niedziela, 21 września 2014

MLS: Hat-trick BWP, koniec szans Montrealu

Bradley Wright-Phillips notuje wysokie loty w barwach Red Bulls w tym sezonie. Foto: Rob Tringali / RBNY
Wymarzony początek meczu sprawił, że Red Bulls Nowy Jork rozgromili w sobotę najlepszą drużynę w MLS Seattle Sounders 4:1. Bohaterem był autor hat-tricka Bradley Wright-Phillips, który w tym sezonie strzelił już 24 gole.

Lepszego rozpoczęcia spotkania z jednym z kandydatów do Supporters Shield gospodarze nie mogli sobie wymarzyć. Już w 20. sekundzie po koronkowej akcji Chrisa Duvala i Lloyda Sama Bradley Wright-Phillips znalazł się tuż przed bramką Stefana Freia, ale w momencie gdy wszyscy spodziewali się strzału najlepszy snajper MLS oddał piłkę na lewo do Ambroise Oyongo. Młody Kameruńczyk uderzył wprost we Freia, który jednak nie miał nic do powiedzenia przy dobitce Wrighta-Phillipsa.

Od tej pory grający w mocno rezerwowym składzie goście, którzy we wtorek sięgnęli po czwarty w ostatnich sześciu latach Lamar US Open Cup, uzyskali lekką przewagę, ale próby Chada Barrretta i byłego gracza Red Bulls Kenny Coopera nie wyrządziły krzywdy nowojorczykom.

Druga odsłona rozpoczęła się od ataków miejscowych wspieranych przez komplet widzów. W 53.min rozgrywający dobre spotkanie Lloyd Sam został powalony w polu karnym przez obrońcę Sounders i Wright-Phillips podwyższył prowadzenie pewnie wykorzystując jedenastkę. Dwie minuty później Anglik skompletował hat-tricka po dokładnym podaniu z lewej flanki od Roya Millera i uderzeniu z pierwszej piłki. Na 5 kolejek przed zakończeniem sezonu BWP brakuje już tylko 3 trafień do wyrównania rekordu Roya Lassitera i Chrisa Wondolowskiego, którzy sięgali po koronę najlepszego strzelca MLS mając na koncie 27 goli w jednym sezonie.

Przełamanie Tima Cahilla musi cieszyć kibiców Red Bulls.
Foto: Rob Tringali / RBNY
Próbując zachować twarz trener gości Sigi Schmid wpuścił na boisko swoje największe asy: Obafemi Martinsa i Clinta Dempsey'a. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo w 62.min kapitan reprezentacji USA pokonał Luisa Roblesa po podaniu Lamara Neagle'a. Na szczęście dla Red Bulls wyczuciem wykazał się także szkoleniowiec gospodarzy Mike Petke, który w 58.min wpuścił na boisko Tima Cahilla. Australijczyk, który nie strzelił gola od 10. maja w 65.min przełamał złą passę strzelecką wykorzystując błąd obrońcy Seattle i posyłając piłkę w długi róg. Co ciekawe kiedy ostatni raz Cahill wpisał się na listę strzelców Red Bulls także zdobyli 4. gole, a pozostałe trzy trafienia były autorstwa Wrighta-Phillipsa. Byki musiały jednak wtedy uznać wyższość Chicago, które wyjechało z Harrison z tarczą i z hokejowym wynikiem 5:4.

Tym razem nowojorczycy nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa, choć Sounders mieli wyborną okazję do zmniejszenia rozmiarów porażki. W 69.min Dempsey znalazł się sam przed Roblesem, który leżał na ziemi po interwencji przy strzale Marco Pappy. Popularny "Deuce" już widział piłkę w siatce, ale Robles w sobie tylko znany sposób zdołał się podnieść i obronić uderzenie głową zawodnika Seattle.

Zwycięstwo umocniło Red Bulls na 4. miejscu w tabeli i sprawiło, że tracą oni już tylko jedno oczko do New England Revolution, którzy ulegli w Columbus Crew 0:1. Nie wygrał także lider DC United, który zremisował w Chicago z Fire 3:3. Podziałem punktów zakończyło się także spotkanie w Filadelfii, gdzie nie padły gole w meczu Union z Houston Dynamo. Największym zwycięzcą kolejki było Toronto FC, które wygrało po raz pierwszy od 9 sierpnia rozprawiając się 3:0 z najsłabszą drużyną w lidze Chivas USA. Jeszcze do soboty to niechlubne miano dzierżył Montreal Impact, ale ekipa pauzującego za kartki Krzysztofa Króla pokonała u siebie San Jose Earthquakes 2:0 po bramkach Jacka McInerney'a w 81.min i Dilly Duki w 87.min. Fakt odniesienia zwycięstw przez Red Bulls i Columbus pozbawił Montreal jakichkolwiek szans na awans do playoffs.

W meczu Red Bulls - Seattle arbitrem technicznym był Polak
ze Stalowej Woli Robert Sibiga. Foto: Rob Tringali / RBNY
Drużyna Mateusza Miazgi, który tym razem nie znalazł się w składzie meczowym ma przed sobą kolejny ciężki tydzień. Już we środę nowojorczycy lecą do Salwadoru na rewanżowy mecz Ligi Mistrzów CONCACAF, a w najbliższą niedzielę o 20:30 zaprezentują się publiczności w Los Angeles w starciu z Galaxy. Montreal natomiast może pomóc Red Bulls w walce o playoffs, gdyż w sobotę o 19:30 zagra w Columbus z Crew.

20 Września 2014 20:00
MLS Sezon Zasadniczy
Red Bull Arena, Harrison, NJ

New York Red Bulls - Seattle Sounders 4:1 (1:0)
1:0- Bradley Wright-Phillips 22 (bez asysty) 1
2:0 - Bradley Wright-Phillips 23 (rzut karny) 54
3:0 - Bradley Wright-Phillips 24 (Roy Miller 3, Thierry Henry 13) 56
3:1 - Clint Dempsey 12 (Lamar Neagle 7) 62
4:1 - Tim Cahill 2 (bez asysty) 65

New York Red Bulls (10-8-11, 41 pkt): Luis Robles, Chris Duvall, Jamison Olave, Ibrahim Sekagya, Roy Miller (Ian Christianson 83'), Eric Alexander, Dax McCarty, Lloyd Sam, Thierry Henry (Eric Stevenson 90'), Ambroise Oyongo, Bradley Wright-Phillips (Tim Cahill 58')

Seattle Sounders FC (17-8-3, 54 pkt): Stefan Frei, Chad Marshall, Dylan Remick, Jalil Anibaba, Djimi Traore, Osvaldo Alonso (Gonzalo Pineda 80'), Andy Rose, Marco Pappa, Lamar Neagle, Chad Barrett (Obafemi Martins 59'), Kenny Cooper (Clint Dempsey 60')

Sędziował: Alan Kelly
Widzów: 25,000 (komplet)

1. DC United 29 48 45:34
2. Sporting KC 29 45 43:34
3. NE Revolution 29 42 41:40
4. Red Bulls 29 41 48:42
5. Columbus Crew 29 40 41:36
6. Philadelphia Union 29 38 45:43
7. Toronto FC 28 37 40:43
8. Chicago Fire 28 31 37:43
9. Houston Dynamo 28 33 33:50
10. Montreal Impact 29 24 34:52

wtorek, 16 września 2014

Koszykówka: Amerykanki lepsze od Kanady w Bridgeport

Amerykanki bez problemu ograły w poniedziałek w Bridgeport Kanadę. Foto: Barbara Wojcieszak

W poniedziałkowy wieczór w hali Webster Bank Arena w Bridgeport w stanie Connecticut odbył się towarzyski mecz koszykówki żeńskiej USA - Kanada. Obie ekipy przygotowują się do startu w MŚ w Turcji, które startują 27 września. Wielkimi faworytkami do obrony tytułu są Amerykanki, które w poniedziałek nie dały Kanadyjkom żadnych szans wygrywając 76:51.

Stefanie Dolson (z lewej) przygląda się
skutecznej akcji koleżanki z drużyny.
Foto: Barbara Wojcieszak 
Gospodynie zaprezentowały 7.5-tysięcznej publiczności kilka świetnych zagrań w ataku i skuteczną grę w obronie. Do przerwy gra była dosyć wyrównana i żadnej z drużyn nie udało się odskoczyć na odległość więcej niż kilku oczek. Kanadyjki niwelowały straty za pomocą celnych rzutów za 3 punkty, w których brylowała Kia Nurse - na codzień studentka i zawodniczka oddalonego o 80 mil od Bridgeport University of Connecticut.

Amerykanki, które schodziły na pauzę z zaledwie czteropunktową przewagą (35:31) trzecią kwartę rozpoczęły od zdobycia 13 punktów pod rząd głównie za sprawą innej absolwentki UConn Tiny Charles. Na boisku swoje robiły także Sue Bird, Maya Moore i Breanna Stewart, które także w przeszłości stanowiły o sile wielokrotnych mistrzyń NCAA. Największe brawa otrzymała jednak środkowa Washington Mystics Stefanie Dolson, która pochodzi z Port Jervis w stanie Nowy Jork.

Do końca spotkania Amerykanki kontrolowały przebieg gry i nie dały sobie wydrzeć zwycięstwa. Najlepszą zawodniczką USA była Nneke Ogwumike, która zdobyła 10 punktów i zebrała 4 piłki z tablic. Po 9 oczek dołożyły Brenna Stewart i Oddysey Sims, a jeden punkt mniej Lindsay Whalen, Maya Moore i Seimone Augustus. W Kanadzie najlepiej punktowała Katherine Plouffe, która miała 14 oczek.

poniedziałek, 15 września 2014

Victoria Małaszuk: Taekwondo to nie jest sport dla wszytkich

Ten uśmiech mówi wszystko - "Jestem mistrzynią USA!" foto: Piotr Małaszuk
Podczas gdy większość dzieci używała do woli z uroków letniej kanikuły Victoria Małaszuk z Fairfield, CT w pocie czoła przygotowywała się do mistrzostw USA w Taekwondo. Wysiłek opłacił się, bo młoda zawodniczka wywalczyła w Kalifornii dwa medale, w tym jeden złoty.

Powiedz nam coś o sobie - ile masz lat, do której klasy/szkoły chodzisz?

VM: Mam 13 lat i właśnie rozpoczęłam naukę w 8. klasie szkoły Roger Ludlow Middle School w Fairfield w stanie Connecticut.

Ile lat trenujesz Taekwondo i pod czyim okiem?

VM: Moja przygoda z Taekwondo zaczęła się dwa lata temu. Trenuję w World Champion Taekwondo z siedzibą w kompleksie sportowym Sportsplex w Fairfield. Moim trenerem jest Master KJ, który jest najlepszym fachowcem w całej okolicy.

Victoria podczas zawodów.
Foto: Piotr Małaszuk
Dlaczego wybrałaś ten sport? 
VM: Zawsze ciągnęło mnie do Sztuk Walki. Kiedy miałam 6 lat rodzice zapisali mnie na karate, ale potem z różnych powodów miałam kilka lat przerwy. Kiedy zatęskniłam za rywalizacją mój tata zabrał mnie do World Champion Taekwondo i już po pierwszych zajęciach wiedziałam, że to będzie coś dla mnie.

Czy uprawiasz coś jeszcze prócz tej dyscypliny?

VM: Z równie wielką przyjemnością trenuję także jeździectwo.

Jakie są Twoje dotychczasowe osiągnięcia osobiste i w rywalizacji z innymi zawodnikami?

VM: Moje pierwsze osobiste osiągnięcia wiążą się ze zdobywaniem poszczególnych pasów. Wygląda to tak, że trenuje się przez około dwa miesiące, a potem zdaje egzamin. Jeśli chodzi o zawody to zanim pojechałam na Mistrzostwa USA wzięłam udział w dwóch kwalifikacjach. Pierwsza miała miejsce w listopadzie 2013, natomiast druga w marcu 2014. W obydwu wywalczyłam złoto w Łamaniu Desek oraz srebro w Poomsae (forma).

Kwalifikacje wywalczone więc z łatwością. A jak było podczas lipcowych Mistrzostw USA w Kalifornii?

VM: To było coś wspaniałego. W sumie w zawodach wzięło udział około 1000. zawodników z czego w mojej kategorii wiekowej - kadetki, 12-14 lat - rywalizowało ok. 50-60 osób. Wśród całej tej stawki udało mi się wywalczyć mistrzostwo w łamaniu deski z końcowym wynikiem 21.10 i sporą przewagą nad resztą zawodniczek. W formie było ciężej - w półfinale wynik 5.43 dał mi 4. miejsce, na szczęście w finale poprawiłam się na 5.50, co wystarczyło do wskoczenia na najniższy stopień podium. Pierwsza Erin Driscoll była poza zasięgiem, do drugiego miejsca zabrakło mi tylko 0.1 punktu.

Jakie predyspozycje musi mieć zawodnik, aby nie tylko trenować, ale odnosić sukcesy tak jak Ty?

VM: Taekwondo to nie jest sport dla wszystkich. Jeśli chodzi o mentalne przygotowanie to wymaga on wielkiego poświęcenia i poważnego podejścia. Trzeba wierzyć w swoje umiejętności i nie bać się podejmować ryzyka. Wiadomo, że nie zawsze wszystko się uda, deska za pierwszym razem może nie zostać złamana, ale należy sobie zdawać sprawę, że jest szansa na drugie podejście, które trzeba wykorzystać. Jeśli chodzi o predyspozycje fizyczne - to tutaj liczy się przede wszystkim fleksybilność. Im bardziej jest się fleksybilnym tym większe są szanse na odniesienie sukcesu.

Przy wyborze sportu dla swojego dziecka rodzice liczą się nie tylko z komfortem pod kątem dojazdu, czasu, ale i kosztami. Jak drogi jest ten sport?

VM: To nie jest sport darmowy, ale to nie znaczy, że wydaje się na niego wszystkie oszczędności. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia - ja n.p. trenuję każdego dnia, dlatego moich rodziców kosztuje to więcej, niż gdybym uczęszczała tylko na zwykłe zajęcia. Ale moi rodzice zdają sobie sprawę, że, aby zaistnieć na mistrzostwach USA trzeba się odpowiednio przygotować, a także zapłacić za uczestnictwo w zawodach kwalifikacyjnych. Podobnie jest w każdym innym sporcie indywidualnym - aby być lepszym i awansować coraz wyżej trzeba więcej zainwestować.

Mając pierwsze tytuły na koncie - jakie sobie stawiasz dalsze plany? Czy jesteś może na orbicie zainteresowań kadry USA? 

VM: Teraz na muszce mam zdobycie czarnego pasa. Marzę natomiast o występach w Korei, która jest kolebką tej sztuki walki. Jeśli chodzi o reprezentację USA to nie otrzymałam jeszcze żadnej propozycji, ale uważam, że dałabym sobie tam radę. Udowodniłam to poprzez wspólne trenowanie z czarnymi pasami oraz osiągnięcia na mistrzostwach USA.


Master KJ i jego podopieczni z medalami podczas
mistrzostw USA w Kalifornii. Victoria Małaszuk pierwsza z lewej.
Nie wybiegajmy daleko w przyszłość, ale Taekwondo to sport olimpijski. Czy jeśli miałabyś szansę pojechać na Olimpiadę reprezentowałabyś barwy Polski czy USA?

VM:  Raczej zdecydowałabym się na USA, bo tu się urodziłam, tu mieszkam i tutaj zaczęłam uprawiać Taekwondo. Ale z uwagi na rodziców i moją rodzinę w Polsce chciałabym zaakcentować moje korzenie n.p. poprzez umieszczenie polskiej flagi na moim kimonie.

Pochodzisz z rodziny, której nie jest obca sportowa rywalizacja. Twój ojciec to znany polonijny kierowca rajdowy, który w latach 90-tych był nawet mistrzem USA. Czego nauczyłaś się od niego?

VM: Mój tata jest dla mnie wielkim autorytetem. Wzoruję się na nim nie tylko jeśli chodzi o Taekwondo. Ojciec uczy mnie bycia odważnym, pewnym siebie i silnym psychicznie w odniesieniu do całego życia. Wiem, że mogę na niego liczyć, bo jest przy mnie na każdych zawodach. Mamy coś co nas łączy w szczególny sposób i to nie ma znaczenia, że on jest kierowcą rajdowym, a ja uprawiam Taekwondo. Zresztą to przecież on namówił mnie do zainwestowania w ten sport i bez niego nie odniosłabym tak cennych sukcesów w tak młodym wieku.

Dziękuję i życzę powodzenia oraz dalszych sukcesów!

niedziela, 14 września 2014

NASL: Gole Polaków, wygrana Cosmosu

Po raz drugi w historii Daniel Szetela i Tomasz Zahorski strzelili bramki w tej samej kolejce NASL. 15 października 2013 ekipy obu piłkarzy zgarnęły komplet punktów, tym razem ta sztuka udała się tylko Cosmosowi.

Atlanta leży Cosmosowi

Radość Cosmosu ze strzelenia pierwszego gola w starciu z Atlantą. Z prawej Danny Szetela. Foto: NYCosmos
Cosmos Nowy Jork wygrał z Atlantą Silverbacks już trzeci raz w tym roku, ale zwycięstwo nie przyszło gospodarzom łatwo. O wszystkim zadecydował gol Daniela Szeteli w 84.min.

Kiedy po 9. minutach gospodarze prowadzili z Atlantą już 2:0 zanosiło się na powtórkę z 13 kwietnia, gdy Cosmos rozgromił Silverbacks 4:0. Już w 39. sekundzie po akcji Daniela Szeteli i dośrodkowaniu Huntera Gorskie sprytnym strzałem piętą popisał się Mads Stokkelien, który strzelił swoją 6. bramkę w sezonie. Atlanta mogła niemal natychmiast wyrównać, ale Carlos Mendes wybił piłkę z pustej bramki po strzale Jaime Chaveza. Niewykorzystana okazja zemściła się, bo po kolejnej składnej akcji Danny'ego Mwangi i Davida Diosy i dokładnej centrze z prawej strony piłkę głową wpakował do siatki Sebastian Guenzatti. Atlanta nie dawała za wygraną i w 16.min Kyle Zobeck sparował ładny strzał głową Edgara Espinozy na słupek, ale był bezradny przy dobitce Juniora Sandovala.

Po tak emocjonującym początku tempo nieco siadło i na kolejną bramkę zmoczeni deszczem kibice musieli czekać aż do 59.min kiedy Zobeck popełnił błąd wypuszczając piłkę z rąk po strzale Ryana Roushandela z rzutu wolnego. Najszybciej zareagował Pablo Cruz, który strzałem po ziemi wyrównał straty. Cosmos przez kolejne minuty sprawiał wrażenie zamroczonego ciosem, ale w końcówce ponowny sygnał do ataku dał wybrany na Gracza Meczu Szetela. Najpierw jego kąśliwy strzał obronił Eric Ati, ale w 84. min 3-krotny reprezentant USA wykorzystał podanie Jemala Johnsona i niezdecydowanie Hansa Denissena i uderzył po ziemi tuż przy słupku wprost do siatki Atlanty. "Od kilku kolejek staram się uderzać na bramkę i w końcu dziś coś wpadło." - cieszył się mający polski paszport Szetela - "Bardziej oczywiście cieszą 3 punkty i drugie zwycięstwo pod rząd na własnym boisku, gdzie powinniśmy wygrywać regularnie."

Wygrana w meczu, który sędziował Polak Robert Sibiga dała Cosmosowi awans na 3. miejsce w tabeli, które w tym momencie podopieczni Gio Savarese dzielą z Tampa Bay Rowdies. W najbliższy weekend nowojorczyków czeka wyprawa do Caro, gdzie zmierzą się z zawsze niewygodnymi u siebie RailHawks.

Cosmos - Atlanta Silverbacks 3:2 (Stokkelien 1', Guenzatti 9', Szetela 84' - Sandoval 16', Cruz 59')
Cosmos: Zobeck - Freeman, Gorskie, Carlos Mendes, Lade - Guenzatti, Szetela, Senna, Diosa (Johnson 45') - Stokkelien (Nane 88'), Mwanga (Denissen 74')

Przełamanie Zahorskiego
Tomasz Zahorski ma już na koncie 15 goli w barwach Scorpions. Foto: SA Scorpions

Tomasz Zahorski zdobył swoją 15. bramkę w barwach San Antonio Scorpions, ale - jak się okazało później - był to gol tylko honorowy. Skorpiony uległy bowiem w Carolinie RailHawks 1:3, ale mimo to zachowały pierwsze miejsce w tabeli.

Lider NASL przyjechał do Caroliny z postanowieniem przerwania passy 3. meczy bez zwycięstwa na wyjeździe. Problem w tym, że trafił na świetnie usposobionych gospodarzy, którzy na mecz ze Skorpionami wyszli wyjątkowo zmobilizowani. Pierwszy gol padł w 24.min, a jego autorem był Nazmi Albadawi, który po solowej akcji wpadł w pole karne i silnym strzałem w długi róg pokonał Josha Saundersa. Druga część także rozpoczęła się od trafienia dla gospodarzy, bo w 61.min wynik podwyższył Leo Osaki wykorzystując sytuację sam-na-sam z bramkarzem Scorpions. W 73.min nadzieję w serca kibiców Scorpions wlał Tomasz Zahorski, który pięknym, pół-wolejowym uderzeniem z lewej nogi zdobył kontaktowego gola. Jednak w końcówce gości dobił Enzo Martinez, który w 87.min poprawił uderzenie Ty Shipalane'a i ustalił rezultat spotkania.

"Cieszy mnie bramka, bo wreszcie się przełamałem po czterech meczach z pustym kontem, ale martwi porażka." - mówił po meczu Zahorski - "Od jakiegoś czasu gramy w kratkę i szczególnie na wyjazdach ciężko nam się zmobilizować. To się musi zmienić jeśli chcemy utrzymać pierwsze miejsce w tabeli."

Bramka Zahorskiego była już 15. w barwach San Antonio. 13-krotny reprezentant Polski nie ukrywa, że jeszcze w tym sezonie chciałby dogonić rekordzistę klubu Pablo Camposa, który ma 6 goli więcej. "Brakuje mi jednego trafienia, aby 'złapać' drugiego na liście Hansa Denissena." - zdradza Zahorski - "Do rozegrania w sezonie zostało przynajmniej 7 spotkań: liga plus playoffs. Zakładając, że w każdym z nich będę miał szansę na zdobycie choćby jednej bramki i że dopisze mi skuteczność to nic nie stoi na przeszkodzie, aby nie tylko dogonić, ale i zostawić Camposa z tyłu."

W najbliższą sobotę Zahorski będzie miał okazję na poprawienie swojego bilansu, ale nie będzie to łatwe zadanie, bo na Toyota Park przyjeżdża Mistrz Wiosny i wicelider Minnesota United. Ten mecz może być kluczowy w walce o koronę jesieni i rozstawienie w listopadowych playoffs.

Carolina RailHawks - San Antonio Scorpions 3:1 (Albadawi 24', Osaki 61', Martinez 87' - Zahorski 73')
Scorpions: Saunders - Borrajo, James, Cann, DeRoux - Restrepo, Castillo (Caesar 89'), Soto, Forbes - Elizondo, Zahorski

Pozostałe wyniki:
Minnesota United - Ft. Lauderale Strikers 2:1 (Ramirez 38', Ibarra 54 - Pecka 31')
Tampa Bay Rowdies - Ottawa Fury 0:2 (Oliver 25', Ubiparipovic 90')
Indy Eleven - FC Edmonton 1:1 (Pineda 16' - Hlavaty 25')

Tabela po 10 kolejkach:
1. San Antonio Scorpions 11 22 19:11
2. Minnesota United 10 21 20:10
3. Tampa Bay Rowdies 10 16 14:14
3. Cosmos 11 16 14:14
5. FC Edmonton 10 15 13:14
6. Carolina RailHawks 11 13 16:17
7. Ft. Lauderdale Strikers 11 12 9:14
8. Indy Eleven 11 12 13:20
9. Atlanta Silverbacks 10 11 16:16
10. Ottawa Fury 10 9 9:14

sobota, 13 września 2014

MLS: Jeden punkt zamiast trzech, 50. gol Henry'ego

W meczu z Union Thierry Henry zdobył swoją 50. bramkę dla NYRB, ale dała ona nowojorczykom tylko jeden punkt.
Foto: Rob Tringali / RBNY
Po 40. minutach wydawało się, że tylko katastrofa może odebrać Red Bulls komplet punktów w sobotnim meczu z Union w Filadelfii. Nowojorczycy prowadzili już 2:0, ale niefrasobliwość stoperów sprawiła, że ostatecznie mecz zakończył się remisem 2:2.

Mecz na oddalonym od Red Bull Arena o zaledwie 104 mile PPL Park w Chester miał rozpocząć się o 15:00, ale start - o 85 minut - opóźniła ulewa, która przeszła nad Filadelfią. Warunki, w których przyszło rywalizować obu drużynom dalekie były od idealnych, ale obaj trenerzy nie zdecydowali się na przełożenie pojedynku na inny dzień. Stało się tak dlatego, że oba zespoły mają w tygodniu ważne mecze do rozegrania - Union czeka wtorkowy start w finale Pucharu USA, a Red Bulls dzień później jadą do Montrealu, gdzie zmierzą się z Impactem w Lidze Mistrzów CONCACAF.

Awans do pierwszego w historii finału Pucharu USA sprawił, że w równie ważnym - z perspektywy walki o playoffs - spotkaniu z Red Bulls Jim Curtin postanowił dać odpocząć 5 zawodnikom z pierwszej jedenastki. Zmiennicy spisywali się nieźle aż do 35. minuty kiedy Thierry Henry wypatrzył wbiegającego w pole karne Peguy Luyindulę. Ex-gracz PSG oszukał obrońców, ale był przy tym łapany za koszulkę i Allen Chapmen podyktował rzut karny dla gości, którego na bramkę zamienił sam poszkodowany. W 40.min wynik podwyższył Henry, który dostał podanie od Chrisa Duvalla i zdecydował się na strzał zza lini pola karnego. Piłka dostała poślizgu na mokrej murawie, zmyliła Zaca MacMatha i wpadła do siatki. Był to 50. gol Titi'ego w barwach Red Bulls.

Piłkarze Union odpowiedzieli błyskawicznie, bo po 60. sekundach Pedro Ribeiro wykorzystał bierną postawe Olave i dobre dośrodkowanie Andre Wengera i zdobył swojego pierwszego gola w sezonie. W drugiej części na boisku zameldowali się Sebastian LeToux, Cristian Maidana i Vincent Noueira, którzy wydatnie wpłynęli na jakość gry i pomogli gospodarzom w poszukiwaniu wyrównującej bramki. Ta jednak nie padła aż do doliczonego czasu gry, kiedy Ibrahim Sekagya powalił w polu karnym Ribeiro, a jedenastkę pewnie wykorzystał były gracz Red Bulls Le Toux.

Nieco pechowy więc remis nie wpłynął na żadne zmiany w tabeli, bo pozostałe drużyny walczące o fazę pucharową też podzieliły się punktami. Chicago zremisowało z Toronto 1:1, a Houston z Columbus 2:2. Wygrali tylko Sporting Kansas (4:0 z Chivas USA) oraz New England Revolution. Ta ostatnia ekipa pokonała Montreal Impact 2:1, mimo iż od 13.min przegrywała po golu Calluma Mallace'a. Drużyna Krzysztofa Króla po raz trzeci w ostatnich trzech tygodniach nie potrafiła utrzymać prowadzenia i pomiędzy 23. a 25.min dała sobie strzelić dwie bramki, których strzelcami byli Kelyn Rowe i Lee Nguyen. W drugiej połowie z boiska - za drugi faul i drugą żółtą kartkę - wyleciał Krzysztof Król.

Po pucharowym meczu z Impactem w Montrealu (środa, 17 września) Red Bull powrócą na ligowe boiska w sobotę 20 września, kiedy podejmą na własnym boisku lidera MLS Zachód i najlepszą w tym sezonie ekipę Seattle Sounders z Clintem Dempsey i Obafemi Martinsem na czele. Początek tego arcyciekawego spotkania o 19:30, bilety: www.newyorkredbulls.com/tickets. Być może w którymś z tych spotkań zobaczymy Mateusza Miazgę, który w obliczu kardynalnych błędów Olave i Sekagyi powinien wrócić do meczowego składu.

13 Wrzesień, 2014, 16:25
MLS Sezon Zasadniczy
PPL Park, Chester, PA

Philadelphia Union - Red Bulls 2:2 (1:2)
0:1 - Peguy Luyindula 5 36'k
0:2 - Thierry Henry 9 (Chris Duvall 1) 40'
1:2 - Pedro Ribeiro 1 41'
2:2 - Sebastien Le Toux 12 92'k

Philadelphia Union (9-9-10 37 pkt): Zac MacMath, Fabinho, Ethan White, Maurice Edu, Ramon Gaddis, Danny Cruz (Sebastien Le Toux 49'), Brian Carrol (Vincent Nogueira 70'), Amobi Okugo, Andrew Wenger, Fred (Cristian Maidana 61'), Pedro Ribeiro

New York Red Bulls (9-8-11, 38 pkt): Luis Robles, Chris Duvall, Ibrahim Sekagya, Jamison Olave, Armando, Eric Alexander, Dax McCarty, Lloyd Sam, Peguy Luyindula, Thierry Henry (Ruben Bover 55'), Tim Cahill (Saer Sene 75')

Sędziował: Allen Chapmen
Żółte: Cruz, Cahill, Robles, Bover
Widzów: 18,091

1. DC United 28 47 42:31
2. Sporting KC 29 45 43:34
3. NE Revolution 28 42 41:39
4. Red Bulls 28 38 44:41
5. Columbus Crew 28 37 40:36
6. Philadelphia Union 28 37 45:43
7. Toronto FC 27 34 37:43
8. Chicago Fire 27 30 34:40
9. Houston Dynamo 27 32 33:50
10. Montreal Impact 28 21 32:52

czwartek, 11 września 2014

Miazga: Chcę pokazać się na MŚ

Kadra USA U20 przed meczem z Argentyną. Miazga drugi z prawej w tylnym rzędzie. Foto: US Soccer
10 września zakończyło się zgrupowanie piłkarskiej kadry USA do lat 20 w Argentynie, która odnotowała tam dwa zwycięstwa i jeden remis. W uzyskaniu tak dobrych wyników pomógł Jankesom m.in. obrońca Red Bulls Nowy Jork Mateusz Miazga, który po powrocie opowiedział o swoich wrażeniach z wyjazdu.

Tomek Moczerniuk: Jak wyglądała Twoja reprezentacyjna wyprawa do Argentyny?

Mateusz Miazga: W Argentynie spędziliśmy w sumie 10 dni. 1 września wszyscy zawodnicy z USA spotkali się w Houston skąd polecieliśmy do Buenos Aires. Zakwaterowani byliśmy na obiektach beniaminka argentyńskiej ekstraklasy Defensa y Justicia. Trenowaliśmy dwa dziennie, rano i po południu. Do tego dochodziły posiłki i drużynowe spotkania. Wszystko było świetnie zorganizowane. Przyjęto nas tam znakomicie, mieliśmy spokój a jedzenie bardzo nam smakowało

A co powiesz na temat Buenos Aires? Podobało ci się tam?

M.M.: Nie mieliśmy zbyt wielu okazji, aby coś zobaczyć. Raz pojechaliśmy całą drużyną na kolację. Zwiedziliśmy też historyczny stadion Boca Juniors, który nie wywarł na mnie aż takiego wrażenia jak jego okolica. Wydaje się, że wszystko wokół jest pomalowane na żółto-niebiesko. Mieliśmy też wybrać się na mecz River Plate, ale z racji tego, że odbywał się on późnym wieczorem, a my mieliśmy następnego ranka grę kontrolną, musieliśmy odpuścić.

A propos meczów kontrolnych najpierw odnieśliście dwa zwycięstwa: 2:0 z rezerwami Racingu i 3:2 z Defensa y Justicia. Zagrałeś w obu z nich, choć w drugim wszedłeś z ławki. Dlaczego?

M.M.: Bo w pierwszym rozegranym 4 września zaliczyłem całe 90 minut. Racing to dobra, technicznie grająca drużyna, ale byliśmy mocniejsi i nie pozwoliliśmy sobie strzelić bramki. Dwa dni potem w spotkaniu z Defensa y Justicia zagrałem w drugiej połowie. Wszedłem przy stanie 2:2, bo na początku sędzia podyktował mocno naciągane dwa rzuty karne dla gospodarzy, ale potem udało nam się wyrównać i w drugiej części zadać decydujący cios. To pokazało nasz waleczny charakter. Graliśmy do końca i nie chcieliśmy zadowolić się remisem.

Na zakończenie w prawdziwym teście zremisowaliście z Argentyną 1:1. Podobno było to spotkanie bez publiczności. Jak grało się przeciwko rodakom Maradony i Messiego?

M.M.: Tak, graliśmy bez kibiców, bo mecz odbył się na terenie obiektów należących do argentyńskiej federacji piłkarskiej, gdzie cywile nie są wpuszczani. Poza tym rywalizowaliśmy o dosyć wczesnej porze - 11:30 rano. Sam mecz był wyrównany, raz przeważali gospodarze a raz my. Uważam, że przy odrobinie szczęścia w drugiej połowie mogliśmy pokusić się o zwycięstwo. Ale i tak remis uzyskany w rywalizacji z takim futbolowym gigantem jak Argentyna i to na wyjeździe trzeba traktować jako sukces. Tym bardziej, że brakowało u nas kilku graczy.

Wymieniłeś się koszulką z mającym polskie nazwisko Luisem Leszczukiem?

M.M.: (śmiech) Nie! Dopiero po spotkaniu zauważyłem, że w szeregach Argentyny grał zawodnik o swojsko brzmiącym nazwisku. Ale i tak do wymiany koszulek by nie doszło, bo po meczach musimy zdawać cały sprzęt.

W waszym składzie grało kilku piłkarzy z klubów w Europie, Meksyku, Brazylii i Argentyny. Było też 7. przedstawicieli MLS oraz 3. zawodników z drużyn akademickich NCAA. Zanim podpisałeś kontrakt z Red Bulls mogłeś być gwiazdą na uniwersytecie Michigan. Nie żałujesz?

M.M.: Ani trochę. Podpisanie profesjonalnego kontraktu było moim marzeniem. Jestem dumny i szczęśliwy, że jestem zawodowym piłkarzem.

Czy obóz w Argentynie sprawił, że jesteś bliżej nominacji na Mistrzostwa CONCACAF, które odbędą się w styczniu na Jamacje?

M.M.: Tak mi się wydaje. To jest już nasz 5. obóz i trener Tab Ramos mówi, że szkielet drużyny jest gotowy. Z każdym kolejnym wyjazdem my zgrywamy się jeszcze lepiej i wszystko się krystalizuje.

Jeśli na Jamajce zajmiecie jedno z 4. czołowych miejsc w czerwcu 2015 pojedziecie do Nowej Zelandii na MŚ U20. Na tak wielkiej imprezie jeszcze nie grałeś. Jak bardzo chciałbyś tam pojechać?

M.M.: To byłoby niesamowite! Oczywiście najpierw musimy tam awansować, ale wyjazd na taki turniej byłby dla mnie wielką nobilitacją. Sam fakt rywalizacji ze wszystkimi najlepszymi piłkarzami na świecie w moim wieku jest dla mnie ekscytujący! Do tego dochodzą transmisje w telewizji, kibice i skauci na stadionie - wyborna szansa na zaistnienie i pokazanie się całemu światu!

Czyli kadrowo skorzystałeś, ale czy 10-dniowe zgrupowanie nie zaszkodziło ci w walce o pierwszą jedenastkę w Red Bulls? Sekgaya i Olave spisali się nieźle powstrzymując napastników mistrza MLS i lidera Konferencji Wschodniej. A następny w kolejce jest Armando.

M.M.: Wiem, że dali radę, bo śledziłem wyniki meczów przez internet i zwycięstwa bardzo mnie ucieszyły. Szczególnie nad Sportingiem Kansas, bo w kadrze moim partnerem na środku obrony jest gracz tego klubu Erik Palmer-Brown. Dokuczaliśmy sobie trochę z tej okazji, ale na szczęście wyszło na moje. (śmiech) Jeśli chodzi o grę w Red Bulls to nie uważam, żeby moje szanse zmalały, bo trener Mike Petke stawia na piłkarzy, którzy wyróżniają się na treningach, a ja ćwicząc zawsze daję z siebie wszystko. To wszystko kwestia aktualnej dyspozycji. Jestem w formie i mam nadzieję, że trener to dostrzeże.

Jesień będzie bardzo intensywna dla Red Bulls, bo do rozegrania zostało 7 ligowych kolejek i dwa mecze w Lidze Mistrzów CONCACAF. Jeśli Petke będzie stosował rotację to zobaczymy Ciebie na boisku. Jeśli miałbyś wybierać - wolałbyś ligę czy puchary?

M.M.: Nie mam preferencji. Wiem tylko, że jeśli trener na mnie postawi to zrobię wszystko, aby wykorzystać szansę i pomóc drużynie w odniesieniu kolejnych zwycięstw. zdjęcie: Kadra USA przed meczem z Argentyną.

środa, 10 września 2014

MLS: Szczęśliwa wygrana Red Bulls

Po golu Sama Henry aż skakał z radości. Foto: Rob Tringali / RBNY
Po tym jak w ubiegłą sobotę piłkarze Red Bulls odprawili z kwitkiem mistrza MLS Sporting Kansas City w środę na Red Bull Arena przyjechał lider Wschodu D.C. United. Znów o jedną bramkę lepsi okazali się gracze Mike'a Petke, ale zwycięski gol Lloyda Sama padł dopiero w 90.min.

O pierwszych 30. minutach środowego spotkania pomiędzy odwiecznymi rywalami można w zasadzie powiedzieć, że się odbyły. Obie drużyny postawiły szczelne zasieki w defensywie i zagęściły środek pola, dlatego żadnej z drużyn nie udało się stworzyć klarownej sytuacji bramkowej, a z boiska wiało nudą. W 31.min przebudził się najskuteczniejszy w tym sezonie piłkarz MLS Bradley Wright-Phillips, który otrzymał świetne podanie od Erica Alexandra i uderzył z kilkunastu metrów tuż obok lewego słupka bramki Billa Hamida.

Henry zaliczył 12. asystę w sezonie. Foto: Rob Tringali / RBNY
Minutę później doszło do kluczowego dla rozwoju meczu zajścia. Fabian Espindola w walce o piłkę zaatakował wysoko uniesioną nogą Daxa McCarty i Mark Geiger wyrzucił byłego gracza Red Bulls z boiska. Decyzja arbitra spotkała się z gorącymi protestami sztabu szkoleniowego gości, a trener Ben Olsen nazwał ją nawet "cyrkową". "Była to jedna z sytuacji na 'pomarańczową kartkę' czyli coś pomiędzy żółtą, a czerwoną, ale Geiger będzie miał poparcie kolektywu PRO oceniającego jego występ." - podsumował epizod po meczu polski sędzia z MLS Robert Sibiga - "W takich przypadkach sędzia nie ocenia bowiem zamiaru tylko czyn. Espindola musiał liczyć się z ryzykiem, że może być to zagranie niebezpieczne dla przeciwnika. Tak się stało i w rezultacie został ukarany czerwoną kartką."

Byki poczuły krew i jeszcze przed przerwą wściekle zaatakowały, ale strzały McCarty'ego i Roya Millera były niecelne, a kolejną próbę BWP obronił Hamid. W drugiej części za Wrighta-Phillipsa - który narzekał na ból mięśnia - na boisku pojawił się Saer Sene, ale nie była to dobra zmiana, bo były gracz rezerw Bayernu Monachium nie potrafił zagrozić bramce lidera MLS East. Spustoszenie wśród obrońców D.C. United siał za to Thierry Henry, który w drugiej połowie oddał aż 7 strzałów na bramkę Hamida. Ten jednak bronił jak w transie zarówno uderzenia Titiego jak i Peguy Luyinduli w bliźniaczych sytuacjach sam-na-sam pomiędzy 71 i 77 minutą.

Czy zespół Mike'a Petke awansuje do
playoffs? Foto: Rob Tringali / RBNY
Kiedy wydawało się, że oblężenie waszyngtońskiej Częstochowy nie przyniesie skutku w 90.min Sene wrzucił rozpaczliwą piłkę w pole karne. Tam doszedł do niej Jameson Olave, który natychmiast odegrał ją na prawą stronę. Po drodze odbiła się ona od uda Henry'ego i spadła pod nogi Lloyda Sama, który strzelił między nogami wybiegającego z bramki Hamida. W tej sytuacji było tyle samo przypadku co i szczęścia, którego tym razem nie zabrakło podpiecznym Mike'a Petke walczącym o miejsce gwarantujące grę w playoffs.

Trzy punkty pozwoliły Red Bulls na chwilowe wynurzenie się ponad kreskę oddzielającą zespoły walczące o mistrzostwo MLS od tych, które na urlopy udadzą się już pod koniec października. Stało się to kosztem Philadelphii Union, z którą Byki zagrają na wyjeździe już w najbliższą niedzielę o 15:00. Będzie to arcyważny mecz, którego stawką będzie 6 punktów.

W innym rozegranym we środę spotkaniu Montreal Impact zremisował na własnym boisku z LA Galaxy 2:2. Do przerwy niespodziewanie dominowali gracze Franka Klopasa, którzy udokumentowali przewagę bramkami swoich Designated Players Marco Di Vaio i Ignacio Piattiego w 28. i 43.min. Po zmianie stron wszystko wróciło do normy i dwa trafienia Gyasi Zardesa i Alana Gordona pomiędzy 59. i 64.min dały gościom remis i 50. punkt w sezonie. Impact, w którego szeregach tym razem nie zagrał odpoczywający przed meczem w New England Krzysztof Król na 7 kolejek przed końcem traci aż 16 punktów do miejsca premiowanego grą w playoffs. Jeśli w niedzielę Impact nie zgarnie kompletu punktów może stać się pierwszą drużyną bez matematycznych szans na awans.

Sezon zasadniczy MLS
10 września 2014
Red Bull Arena, Harrison, NJ

New York Red Bulls - D.C. United 1:0 (0:0)
1:0 - Lloyd Sam 3 (Thierry Henry 12, Jamison Olave 1) 90'

New York Red Bulls (9-8-10, 37 pkt): Luis Robles, Chris Duvall, Ibrahim Sekagya, Jamison Olave, Roy Miller, Eric Alexander (Tim Cahill 71'), Dax McCarty, Lloyd Sam, Peguy Luyindula, Thierry Henry (Ruben Bover 90'), Bradley Wright-Phillips (Saer Sene 46')

D.C. United (14-9-5, 47 pkt): Bill Hamid, Bobby Boswell, Taylor Kemp, Steve Birnbaum, Sean Franklin, Nick DeLeon (Chris Pontius 82'), Perry Kitchen, Davy Arnaud, David Estrada (Kyle Porter 65'), Luis Silva (Lewis Neal 53'), Fabian Espindola

Sędziował: Mark Geiger
Żółta: Roy Miller, Armando
Czerwona: Espindola
Widzów: 14,953

Tabela MLS Wschód:
1. DC United 28 47 42:31
2. Sporting KC 28 42 39:34
3. NE Revolution 27 39 39:38
4. Red Bulls 27 37 42:39
5. Columbus Crew 27 36 38:34
6. Philadelphia Union 27 36 43:41
7. Toronto FC 26 33 36:42
8. Chicago Fire 26 29 33:39
9. Houston Dynamo 26 31 31:48
10. Montreal Impact 27 21 31:50