Arena Chrisa Wondolowskiego i San Jose Earthquakes.

12 lipiec, 2014 19:00
MLS Regular Season
Red Bull Arena, Harrison, NJ

New York Red Bulls - Columbus Crew 4:1 (2:1)

1:0 - Bradley Wright-Phillips 15 (Thierry Henry 7, Eric Alexander 6) 17’
1:1 - Adam Bedell 1 (Ethan Finlay 2) 39’
2:1 - Thierry Henry 4 45’
3:1 - Lloyd Sam 2 (Henry 8) 56’
4:1 - Eric Alexander 2 (Henry 9) 91+’

New York Red Bulls (5-5-8, 23 pkt.): Luis Robles, Chris Duvall, Jamison Olave, Matt Miazga, Ambroise Oyongo, Lloyd Sam, Tim Cahill, Eric Alexander, Bobby Convey (Dax McCarty 61’), Thierry Henry (Andre Akpan 92+’), Bradley Wright-Phillips (Ibrahim Sekagya 82’)

Columbus Crew (4-6-8, 20 pkt.): Steve Clark, Michael Parkhurst (Tyson Wahl 59’), Chad Barson, Eric Gehrig, Bernardo Anor, Ben Speas, Wil Trapp, Fedrico Higuain, Tony Tchani, Ethan Finlay (Aaron Schoenfeld 70’), Jairo Arrieta (Adam Bedell 25’)

Sędziował: Ted Unkel
Żółte: Anor, Robles, Tchani, Sam
Czerwona: Anor
Widzów: 17,028