piątek, 19 grudnia 2014

Aggie Be's: szwedzka pizza i polskie pierogi w Connecticut

Aggie (z prawej) i jej matka Ela przyniosły do południowego Connecticut odrobinę polskiej i szwedzkiej kuchni. Foto: AB
Aggie Be's to niewielka restauracja w południowym Connecticut, której właścicielką jest... szwedzka dziennikarka polskiego pochodzenia. Specjalnością lokalu są pyszne pierogi i pizza, ale na uwagę zasługuje także przytulna atmosfera i wdzięk szefowej, która jeszcze kilka lat temu współprowadziła program Mała Czarna w polskiej telewizji.

Aggie (w środku) w programie Mała Czarna z Małgorzatą
Foremniak i Joanną Koroniewską z "Na Dobre i Na Złe."
foto: AB
O nowo otwartej jadłodajni w Milford w stanie Connecticut dowiedziałem się od samej właścicielki Agnethy Brandin. Szwedka o polskich korzeniach, która od kilku lat mieszka na stałe w Nowym Jorku zaprosiła mnie do siebie na rekonesans za pośrednictwem Facebooka, na którym mamy wspólnych znajomych. "Jesteśmy jedyną polską restauracją w okolicy." - reklamowała swój biznes Aggie - "Polacy mogą kojarzyć mnie z telewizji." Z zainteresowaniem połknąłem więc haczyk i w pewien czwartkowy wieczór wraz z całą, wygłodzoną, czteroosobową rodziną wybrałem się na kulinarny wypad do Aggie Be's.

Dojazd do restauracji, która na Facebook określona jest mianem "European Fusion" jest bardzo prosty. Podróżując od strony Nowego Jorku drogą I-95 bierzemy zjazd #34 i skręcamy w prawo na Bridgeport Ave. Po ujechaniu ćwierćmili zauważamy po prawej stronie powitalny drogowskaz zachęcający do kolejnego prawoskrętu - tym razem na ulicę Berwyn. Tabliczka z numerem 11 przybita jest do pierwszego budynku po prawej stronie - niepozornej, bladożółtej konstrukcji z czerwonymi drzwiami i szarymi, drewnianymi schodami.

Frontowe wejście Aggie Be's. Foto: TM
Parkujemy według wskazówek przytwierdzonych do balustrady - czyli z tyłu, za budynkiem. Nawierzchnia szutrowa i plac na 4-5 aut - wiadomo już, że parking nie będzie atutem tego miejsca, ale plusem jest to, że do wejścia mamy naprawdę ze dwadzieścia kroków. Wspinamy się po schodach i - po przeczytaniu zabawnego napisu na tablicy o braku WiFi - z zaciekawieniem wchodzimy do środka.

Aggie Be's od progu wita ciepłą, przytulną atmosferą i nieco surowym, acz estetycznym skandynawskim wystrojem wnętrza. Jedną ze ścian w pomysłowy sposób zdobią... wałki do ciasta, których jest ponad setka. Szybko zdajemy sobie sprawę, że to ten sam wałek, który jest głównym elementem restauracyjnego logotypu. "Zdecydowałam się na użycie tego narzędzia kuchennego, bo jest on niezbędny zarówno przy wyrobie pizzy jak i pierogów." - tłumaczyła nam później Aggie. Jakby na potwierdzenie tych słów na ścianie przeciwległej wiszą cztery fotografie przedstawiające wałkującą ciasto na pierogi Aggie i jej matkę Elę przy pracy nad pizzą. Ramki zdjęć oddalone są od siebie o ledwie kilka centymetrów, ale napisy dowodzą, że dzielą je także równe trzy dekady.

Sala jadalna jest niewielkich rozmiarów i mieści się na niej kilka stolików z drewnianymi blatami, zadziwiająco wygodnych krzeseł z drewnianymi siedzeniami i oparciami i dwie drewniane ławy z poduszkami do siedzenia. Zajmujemy miejsca w rogu, przy wykuszowym, jedynym w lokalu oknie, okraszonym świątecznymi poinsecjami i blaskiem betlejemskiej gwiazdy. Gdyby nie ona w lokalu panowałby niemal półmrok, bo małe świeczki na stolikach pełnią raczej rolę dekoracyjną, a strumień światła płynący z dwóch sufitowych lamp jest skutecznie ograniczany przez ich duże klosze. Łączymy dwa stoliki i zastanawiamy się czy wystarczy miejsca na zastawę dla czterech osób.

Zabawny napis informujący o braku sieci WiFi
- foto: AB
Pojawia się Aggie, która z marszu zyskuje naszą sympatię dzięki urodziwej aparycji, ciepłej osobowości i... pięknej polszczyźnie. Widać, że obcowanie z klientelą nie sprawia jej żadnego kłopotu i że przydaje jej się doświadczenie nabyte podczas udziału w popularnych w Polsce programach telewizyjnych Europa da się lubić (TVP2) i Mała Czarna (TV4). W latach 2007-08 w obu tych programach Aggie uczestniczyła jako jedna z osób współprowadzących.

Poznając w przyspieszonym trybie historię Aggie, która wyjechała do Nowego Jorku w wieku 16 lat, aby studiować dziennikarstwo na Hofstra University rzucamy okiem na menu, na którym widnieje 13 rodzajów pizzy, 7 wersji potraw pierogowych i zestawy obiadowe z kiełbasą z grilla, gołąbkami i szwedzkimi klopsikami mięsnymi w roli głównej. Decydujemy się na najrozsądniejszy z możliwych wybór - czyli to, co poleci sama szefowa.

Po chwili przed nami stoi już duża słoikowata flaszka z wodą, ciekawe kufle w stylu retro i miski ze szwedzką sałatką, która pełni rolę darmowej przystawki do pizzy (każda kolejna kosztuje $1). Jej głównym składnikiem jest biała kapusta i - jak sama Aggie mówi - można ją porównać do coleslaw tylko bez zawartości śmietany. My - jako zwolennicy wszelakich sałatek - konsumujemy ją ze smakiem i rozbudzonymi tą kulinarną uwerturą kubkami smakowymi.

Wałek użyty jest jako główny element logotypu
Foto: TM
Aggie co chwila znika na zapleczu, bo oprócz kelnerstwa zajmuje się także kasą, dyżurowaniem przy telefonie i oczywiście gotowaniem. W kuchni pomagają jej dwie kobiety, ale i tak ma pełne ręce pracy. Podczas naszej wizyty odbiera kilka telefonów i obsługuje kilka innych osób co sprawia, że mimo iż restauracja otworzyła swoje podwoje zaledwie 1.5 miesiąca temu jej właścicielka nie może narzekać na brak zainteresowania. "Co mnie bardzo cieszy to spora ilość zamówień na wynos, bo już wiem, że nie pomyliłam się przy wyborze miejsca." - zdradza Aggie, która odkryła uroki południowego Connecticut dzięki byłemu chłopakowi. "Na razie dojeżdżam tutaj z Nowego Jorku - nie jest źle, zajmuje mi to około 70 minut - ale docelowo będę musiała poszukać czegoś lokalnie."

O pięciodniowym dojeździe Aggie do pracy - restauracja zamknięta jest w niedzielę i poniedziałki - rozmyślamy rozkoszując się świeżutkimi, omaszczonymi smażoną cebulką pierogami: z mięsem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami oraz ruskimi. Dodatkowo możemy ubogacić to smaczne danie śmietaną i musem jabłkowym. Jedynym minusem jest to, że 9 pierogów - za które zapłacimy $11 (mniejsza, 6-cio pierogowa porcja to koszt rzędu $8) - to zdecydowanie zbyt mało jak na nasze rozochocone podniebienia.

Na szczęście w kolejce do naszych żołądków czeka już main course - 14-calowa pizza. O ile pierogi są domeną Aggie to pizza jest specjalnością jej mamy. Ela Brandin w 1975 roku opuściła rodzinny Szczecinek i wyjechała do Szwecji, gdzie wyszła za mąż i otworzyła własną pizzerię. "Szwedzka pizza różni się od włoskiej strukturą ciasta, które jest miękkie, chrupiące i zachowuje świeżość przez dłuższy okres czasu." - wyjaśnia Aggie - "Oprócz tego tradycyjną mozarellę zastępujemy żółtym serem, a jako dodatki używamy takich 'wynalazków' jak kebab, stek czy kurczak z... bananami."

Wnętrze Aggie Be's z menu napisanym na jednej ze ścian.
Foto: TM
Nam trafia się pizza kebab, która oprócz typowego dla siebie mięsa i sosu jest także pokryta poszatkowaną salatą lodową. Zapłacimy za nią $12, ale nie jest ona pod tym względem przodownikiem, bo na Aggie (ser, szynka, grzyby, krewetki, bekon, karczochy i czarne oliwki) wydamy trzy dolary więcej. Zajadamy ją ze smakiem dowiadując się przy okazji od innych gości, że w Aggie Be's obowiązuje zasada Bring Your Own Beverage, czyli każdy może przynieść do konsumpcji swój własny trunek alkoholowy (wino lub piwo).

Tymczasem urocza właścicielka, która wciąż pojawia się i znika, serwuje nam także mały talerz ze szwedzkimi klopsikami mięsnymi. Pulpecikom towarzyszą tłuczone ziemniaki i dodatek z lingonberries, czyli szwedzkich borówek podobnych do żurawin. Zestaw do złudzenia przypomina ten ze stołówki w sklepie IKEA, choć z pewnością jest nieporównywalnie wyższy w hierarchii smakowej. I z tego też tytułu droższy, bo kosztuje $10. Równie smaczne są kończące naszą szwedzko-polską, bogatą w węglowodany ucztę czekoladowe kuleczki z otrębami posypane wiórkami kokosowymi. Za trójkę takich słodyczy należy zapłacić $3.5.

Reasumując w Aggie Be's spędziliśmy niemal 1.5 godziny i spożyliśmy posiłek złożony z sałatki, dwóch dań, pizzy i małego deseru. Wszystko było bardzo smaczne i zmieściliśmy się w cenie $37.50, co w przypadku czteroosobowej rodziny nie jest wydatkiem zbytnio obciążającym kieszeń. Część pizzy zabraliśmy do domu, bo nie byliśmy w stanie zmieść wszystkiego z naszych talerzy - co z kolei świadczy o obfitości kolacji. Jeśli dodamy do tego przytulną atmosferę i przemiłą obsługę (w języku polskim!) w wykonaniu autentycznej celebrytki to okaże się, że Aggie Be's to miejsce, do którego z całą pewnością należy zajrzeć. Nasza nasycona już czwórka dziękuje całej kuchennej załodze lokalu i obiecuje, że z pewnością tam powróci. Chociażby po to, aby spróbować jak smakuje Chicken Banana Bombay - czyli pizza z serem, kurczakiem, przyprawą curry i - tak, tak, naprawdę! - bananami. Smacznego, lub jak kto woli smaklig måltid!

Aggie Be's
11 Berwyn Street, Milford, CT 06461
Tel: 203 693 2929
Fax: 203 696 2930
email: aggie@aggiebe.com

www.aggiebe.com
https://www.facebook.com/pages/Aggie-Bes/1510633965816043

Godziny otwarcia:
Wtorek - Piątek 11:30 - 8PM
Sobota: 11:30 - 9PM
Niedziela-Poniedziałek: nieczynne

NASL: Zahorski, Raul i Szetela - 23 maja 2015

Szetela wygrał mistrzostwo w 2013 a rok później po tytuł sięgnął Zahorski. Kto będzie górą w 2015? Foto: Grzegorz Szydłowski
4 kwietnia rozpocznie się nowa era w historii Cosmosu Nowy Jork, bo tego dnia w ich barwach w meczu ze Strikers w Ft. Lauderdale zadebiutuje Raul. W innym spotkaniu pierwszej kolejki wiosennego sezonu obrońcy tytułu San Antonio Scorpions i Tomasz Zahorski podejmą Tampa Bay Rowdies. 

Nadchodzący sezon NASL rozpocznie się 4 kwietnia i potrwa do 13 czerwca. Każda z 11. drużyn (do rozgrywek dołącza trzecia ekipa z Florydy: Jacksonville Armada FC) rozegra po 10 spotkań - pięć u siebie i tyle samo z dala od domu. Wielki faworyt rozgrywek Cosmos Nowy Jork z Raulem, Marcosem Senną i rzecz jasna Danielem Szetelą po raz pierwszy zagra na Long Island w sobotę, 18 kwietnia w starciu z Tampa Bay Rowdies. W maju nowojorczyków czekają aż trzy spotkania na własnych śmieciach. Najpierw na Hofstra University przyjadą dwie drużyny z Kanady: Ottawa Fury (2 maj) i FC Edmonton (10 maj), a 23 maja do Nowego Jorku przyleci Tomasz Zahorski ze Skorpionami. W ostatniej kolejce wiosny - 13 czerwca - Cosmos zmierzy się z beniaminkiem z Jacksonville. Tydzień wcześniej podopieczni Gio Savarese będą pauzowali w związku z nieparzystą liczbą drużyn uczestniczących w rozgrywkach.

Dla Zahorskiego sezon rozpocznie się dwoma meczami z rzędu w San Antonio: 4 kwietnia z Tampa Bay Rowdies i 18 kwietnia z Indy Eleven. Oba te spotkania będą przedzielone obligatoryjną pauzą. Potem na Toyota Field przyjadą jeszcze Carolina RailHawks (9 maja) i Ft. Lauderdale Strikers (30 maja) i w ostatniej kolejce Ottawa Fury. Wygląda na to, że terminarz sprzyjał zarówno Skorpionom jak i graczom Cosmosu, bo w obu przypadkach w zakończą sezon meczami na własnych obiektach przeciwko niezbyt wymagającym przeciwnikom. Tego samego nie mogą powiedzieć finaliści SoccerBowl Ft. Lauderdale Strikers, którzy w ostatniej kolejce zagrają na wyjeździe ze świetnie spisującą się w ubiegłym sezonie Minnesotą United.

Dla Polaków z Nowego Jorku i okolic ważna jest szczególnie jedna data: 23 maja, kiedy w NASL odbędzie się kolejny "Polski Mecz" z udziałem Szeteli i Zahorskiego. Dotychczas w historii meczów pomiędzy Cosmosem i San Antonio w Nowym Jorku raz wygrali gospodarze, a dwukrotnie górą byli goście. Smaczku tym meczom dodaje także fakt, że Skorpiony w drodze po tegoroczny tytuł pokonali w półfinale Cosmos po dogrywce 2:1. Karnet na cały sezon Cosmosu - w cenie od $160 - można zakupić już dziś: www.nycosmos.com/seasontickets lub przez telefon: 855-71-COSMOS.

Terminarz gier drużyn z Polakami:
1 kolejka, 4 kwietnia:
Ft. Lauderdale Strikers - Cosmos
San Antonio - Tampa Bay Rowdies

2 kolejka, 11 kwietnia:
Indy Eleven - Cosmos
San Antonio - pauza

3 kolejka, 18 kwietnia: 
Cosmos - Tampa Bay Rowdies
San Antonio - Indy Eleven

4 kolejka, 25 kwietnia: 
Atlanta Silverbacks - Cosmos
Minnesota United - San Antonio

5 kolejka, 2 maja:
Cosmos - Ottawa Fury
Jacksonville Armada - San Antonio

6 kolejka, 9-10 maja: 9 maja: San Antonio - Carolina RailHawks
10 maja: Cosmos - FC Edmonton

7 kolejka, 16-17 maja:
16 maja: Carolina RailHawks - Cosmos
17 maja: Edmonton FC - San Antonio

8 kolejka, 23 maja: 
Cosmos - San Antonio Scorpions

9 kolejka, 30 maja:
Minnesota United - Cosmos
San Antonio - Ft. Lauderdale Strikers

10 kolejka, 6 czerwca:
Atlanta Silverbacks - San Antonio
Cosmos - pauza

11 kolejka, 13 czerwca:
Cosmos - Jacksonville Armada FC
San Antonio - Ottawa Fury

MLS: Starcie Kaki i Davida Villi na inaugurację nowego sezonu

Tych dwóch gigantów futbolowych będziemy mogli zobaczyć po raz pierwszy w akcji 8 marca 2015. Foto: internet
Wciąż nie znamy jeszcze pełnego kalendarza gier w MLS na sezon 2015, ale od dziś wiadomo już, że w pierwszej kolejce 8 marca dojdzie do arcyciekawego spotkania debiutantów: Orlando City SC z Kaką podejmie New York City FC Davida Villi. Tego samego dnia Red Bulls Nowy Jork zmierzą się na wyjeździe ze Sportingiem Kansas City. 

Pierwszym starciem nowego, 20. sezonu MLS będzie potyczka pomiędzy obrońcą tytułu i 5-ciokrotnym mistrzem Los Angeles Galaxy z Chicago Fire. Obie drużyny wybiegną na boisko w piątek 6 marca 2015 o 22:00 czasu nowojorskiego, a transmisję z tego spotkania pokaże hiszpańskojęzyczna stacja UniMas. Dwa dni później o 17:00 na ESPN2 obejrzeć będzie można starcie dwójki debiutantów: Orlando City SC i New York City FC. Oba zespoły prowadzone będą przez największe i najnowsze gwiazdy ligi Kakę i Davida Villę, którzy należą do najlepiej opłacanych piłkarzy w MLS. Nazwisko Brazylijczyka jest pierwsze na liście płac (6.66 milionów dol pensja podstawowa i 7.17 mil dol gwarantowana), natomiast przed zarabiającym 6 milionów Villą jest jeszcze tylko dwójka graczy z Toronto: Michael Bradley i Jermain Defoe.

Również tego samego dnia rozgrywki zainaugurują drużyny z Polakami w składach. Mateusz Miazga, Bradley Wright-Phillips (król strzelców ubiegłego sezonu) i reszta piłkarzy Red Bulls Nowy Jork pojadą do Kansas City na mecz ze Sportingiem, którego transmisja na FOX Sports 1 rozpocznie się o 19:00. Cztery godziny wcześniej na boisko w Waszyngtonie wybiegną jedenastki DC United i Montrealu Impact - obecnego klubu Krzysztofa Króla.

Z okrojonego terminarzu wynika także, że debiut przed własną publicznością dla NYC FC przypadnie na niedzielę, 15 marca, kiedy na Yankee Stadium przyjedzie wicemistrz MLS New England Revolution. Kibice drugiej nowojorskiej ekipy na pierwszy mecz u siebie czekać muszą do 22 marca, a ich przeciwnikiem na Red Bull Arena będzie DC United. Impact w Montrealu zagra jeszcze później, bo dopiero w czwartej kolejce zaplanowanej na 28 marca. Wówczas Król i spółka podejmą na Stadionie Olimpijskim Orlando City SC.

I Kolejka MLS, sezon 2015:
Piątek, 6 marca:
LA Galaxy vs. Chicago Fire (StubHub Center)

Sobota, 7 marca:
D.C. United vs. Montreal Impact (RFK Stadium)
Vancouver Whitecaps FC vs. Toronto FC (BC Place)
Houston Dynamo vs. Columbus Crew SC (BBVA Compass Stadium)
Philadelphia Union vs. Colorado Rapids (PPL Park)
Portland Timbers vs. Real Salt Lake (Providence Park)
FC Dallas vs. San Jose Earthquakes (Toyota Stadium)

Niedziela, 8 marca:
Orlando City SC vs. New York City FC (Orlando Citrus Bowl)
Sporting Kansas City vs. New York Red Bulls (Sporting Park)
Seattle Sounders FC vs. New England Revolution (CenturyLink Field)

wtorek, 9 grudnia 2014

Raul w Nowym Jorku!

Raul i Gio Savarese prezentują koszulkę Cosmosu - oczywiście z nr 7. Foto: Tomek Moczerniuk
Mimo mocno siąpającego deszczu na pierwszą, nowojorską konferencję prasową Cosmosu z udziałem Raula przyszło około stu dziennikarzy. W swoich wypowiedziach legendarny Hiszpan potwierdził, że przyszedł, aby zapoczątkować nową, budowaną według jego futbolowej filozofii erę w Cosmosie.

Wtorkowa konferencja odbyła się w hotelu Four Seasons na Manhattanie i - mimo otwartego nad Nowym Jorkiem nieba - wywołała olbrzymie zainteresowanie. Wśród zgromadzonych dziennikarzy prym wiodły hiszpańskie dzienniki z Asem na czele. Nie dopisali natomiast pismacy nowojorskich gazet, które wciąż traktują soccer po macoszemu. Dlatego też mistrzem ceremonii był popularny, latynoamerykański dziennikarz Fernando Fiore, który później wcielił się także w rolę tłumacza. Na sali obecni byli także ex-gracze Cosmosu z Shepem Messingiem na czele oraz małżonka "Rulo" Maria del Carmen Redondo Sanz, z którą piłkarz ma piątkę dzieci.

37-letni Raul wszedł na salę w akompaniamencie burzy braw oraz towarzystwie Prezesa Zarządu Seamusa O'Briena i szkoleniowca Cosmosu Giovanni Savarese. Obaj panowie przedstawiając Raula stwierdzili, że są zaszczyceni, że tak wybitny futbolista zdecydował się na wybór Nowego Jorku jako swojej kolejnego - być może już ostatniego - etapu w bogatej karierze.

W podobnym tonie wypowiadał się sam bohater dnia: "Moja kariera trwa już ponad 20 lat, ale zanim ciało się zbuntuje i będę zmuszony powiedzieć 'stop' chciałem jeszcze pograć i pomieszkać w Nowym Jorku, który uważam za jedno za najwspanialszych miast na świecie. Po dwóch latach spędzonych w Katarze - gdzie oprócz kopania w piłkę otrzymałem możliwość zbudowania struktur piłkarskiej akademii według własnej filozofii i w oparciu o swoje doświadczenia - będę zajmował się dokładnie tym samym tutaj."

Raul i Wojtek Ignatiuk - dwaj koledzy z Al Saad.
Foto: Wojtek Ignatiuk
W Al Saad kolegą Raula był Polak Wojtek Ignatiuk, który w katarskim klubie pracuje jako Analityk od Przygotowania Fizycznego. Były pracowni Arki Gdynia wypowiada się o Hiszpanie w samych superlatywach: "To profesjonalista w każdym calu, niezwykłe umiejętności na boisku i kompendium wiedzy poza nim. Poprowadził drużynę do mistrzostwa i triumfu w krajowym pucharze. W Aspire Academy stworzył szansę młodym adeptom futbolu na roczne staże w znanych, europejskich klubach w Europie. Był jednym z ojców sukcesu jakim był złoty medal U19 Kataru w tegorocznych Mistrzostwach Azji. On jest stworzony do tego typu łączonych projektów, gdzie wszyscy będą mogli korzystać z jego ogromnego bagażu doświadczeń."

Cosmos walczył o Raula względy ponad 8 miesięcy, ale - jak sam przyznał - ostateczną decyzję podjął dopiero po wizji lokalnej w październiku. "Wziąłem udział w dwóch treningach Cosmosu, zwiedziłem wszystkie obiekty, rozmawiałem z wieloma osobami, ale największe wrażenie wywarły na mnie wielkie serce i pasja z jaką podchodzą do rzeczy włodarze z tego legendarnego klubu, w którym przecież grali Pele i Beckenbauer. Poza tym podczas tamtej wizyty wziąłem piłkę do Central Parku i zacząłem ją kopać niedaleko boiska do baseballa. Po chwili - mimo iż byłem dla nich całkiem anonimowy - dołączyło do mnie 14. gotowych do gry chłopaków! Widać, że jest tutaj potencjał, jest klimat. Chcę więc dołożyć swoją cegiełkę, pomóc nie tylko Cosmosowi, ale i całemu amerykańskiemu soccerowi." - wyznał, dodając, że minie jeszcze sporo czasu zanim przyzwyczai się do tego słowa.

Sergio Ramos składa życzenia Raulowi. Foto: Tomek Moczerniuk
Wygląda więc na to, że po odejściu Thierry'ego Henry Nowy Jork będzie miał kolejnego wielkiego, piłkarskiego ambasadora, z czego cieszą się nie tylko kibice. "Jego doświadczenie trudno przeliczyć na pieniądze, myślę też, że przyda się drużynie, która w tym sezonie miała kłopot ze zdobywaniem goli." - zapowiada Janusz Michallik, komentator m.in. stacji ESPN oraz Fox Sports - "Ma nosa, wie gdzie się ustawić. Z pewnością nie zapomniał jak się strzela bramki. Oby tylko zdrowie mu dopisało."

Fachowcom wtórują także piłkarze. "Niezmiernie się cieszę, że będę dzielić szatnię z Raulem." - mówi pomocnik Cosmosu Danny Szetela - "Gra w Cosmosie zobowiązuje do walki o najwyższe cele, dlatego wierzę, że Raul pomoże nam w powrocie na mistrzowski szczyt." W podobny deseń wypowiadali się... Julian Draxler, Iker Casillas i Sergio Ramos czyli byli koledzy klubowi Raula w Schalke 04 i Realu Madryt. Filmiki z ich życzeniami zaprezentowano na zakończenie konferencji jako niespodzianka dla Raula. "Rulo - gratuluję Ci nowej przygody. Powodzenia!" - mówił Iker Casillas. "Z pewnością dasz sobie radę, tak jak zwykle zresztą." - dodał Sergio Ramos. Ich wypowiedzi wywołały u piłkarza Cosmosu błysk w oku i szeroki uśmiech na ustach - podobne do tych, jakie towarzyszyły mu po każdej ze strzelonych w karierze bramek. Ile goli dołoży do swojego dorobku podczas gry w Cosmosie przekonamy się już za jakiś czas. Na razie musimy uzbroić się w cierpliwość, bo NASL wznawia rozgrywki dopiero w kwietniu 2015.

środa, 3 grudnia 2014

Życie po Henrym, czyli co dalej z Bykami?

Henry schodzi ze sceny. Tu żegna się z kibicami po meczu z Arsenalem na Red Bull Arena. Foto: Rob Tringali / RBNY
W minioną sobotę Red Bulls Nowy Jork po raz kolejny przedwcześnie pożegnali się z marzeniami o triumfie w MLS Cup. Jak zwykle w tym okresie klub wietrzy szatnię, z którą żegna się kilku zawodników na czele z Francuzem Thierry Henrym. Oznacza to nie tylko kolejną zmianę warty, ale i niepewność przed sezonem 2015, w którym do gry o lojalność kibiców włączy się bogatszy, napędzany petrodolarami kuzyn zza miedzy - NYC FC.

Skazani na... brak sukcesów

Kibice RBNY nie mają wielu powodów do zadowolenia.
Foto: Danny Blanik
Kiedy w 1996 NY/NJ MetroStars inaugurowali rozgrywki w nowej, profesjonalnej lidze piłkarskiej MLS plany ich włodarzy były ambitne, a oczekiwania kibiców większe niż Empire State Building. Rok po roku klub startował do mistrzostw z jednym z największych budżetów i z takimi gwiazdami jak: Lothar Matthaus, Roberto Donadoni, Juan Pablo Angel, Tim Howard, Jozy Altidore czy Alexi Lalas, ale po Puchar USA czy MLS Cup sięgały inne, uboższe i mniej rozdmuchane medialnie drużyny - za wyjątkiem rzecz jasna Los Angeles Galaxy. Dziś, 18 lat później ten sam klub - choć już pod nowym szyldem Red Bulls - wciąż drepta w miejscu i ciągle nie może się wspiąć na krajowy szczyt. Tego samego nie można powiedzieć o żadnej innej drużynie, która występuje w MLS od początku, bo FC Dallas i New England Revolution - choć nigdy nie sięgnęli po MLS Cup - mają na koncie triumf w rozgrywkach o Lamar US Open Cup.

Problemem nie są pieniądze, bo od kiedy w 2006 roku władzę nad organizacją przejął koncern Red Bull o fundusze nikt tutaj nie musi się zbytnio martwić. W 2010 Austriacy zafundowali kibicom nowiuteńką Red Bull Arenę (wierna kopia obiektu Red Bulls w Salzburgu) i przy okazji przenieśli siedzibę klubu do uważanego za kolebkę amerykańskiego soccera (stąd pochodzą m.in. Tony Meola, Tab Ramos i John Harkes - uczestnicy sławetnego Mundialu w 1994) Harrison w New Jersey. Ten drugi krok wydawał się słuszny i logiczny, ale przemianowanie drużyny na Red Bulls nie było w smak wiernym czarno-czerwonym barwom MetroStars kibicom. Nie mając jednak alternatywy - Red Bulls w owym czasie byli jedyną profesjonalną drużyną piłkarską w nowojorskiej metropolii - zaczęli powoli przyzwyczajać się do nowego szyldu. Wszyscy wiedzieli, że właścicielowi koncernu Dietrichowi Mateschitzowi przede wszystkim chodzi o rozpowszechnienie napoju energetycznego w USA, ale wierzono, że Nowy Jork będzie przynajmniej podążał tą samą ścieżką co RB Salzburg. Najbardziej kochane dziecko Mateschitza od momentu przejęcia przez niego sterów w 2006 zdobyło bowiem aż pięć tytułów mistrza i dwa Puchary Austrii.

Trzeba przyznać, że w Nowym Jorku nigdy nie szczędzono też grosza na tzw. Designated Players - czyli gwiazdy mające rozsławić imię soccera w USA i przyciągnąć na stadion tłumy kibiców. Najpierw bożyszczem fanów był kolejny zasłużony Amerykanin Claudio Reyna - dziś Dyrektor Sportowy... NYC FC. Potem dołączył do niego Kolumbijczyk Juan Pablo Angel, który w przeciągu czterech sezonów zdobył dla Red Bulls 58 bramek i stał się nie tylko najskuteczniejszym strzelcem w historii, ale i klubową legendą. W 2010 do drużyny dołączyli dwaj byli gracze Barcelony Thierry Henry i Rafa Marquez. Obaj łącznie inkasowali za sezon 10 milionów dolarów, co - przy budżetach innych klubów nieprzekraczających 3-milionowego limitu płac dla zawodników Salary Cap - wyglądało wręcz niemoralnie. Ich przyjście bezpośrednio wpłynęło też na to, że Angel musiał szukać innego klubu.

Król Henry Pierwszy

Jedna z po-golowych cieszynek
Henry'ego - wcielił się w rolę
kamerzysty. Foto: Danny Blanik
O ile Marquez był kompletnym niewypałem (w 2012 zastąpiono go reprezentantem Australii Timem Cahillem) to Henry wypełnił swój 4.5-letni kontrakt w pełnym wymiarze czasowym. Ciężko jednak ocenić go w jednoznaczny sposób. Z jednej strony kibice uwielbiali go za fenomenalne bramki (których uzbierało się aż 51 - więcej ma tylko Angel) i cieszynki (słynny "przystanek autobusowy", lub "kamerzysta Henry" - patrz zdjęcie z prawej), za 42, asysty (tutaj Titi nie ma sobie równych) za nieposkromioną ambicję, za przywódczy charakter, choć ten akurat w stosunkach międzyludzkich okazywał się być dosyć trudny. W rozmowie z mediami nigdy nie był wylewny, często wręcz dziennikarzom patronizował i opuszczał obligatoryjne - na podstawie zapisu w kontrakcie - konferencje prasowe. Był też znany z tego, że chodził własnymi ścieżkami. W ostatnich dwóch sezonach - za wyjątkiem ostatniego w barwach Red Bulls meczu w New England - drużyna musiała radzić sobie bez niego kiedy przyszło im mierzyć się z rywalem na sztucznej murawie. Henry uzasadniał to obawą przed odnowieniem kontuzji ścięgna udowego, ale znaleźli się też i tacy, którzy widzieli w tym brak zaangażowania. Tak czy inaczej wyglądało to niecodziennie i z pewnością utrudniało pracę szkoleniowcowi Red Bulls, który musiał mieć w odwodzie plan gry bez Króla Henry'ego.



Nie tylko to świadczy o preferencyjnym traktowaniu Titiego w Nowym Jorku. Tego lata podczas mundialowej przerwy Henry zamiast grać w zawodach o puchar USA z Cosmosem czy choćby trenować z resztą drużyny wcielił się w rolę studyjnego komentatora brytyjskiej stacji BBC. Kiedy w marcu 2012 Fabrice Muamba zasłabł na boisku podczas meczu Bolton - Tottenham i wylądował w szpitalu Francuz samowolnie poleciał do Londynu, aby osobiście życzyć byłemu graczowi Arsenalu szybkiego powrotu do zdrowia. Odbyło się to oczywiście kosztem kolejnych jednostek treningowych, ale ówczesny trener Red Bulls Hans Backe nie odważył się wyciągnąć wobec niego jakichkolwiek konsekwencji. Więcej charyzmy miał następca Backe Mike Petke, który we wrześniu 2013 - po kłótni na treningu, podczas której o mały włos nie doszło do rękoczynów - zdecydował się posadzić gwiazdora na ławce i dać opaskę kapitana Cahillowi w meczu z DC United.

Henry i jego opaska oraz Lloyd Sam (nr 10), który sporo
skorzystał na współpracy z Henrym. Foto: Danny Blanik
Paradoksalnie jednak z powodu tej właśnie opaski Henry będzie wspominany w Nowym Jorku jako bohater i legenda. W październiku 2012 znając historię klubu i niechęć obecnego zarządu wykonawczego do jakiegokolwiek odnoszenia się do korzeni Henry poprosił, aby opaska kapitańska, którą wsuwał na ramię była w kolorach MetroStars. W przeciągu swojej przygody z Nowym Jorkiem Henry kilkakrotnie oddawał hołd pierwotnej instancji klubu wskazując na swoje ramię podczas celebrowania zdobytych bramek. Bramek, które niejednokrotnie zapierały dech w piersiach, które w aż 14. przypadkach decydowały o zwycięstwie Red Bulls, które sprawiły, że Henry czterokrotnie grał w Meczu Gwiazd, a raz mniej wybierany był do najlepszej jedenastki sezonu (zabrakło go w niej tylko w 2013). Dlatego więc, mimo iż niejednokrotnie prowokował kibiców, że patrzył z góry na dziennikarzy, że nie do końca było mu po drodze ze szkoleniowcami, że w trakcie meczu wrzeszczał na kolegów z drużyny (o czym w tym sezonie przekonał się także jedyny w Red Bulls piłkarz z polskim paszportem 19-letni Mateusz Miazga) oraz mimo iż - w odróżnieniu do Davida Beckhama, który po swoje dwa tytuły z LA Galaxy sięgnął dopiero po przedłużeniu swojego kontraktu z drużyną z Kalifornii - nie poprowadził kolegów do mistrzostwa MLS Henry pozostawi po sobie w Nowym Jorku piękne wspomnienia, kilka klubowych rekordów, szacunek piłkarzy i kibiców oraz ogromną, trudną do wypełnienia pustkę. "To było niesamowite przeżycie móc dzielić szatnię i rywalizować na treningach z tak wielką legendą." - przyznaje Mateusz Miazga - "Nauczyłem się od niego naprawdę wiele i z pewnością będzie mi go brakować."

Życie po Henrym


Tim Cahill (w środku) będzie musiał udźwignąć ciężar
bycia liderem drużyny w 2015. Foto: Danny Blanik
Jeszcze w ubiegłym roku wydawało się, że życie po Henrym wcale nie musi być beznamiętne, bo świetny sezon zanotował drugi DP Byków Australijczyk Tim Cahill, który w wywalczeniu pierwszego w historii klubu trofeum - Supporters Shield przyznawaną najlepszej drużynie w lidze po zakończeniu rundy zasadniczej - miał większe zasługi niż Henry. W tym roku Cahill równie świetnie pokazał się na Mundialu, ale zarabiający 3.6 miliona dolarów piłkarz w lidze zawodził na całej linii i w końcówce został nawet oddelegowany na ławkę rezerwowych. 6 grudnia Cahill kończy 35 lat i kibice zaczynają poważnie zastanawiać się czy faktycznie będzie go stać na wypełnienie luki po Henrym nie tylko na boisku, ale i w potrzebującej charyzmatycznego lidera szatni. Trzeba bowiem pamiętać, że z uwagi na wspomniany wcześniej limit Salary Cap część zawodników w MLS to nieopierzone młokosy, wciąż mieszkające w internacie lub u swoich rodziców - tak jak choćby Mateusz Miazga.

Peguy Luyindula sprostał oczekiwaniom w 2014.
Foto: Danny Blanik
Takim liderem nieoczekiwanie może stać się Peguy Luyindula, który - szczególnie w końcówce i playoffs, w których strzelił 3 bramki - pokazał, że warto na niego stawiać. Były gracz PSG i 6-krotny reprezentant Francji jest rok starszy od Cahilla i będzie z pewnością domagał się podwyżki, bo w 2014 grał za mierne 90 tysięcy dolarów. Oprócz Luyinduli nie zawiedli także pozostali pomocnicy: Lloyd Sam (136 tys.), Dax McCarty (200 tys.) i Eric Alexander (115 tys.). Ta formacja - często wspomagana przez wracającego się do środka Henry'ego (drugi najlepszy asystent w lidze i aż pięć otwierających drogę do bramki podań w playoffs) - była najsolidniejszym ogniwem drużyny.

Szansa dla Miazgi

Podczas meczu z Arsenalem Matt
Miazga spotkał się z Wojtkiem
Szczęsnym. Foto: Danny Blanik
W niepewnej przez większą część roku formacji defensywnej dwoił się i troił kolumbijski weteran Jameson Olave (280 tys.), którego często zmieniającym się partnerom: Richardowi Eckersley (255 tys.), reprezentantowi Ugandy Ibrahimowi Sekgayi (190 tys.) i Kosuce Kimurze (105 tys.) już pokazano drzwi. To znów dobrze wróży Miazdze, który w tym sezonie zarobił 65 tys. dolarów i kilkakrotnie pokazał się z naprawdę dobrej strony. Amerykanin, który ma na koncie występy w młodzieżowej kadrze Polski niedługo będzie walczyć z reprezentacją USA do lat 20 o mistrzostwo strefy CONCACAF i awans do przyszłorocznych MŚ w Nowej Zelandii oraz na Olimpiadę w Rio w 2016. Widać, że trener młodzieżówki Tab Ramos ufa jego umiejętnościom i kwestią czasu jest kiedy ostatecznie postawi na niego też i trener Red Bulls. W tym sezonie Mike Petke udowodnił bowiem, że nie boi się stawiać na perspektywicznych graczy dając sporo szans 23-letnim Chrisowi Duvall (36.5 tys.) i Kameruńczykowi Ambroise Oyongo (36.5 tys.). Obaj piłkarze szanse wykorzystali i w przyszłym roku mogą z powodzeniem walczyć o miejsce w podstawowej jedenastce.

Pewnym punktem w bramce był 30-letni Luis Robles (100 tys.), który - mimo iż puścił 50 bramek (więcej miał tylko Dan Kennedy z Chivas USA) - miał na tyle ustabilizowaną, wysoką formę, że pojawiły się głosy domagające się jego powołania do kadry USA. Problemem jest to, że po odejściu Howarda bezapelacyjne miejsce w bramce USA ma jego rówieśnik Brad Guzan (też ma polskie korzenie), a w zapleczu są młodsi Bill Hamid i Sean Johnson z Chicago Fire. Robles może się więc skupić na dobrej, solidnej i skutecznej grze w lidze, do czego zdążył przyzwyczaić kibiców z Nowego Jorku.

BW(D)P i derby NYC w 2015

Od przyszłego sezonu BWP (drugi z lewej) będzie
zarabiał krocie. Foto: Danny Blanik
Jeszcze do środy największą niewiadomą było to, co wydarzy się z królem strzelców MLS Bradley Wright-Phillipsem. Anglik, który zdobył w sezonie 27 goli i dołożył 4 kolejne w playoffs zarabiał w tym roku 330 tys. i z pewnością zasłużył na nowy, bardziej lukratywny kontrakt. I - mimo iż pojawiły się głosy o ofertach kuszących BWP do powrotu na Wyspy Brytyjskie - taki kontrakt otrzymał stając się kolejnym Designated Player w Red Bulls. Wysokość umowy nie jest jeszcze znana, ale z pewnością przekroczy ona pół miliona dolarów. Dla zarządu Red Bulls zatrzymanie BWDP (żartobliwy skrót od Bradley Wright Designated Player) było priorytetem, bo tylko on - co też jest problematyczne - udźwignął w tym sezonie ciężar zdobywania goli. Drugim strzelcem w klubie był Henry z 10. bramkami, a trzecim Luyindula z 5. Pod nieobecność Henry'ego Petke i pozostali szkoleniowcy mają nadzieję, że w 2015 w rolę asystentów wcielą się Cahill i Luyindula do spółki.

W 2014 doszło do nowojorskich derby, ale zmierzyły się
w nich drużyny grające na innych poziomach rozgrywkowych.
W 1/8 Pucharu USA Cosmos (NASL) pokonał
Red Bulls (MLS) aż 3:0. Na zdjęciu Danny Szetela (nr 14)
i Lloyd Sam (nr 10). Foto: Danny Blanik
Odejście Henry'go zostało przyjęte przez nowojorskie środowisko piłkarskie z nostalgią ale i ze spokojem. Sam zawodnik zawsze dawał do zrozumienia, że jest zainteresowany wyłącznie wypełnieniem kontraktu i powrotem do jego ukochanego Arsenalu (zaraz po rozstaniu się z Red Bulls przyozdobił swoje konta na Twitterze i Facebook zdjęciami ze swoim pomnikiem przed Emirates Stadium), który latem przyleciał do USA na mecz towarzyski - co również dobitnie świadczyło o tym, że Henry umowy nie przedłuży. Titi po raz kolejny poszedł więc swoją drogą, nad czym trzeba ubolewać, bo od przyszłego roku w MLS zagra przecież NYC FC z Frankiem Lampardem i Davidem Villą na czele. Napędzany petrodolarami klub-córka Manchesteru City startuje z wysokiego pułapu i z ambitnymi, mistrzowskimi planami - zupełnie jak każdego roku Red Bulls. Rywalizacja pomiędzy tymi klubami jeszcze się nie rozpoczęła, ale już dzieli kibiców w metropolii nowojorskiej i... cieszy włodarzy ligi. Wreszcie w nowojorskiej metropolii dojdzie do prawdziwych piłkarskich derby na najwyższym szczeblu, które będą elektryzować fanów nie tylko w USA. Szkoda tylko, że już bez udziału Henry'ego.

wtorek, 2 grudnia 2014

NCAA: Tytuł Karnowskiego, reszta na biegu wstecznym

Zwycięska drużyna Gonzagi. W środku Przemek Karnowski. Foto: Tomek Moczerniuk
Po świetnej inauguracji zespoły Polaków w NCAA w drugim tygodniu rywalizacji znacznie obniżyły loty. Ekipy Tomasza Gielo i Jana Grzelińskiego zaliczyły łącznie 4 porażki, ale honor uratował Przemek Karnowski, którego Gonzaga zwyciężyła w prestiżowym turnieju NIT Tip-off.

Dwójka naszych najbardziej doświadczonych zawodników w NCAA rozgrywała swoje spotkania daleko od domu. Liberty University Flames Tomka Gielo brali udział w Cancun Challenge, gdzie w pierwszej rundzie nie sprostali późniejszym zwycięzcom North Florida Ospreys (2-3) 57:77. Polak spędził na parkiecie 33 minuty, ale był to jego najsłabszy mecz w sezonie, gdyż zakończył go z 5. punktami, 3. zbiórkami i jedną asystą. Dzień później w meczu o 3. lokatę w swojej grupie Flames niespodziewanie ulegli Morgan State Bears (1-5) 50:51. Gielo spisał się nieco lepiej bo w 28 minut uzbierał 10 punktów, 6 zbiórek i po jednej asyście i przechwycie, ale zapobiegł katastrofie - czyli celnemu rzutowi Donte Pretlowa na 3 sekundy przed końcową syreną. Meksykański wyjazd nie będzie się więc kojarzył pozytywnie Gielo i spółce, którzy przegrali już cztery mecze pod rząd i legitymują się bilansem 2-4.

Nieco krótszą passę - 3 porażki z rzędu - mają Canisius Golden Griffins (2-3) i Jan Grzeliński. W ubiegłym tygodniu najpierw przegrali na wyjeździe z Cornell University Big Red (3-4) 60:67 (Polak miał 2 punkty i asystę w 16 minut), a potem w lokalnych derbach Big Four Classic ulegli Buffalo University Bulls (4-1) 57:72. Gospodarzom nie pomogło nawet wsparcie ponad 7 tysięcy widzów. Nasz rozgrywający zagrał tylko 6 minut i nie wyróżnił się niczym oprócz dwóch fauli.

Po laniu jakie sprawili Sacred Heart Pioneers (2-3) koszykarze Ohio State (48:106) ekipa Filipa Nowickiego przegrała swój drugi i ostatni mecz w Buckeye Classic. Tym razem lepsi od podopiecznych Anthony Latiny okazali się James Madison Dukes (4-1) wygrywając 77:72. Polski środkowy zaliczył 15-minutowy epizod, podczas którego zdobył dwa oczka i zebrał dwie piłki z tablic. Trzecia porażka z rzędu sprawiła, że Latina - zamiast dać chłopakom odpocząć w gronie rodzinnym - zorganizował w Święto Dziękczynienia dodatkowy trening. Posunięcie zadziałało, bo w ubiegłą niedzielę Pionierzy pokonali u siebie Campbell Camels (1-4) 71:62. Nowicki na podwojenie swojego dorobku z poprzedniego meczu potrzebował zaledwie 11 minut. Niestety Filipa czeka teraz przerwa, bo w meczu z Campbell nabawił się kontuzji barku. Jak groźnej - okaże się po badaniu rezonansem.

Nie wszyscy Polacy mieli jednak w ubiegłym tygodniu powody do narzekania. Gonzaga (6-0) Przemka Karnowskiego nadal pozostaje jedną z niewielu niepokonanych drużyn w NCAA. Polski center i jego koledzy wzięli udział w prestiżowym turnieju NIT Tip-off, który rozegrany został w nowojorskim Madison Square Garden. W pierwszym spotkaniu przeciwnikiem ekipy Marka Few była Georgia (3-2), która mimo ambitnej postawy uległa Bulldogs 76:88. Karnowski był po meczu sfrustrowany, bo wyleciał z parkietu przed czasem za pięć fauli. Zanim to nastąpiło zdążył w 17 minut zdobyć 4 punkty i zebrać 6 piłek z tablic.

W sobotnim finale z St. John's University Red Storm (4-1) ponad 5.5 tysiąca widzów oglądało jeszcze bardziej zacięte spotkanie, którego losy ważyły się do ostatnich sekund. Ostatecznie górą były Buldogi, wśród których 10 oczek i 7 zbiórek zanotował przebywający na parkiecie 27 minut Karnowski. "Cieszę się ze zwycięstwa odniesionego w kolebce światowej koszykówki." - mówił zadowolony torunianin, który odwiedził Nowy Jork po raz pierwszy w karierze - "Jesteśmy w formie, ale naszą dyspozycję zweryfikuje przyszłotygodniowe starcie z 3. w rankingu NCAA Arizoną."

Na to starcie czołowych drużyn akademickich w USA (początek o godzinie 17:15 czasu nowojorskiego) ostrzy sobie zęby wielu fachowców i kibiców koszykówki. Jedną z czołowych postaci Wildcats jest m.in. mający polskie korzenie Kaleb Tarczewski. Tego dnia będzie można również obejrzeć w akcji wszystkich pozostałych Polaków. Canisius o 15:00 zagrają z Purple Eagles w Niagara, a o 14:00 Flames zmierzą się u siebie z St. Francis Terriers.

niedziela, 30 listopada 2014

MLS: New England w finale, Red Bulls za burtą

Henry pociesza Connora Lade, Peguy patrzy z niedowierzaniem na murawę. Red Bulls byli blisko, ale to Revs zagrają
w finale z LA Galaxy. Foto: Danny Blanik
Kiedy w 52.min meczu z New England Revolution Red Bulls Nowy Jork odrobili straty z pierwszego spotkania wydawało się, że drzwi do finału MLS są dla nich otwarte na oścież. Jednak w 70.min na powrót zamknął je Charlie Davies, który przypieczętował awans gospodarzy zdobywając swojego drugiego gola.

Red Bulls jechali do Foxboro z zadaniem piekielnie trudnym do wykonania. Porażka 1:2 na własnym boisku tydzień temu sprawiła, że musieli postawić na atak co - w obliczu braku ich najlepszego strzelca Bradley Wright-Phillipsa - nie napawało optymizmem. Na domiar złego Revolution z ostatnich 9. meczów na własnym obiekcie wygrało 8 i zremisowało 1.

Trener Mike Petke nie zamierzał kalkulować i od początku na szpicy wystawił Australijczyka Tima Cahilla, który po Mundialu znacznie obniżył loty i w ostatnim czasie był tylko rezerwowym. Ryzyko opłaciło się, bo Cahill był bardzo aktywny i dwukrotnie w pierwszym kwadransie był bliski zdobycia bramki, ale raz strzelił tuż nad poprzeczką, a raz piłkę z głowy w efektowny sposób ściągnął mu Bobby Shuttleworth. Trzeci raz Cahill już się nie pomylił i w 26.min po podaniu Thierry Henry'ego w ekwilibrystyczny sposób wpakował piłkę do bramki.

Nowy Jork był w połowie drogi do odrobienia strat i nie zamierzał na tym poprzestać. Po raz drugi w przeciągu kilku dni Red Bulls opanowali środek pola i mieli wyraźną przewagę, jednak wykończenie ich akcji wołało o pomstę do nieba. Tymczasem schowani za podwójną gardą gospodarze mieli spore problemy z przedostaniem się przed pole karne gości. Udało im się to dopiero w 40.min, kiedy wywalczyli rzut rożny sprytnie rozegrany przez Chrisa Tierney'a i Lee Nguyena. Ten pierwszy wrzucił mocno podkręconą piłkę w pole karne, minęła ona kilka głów i po odbiciu od przedramienia skaczącego do dośrodkowania Charlie Daviesa wpadła do siatki.

Po zmianie stron Red Bulls nie rzucili ręcznika i nadal nadawali ton rywalizacji. W 52.min po szybkiej wymianie piłek Peguy Luyinduli i Lloyda Sama ten drugi dośrodkował w pole karne w kierunku Cahilla. Ten nie sięgnął piłki, która spadła na nogę zupełnie zaskoczonego Andrew Farrella. Obrońca Revolution nie zdążył wyekspediować jej poza pole karne bo we wszystko wmieszał się Luyindula, który sprytnym strzałem lewą nogą doprowadził do wyrównania strat.

I kiedy wydawało się, że kolejny gol dla Red Bulls jest kwestią czasu gospodarze przeprowadzili szybką akcję zakończoną dwoma dośrodkowaniami Tierney'a. Po pierwszym Luis Robles zdołał ubiec Daviesa, ale przy drugim napastnik gospodarzy ładnie przymierzył głową i zrobiło się 2:2.

Red Bulls nie załamali się takim obrotem sprawy i walczyli do końca. Bliski szczęścia był Ibrahim Sekgaya, którego strzał wybił na rzut rożny Shutlleworth. W końcówce Petke ściągnął reprezentanta Ugandy i wprowadził Connora Lade'a i Red Bulls grali trzema obrońcami, ale mimo ambitnych prób nie udało się zdobyć upragnionego gola.

Dla Red Bulls sezon już się zakończył i teraz największym pytaniem jest co dalej z Henrym, którego kontrakt wygasł wraz z końcowym gwizdkiem. Wygląda na to, że Francuz opuści Nowy Jork bez mistrzowskiego tytułu, o który za tydzień walczyć będą piłkarze Revolution. Dla podopiecznych Jaya Heapsa będzie to już piąte podejście do najcenniejszego futbolowego trofeum w MLS, którego jeszcze nigdy w historii nie wygrali.

29 Listopad 2014, 15:00
MLS Cup Playoffs
mecz rewanżowy finału Konferencji Wschodu
Gillette Stadium - Foxborough, Mass.

New England Revolution - New York Red Bulls 2:2 (1:1)

0:1- Tim Cahill 1 (Thierry Henry 5) 26'
1:1- Charlie Davies 3 (Chris Tierney 1, Lee Nguyen 3) 41'
1:2- Peguy Luyindula 3 (bez asysty) 52'
2:2- Charlie Davies 4 (Chris Tierney 2, Scott Caldwell 1) 70'

New England Revolution: Bobby Shuttleworth, Kevin Alston, Andrew Farrell, Jose Goncalves, A.J. Soares, Scott Caldwell, Jermaine Jones, Chris Tierney, Teal Bunbury, Lee Nguyen, Charlie Davies (Kelyn Rowe 84')

New York Red Bulls: Luis Robles, Richard Eckersley, Jamison Olave, Ibrahim Sekagya (Connor Lade 86'), Ambroise Oyongo, Eric Alexander (Ruben Bover 91+'), Dax McCarty, Lloyd Sam, Peguy Luyindula, Thierry Henry, Tim Cahill

Sędziował: Baldomero Toledo
Żółte: McCarty, Oyongo, Sam
Widzów: 32,698