poniedziałek, 24 listopada 2014

NCAA: Komplet zwycięstw Gonzagi, mecz życia Tomasza Gielo

Tomasz Gielo poprowadził Liberty do zwycięstwa nad Delaware Blue Hens. Foto: internet
Za nami pierwszy tydzień koszykarskich zmagań akademickich NCAA. Zespoły, w których grają Polacy jak na razie spisują się całkiem dobrze i tylko jeden z nich ma na koncie więcej porażek niż zwycięstw.

Najlepiej wiedzie się Gonzaga University Bulldogs, którzy wygrali wszystkie cztery spotkania. Nie jest to niespodzianka, bo drużyna ze Spokane w stanie Waszyngton od kilkunastu sezonów należy do krajowej czołówki. O ich sile świadczy jednak fakt, że dosłownie rozjeżdżają swoich przeciwników. Sacramento State (104:58), St. Joseph's (94:42) czy St. Thomas Acquinas (109:55) były dla Gonzagi tylko bladym tłem. Jedynie sklasyfikowane na 22. miejscu w krajowym rankingu Mustangi z Southern Methodist University zmusiły ekipę Marka Few do wysiłku, choć zwycięstwo Gonzagi 72:56 i tak było przekonywujące. W nagrodę za udany tydzień Zags awansowali z 13. na 11. miejsce wśród najlepszych drużyn w NCAA w rankingu USA Today Coaches Poll.

Klasa przeciwników sprawiła, że Przemek Karnowski - nasz człowiek w Gonzadze - praktycznie nie musiał udowadniać swojej wartości. Ponad dwumetrowy środkowy w każdym ze spotkań wychodził w pierwszej piątce i przeciętnie grał po 18.5 minuty, w których zdobywał 9 punktów, 5.8 zbiórek i blokował po jednym rzucie. Być może w środę przed Św. Dziękczynienia Gonzagę do większego wysiłku zmusi Georgia University (3-1), która u siebie jeszcze nie przegrała.

Nowicki walczył jak lew, ale SHU nie
dostroili się do jego poziomu.
Foto: internet
Świetnie w sezon weszły Flames z Liberty University, gdzie niekwestionowanym liderem jest Tomasz Gielo. Ekipa Dana Layera wygrała dwa pierwsze spotkania u siebie z Randolph College 69:45 i wyżej notowanymi Delaware Blue Hens 61:55. Ten drugi mecz był dla Gielo najlepszym w jego akademickiej karierze. Niski skrzydłowy spędził na parkiecie 35 minut, zdobył 23 punkty, zebrał 10 piłek i miał dwie asysty. Po dwóch zwycięstwach przyszły jednak dwie porażki na wyjeździe: z Virginia Tech 63:73 i Miami (Oh) 52:63. W tym ostatnim Polak po raz pierwszy zaliczył w tym sezonie mniej niż 10 puntków, ale w dalszym ciągu jest najbardziej wartościowym zawodnikiem w zespole z 14.8 pkt, 6.3 zb i 1.8 asyst na mecz.

Również Canisius Golden Griffins zaczęli sezon od dwóch zwycięstw nad Vermont (64:60) i Lehigh (63:51). W ubiegłą sobotę ulegli jednak na wyjeździe St. Bonaventure 53:59. Polski rozgrywający Jan Grzeliński grał nieco ponad 20 minut na mecz i notował 5.7 punktów, 2 zbiórki i 3 asysty na spotkanie. Najlepiej zaprezentował się w meczu z Vermont, gdzie trafił wszystkie cztery rzuty z dystansu, miał 3 asysty oraz po jednej zbiórce i przechwycie.

Ostatnim Polakiem grającym w USA jest Filip Nowicki. Środkowy z Włocławka występuje w Sacred Heart University Pioneers i również wychodzi na parkiet w pierwszej piątce. Jego ekipa zaczęła sezon od niespodziewanej wyjazdowej wygranej nad Hartford 71:53, a Nowicki w 10 minut zdobył 2 punkty i zebrał 4 piłki z tablic. W drugim spotkaniu u siebie z UMass Lowell Polak spisał się dwa razy lepiej (20 minut, 5 punktów, 4 zbiórki i dwa imponujące bloki), ale po zaciętej końcówce całą pulę zgarnęli goście 57:54. W ostatnim dotychczas rozegranym spotkaniu Pioneers stali się mięsem armatnim dla sklasyfikowanych na 20. miejscu w USA Ohio State Buckeyes. Wynik 106:48 mówi sam za siebie, ale to grający z kontuzją kostki Polak był jedynym jaśniejszym punktem w drużynie Anthony Latiny. "Wrażenia i doświadczenie życiowe niesamowite. To, że nas zleją było do przewidzenia, choć drużyna chyba za bardzo przestraszyła się gry przed 12 tysiącami kibiców i kamerach telewizji ESPN." - przyznał szczerze pochodzący z Włocławka 20-latek, który jako jedyny w SHU przekroczył barierę 10 punktów i zebrał 9 piłek z tablic - "Mimo 6. środków przeciwbólowych i zabandażowanej nogi starałem się walczyć i robić swoje."

W SHU gra jeszcze jeden zawodnik z polskimi korzeniami - urodzony w New Britain w stanie Connecticut Steve Glowiak, którego ojciec mówi w naszym języku. Glowiak po 3. spotkaniach ma na koncie 6.7 punktów i 3.7 zbiórki na mecz.

Przed Thanksgiving wszyscy Polacy wracają do akcji jeszcze raz. W środę Grzeliński i Canisius pojadą do Ithaki na mecz z Cornell (2-4), a Nowicki i Pionierzy zmierzą się w Virginii z James Madison Dukes (2-1). Dzień wcześniej w Meksyku Gielo i spółka zagrają z North Florida Ospreys (1-3) w ramach Cancun Challenge.

MLS: Red Bulls Mission impossible

Jones i Lyuindula (w środku) byli pierwszoplanowymi aktorami niedzielnego widowiska. Foto: Danny Blanik
Mimo fenomenalnej gry w pierwszej połowie nie udało się Red Bulls Nowy Jork nawet zremisować z New England Revolution w rozegranym w niedzielę pierwszym spotkaniu finału Konferencji Wchodniej MLS. W sobotę rewanż, który Byki muszą wygrać 2:0, co - w perspektywie absencji Bradley'a Wright-Phillipsa - wygląda na misję piekielnie ciężką do zrealizowania.

W pierwszej części piłkarze obu drużyn uraczyli komplet widzów świetnym spektaklem. Tempo było bardzo wysokie, akcje przenosiły się z jednej bramki pod drugą, a obaj bramkarze mieli sporo roboty. Już w 4.min po dośrodkowaniu Kelyna Rowe z rzutu wolnego głową strzelał Jermaine Jones, ale Luis Robles nie dał się zaskoczyć. 3 minuty później Bradley Wright-Phillips uruchomił pędzącego prawą flanką Lloyda Sama, jednak strzał Anglika był zbyt słaby i padł łupem Bobby Shuttlewortha.

W 17.min najlepszy na boisku Jones otrzymał podanie w środku pola od swojego kolegi z reprezentacji Lee Nguyena. Zszedł na prawą flankę i zagrał do Teala Bunbury. 24-latek niemiłosiernie ograł Ambroise Oyongo i huknął z lewej nogi wprost w okienko bramki gospodarzy. Red Bull Arena zamilkła, ale tylko na chwilę, bo gracze Mike'a Petke zaatakowali ze zdwojoną siłą. Nikt nie odstawiał nogi, trzeszczały kości, a pojedynki między Thierrym Henry i Jonesem oraz Jamesonem Olave i Charliem Davisem były naprawdę bezpardonowe. Co chwila któryś z graczy padał na murawę, a sędzia musiał studzić zapały piłkarzy żółtymi kartonikami, których w sumie pokazał aż 10.

BWP celebruje 31. gola w 2014. Foto: Danny Blanik
W 27.min Red Bulls przeprowadzili zapierającą dech w piersiach akcję uwieńczoną wyrównującym golem. Najpierw Ibrahim Sekgaya wślizgiem zabrał piłkę szarżującemu Bunbury'emu i leżąc odegrał ją do Oyongo. Młody Kameruńczyk zrehabilitował się za defensywną wpadkę, ograł Scotta Caldwella i zagrał prostopadłą piłkę w pole karne Revolution. Henry sprytnie przepuścił piłkę, do której dopadł wychodzący na czystą pozycję Peguy Lyuindula. Francuz najpierw trafił w bramkarza, a potem - z trudnej pozycji leżącej - w poprzeczkę. Mimo obecności obrońcy najszybciej zareagował Wright-Phillips, który z bliska głową wpakował piłkę do siatki.

Dla BWP był to już 31. gol w roku i 4. w playoffs, ale jeszcze przed przerwą Anglik zmarnował kapitalną okazję do podwojenia swojego dorobku meczowego. Rozgrywający świetną partię Eric Alexander wypatrzył na lewej flance Henry'ego, który miękko i dokładnie wrzucił piłkę wprost na głowę nieobstawionego Wright-Phillipsa. Ku rozpaczy fanów miejscowych BWP w fatalnym stylu posłał piłkę nad poprzeczką.

W drugiej części tempo gry nieco spadło, ale Red Bulls w dalszym ciągu szukali bramek. W 52.min po kolejnej akcji Alexandra Henry uderzył z kilkunastu metrów, Shuttleworth odbił piłkę wprost na nogę nadbiegającego Sama, który z niewytłumaczalnych powodów nie trafił w bramkę. W 58.min Sam i BWP przeprowadzili koronkową dwójkową akcję zakończoną kąśliwym strzałem tego drugiego, który jednak nie zaskoczył golkipera gości. Dwie minuty później Henry - dla którego mógł to być ostatni mecz w barwach Red Bulls - z rzutu rożnego ładnie obsłużył Daxa McCarty, ale ten strzelił wprost w ręce Shuttlewortha.

Walka była ostra i bezpardonowa. Foto: Danny Blanik
Nieskuteczność gospodarzy po raz kolejny dała im się we znaki, bo w ostatnich 20.min do głosu ponownie zaczęli dochodzić goście. W 72.min po ładnie wykonanym rzucie rożnym przed Roblesem znalazło się aż trzech piłkarzy New England, ale bramkarz Red Bulls zdołał jakimś cudem odbić piłkę po strzale Daviesa, a dobitka Jonesa z dwóch metrów przeleciała nad poprzeczką. Sygnał ostrzegawczy dla miejscowych nie zadziałał i w 85.min dali się zaskoczyć zabójczą kontrą. Po podaniu od Chrisa Tierney'a do piłki doszedł Nguyen, który przebiegł z nią kilka metrów i puścił w uliczkę Bunbury'ego. Ten mógł strzelać, ale dostrzegł wbiegającego na 5. metr Jonesa. Nastąpiło zagranie wzdłuż bramki, Jones dostawił nogę i piłka zatrzepotała w siatce.

Mimo ambitnych prób gospodarzom nie udało się doprowadzić do wyrównania. Porażka u siebie znacznie okroiła ich szanse na awans, bo ten trzeba będzie teraz wyszarpać w jaskini lwa - na Gillette Stadium, gdzie Revs wygrali 9 z ostatnich 10. spotkań. Zadanie o tyle trudne, że w szeregach nowojorczyków zabraknie pauzującego za żółte kartki BWP, a Henry będzie zmuszony do gry na sztucznej nawierzchni. Jedynym pocieszeniem dla Byków jest fakt, że już raz pokonali w tym sezonie Revolution z dala od domu. 8 czerwca wywieźli z Gillette Stadium wynik 2:0 po golach Alexandra i Luyinduli. Powtórka tego rezultatu dałaby im upragniony awans do drugiego w historii klubu finału MLS. Będzie piekielnie ciężko, ale dopóki piłka w grze...

23 Listopad 2014, 14:00
MLS Cup Playoffs
Eastern Conference Championship: Pierwszy mecz
Red Bull Arena - Harrison, NJ

New York Red Bulls - New England Revolution 1:2 (1:1)
0:1 - Teal Bunbury 2 (Jermaine Jones 2) 17'
1:1 - Bradley Wright-Phillips 4 (bez asysty) 27'
1:2 - Jermaine Jones 1 (Teal Bunbury 2, Lee Nguyen 2) 85'

New York Red Bulls: Luis Robles, Richard Eckersley, Jamison Olave, Ibrahim Sekagya, Ambroise Oyongo, Eric Alexander (Tim Cahill 76'), Dax McCarty, Lloyd Sam, Peguy Luyindula, Thierry Henry, Bradley Wright-Phillips

New England Revolution: Bobby Shuttleworth, Andrew Farrell, A.J. Soares, Jose Goncalves, Chris Tierney, Lee Nguyen (Andy Dorman 94+'), Scott Caldwell, Jermaine Jones, Teal Bunbury, Kelyn Rowe (Kevin Alston 62'), Charlie Davies(Patrick Mullins 85')

Sędziował: Allen Chapman
Żółte: Soares, Jones, Nguyen, Caldwell - Henry, Sekagya, Eckersley, Wright-Phillips, Alexander, Cahill
Widzów: 25,000

piątek, 21 listopada 2014

Mateusz Miazga: Mam szansę, którą muszę wykorzystać

Drużyna USA U20 przed meczem z Rosją. Foto: ussoccer.com 
Mateusz Miazga wrócił niedawno z Hiszpanii, gdzie wraz z kadrą USA do lat 20 wziął udział w międzynarodowym Football Impact Tournament. 19-letni obrońca Red Bulls Nowy Jork był jedynym graczem, który zagrał pełne 90 minut w każdym z trzech spotkań i ma nadzieję, że Tab Ramos zabierze go na styczniowe mistrzostwa strefy CONCACAF na Jamajce, gdzie USA będzie bić się o przepustki na Mundial w Nowej Zelandii.

Tomek Moczerniuk: Podczas turnieju w Hiszpanii zaczęliście rewelacyjnie od dwóch wygranych ze starszymi od was przeciwnikami z Rosji i Irlandii. Ale potem przyszła niespodziewana porażka z Kanadą, z którą być może przyjdzie się wam bić o awans do MŚ U20 w Nowej Zelandii. Jak to się stało?

Mateusz i kolega z Red Bulls Santi Castano. Foto:
ussoccer.com
Mateusz Miazga: Bardzo szybko straciliśmy gola po indywidualnym błędzie i to zaważyło o naszej porażce. Kanada objęła prowadzenie i do końca tego broniła. My staraliśmy się atakować wysokim pressingiem, ale mimo kilku świetnych okazji nie potrafiliśmy tym razem wywalczyć choćby remisu. Ale trzeba przyznać, że Kanadyjczycy to świetny zespół. Kilka dni wcześniej wygrali z Rosją 2:1 i zremisowali z Anglią 2:2. Więc wiedzieliśmy, że to będzie ciężki przeciwnik. Mieliśmy dobry plan, ale wziął on w łeb w momencie kiedy straciliśmy gola. Przy odrobinie szczęścia mogliśmy jednak pokusić się o dużo lepszy rezultat.

Ale może limit szczęścia wykorzystaliście podczas dwóch pierwszych gier?

M.M.: Być może, bo szczególnie w meczu z Rosją sprzyjała nam fortuna. Dwa razy przegrywaliśmy w tym spotkaniu, a mimo wszystko potrafiliśmy zwyciężyć. I to po golu zdobytym w doliczonym czasie gry z... karnego! Na dodatek graliśmy w tym momencie w 10-tkę, bo grający w Tottenhamie Emerson Hyndman obejrzał drugą żółtą kartkę. Rosja przegrała więc bardzo pechowo, ale to naprawdę dobry zespół. Byłem pod wrażeniem ich organizacji gry oraz współpracy pomiędzy formacjami. Piłką też grają bardzo dobrze. Zajęło nam trochę czasu, zanim zorientowaliśmy się co jest grane. Co innego z Irlandią - tu nie było żadnych niespodzianek, bo oglądaliśmy ich mecze i mieliśmy dobry wywiad. W tym meczu to nam udało się wykorzystać błąd przeciwnika na początku i pozostało nam kontrolować pojedynek do końca. Jeśli mogę podsumować wyjazd to był on naprawdę pozytywny i wartościowy. Jako zespół czujemy się bliżej siebie i celu, który przyświeca nam wszystkim: wyjazdu na mistrzostwa strefy CONCACAF na Jamajce w styczniu.

W Hiszpanii tylko ty grałeś we wszystkich spotkaniach w pełnym wymiarze czasowym. Czy to oznacza, że bilet do Jamajki masz już w kieszeni?

M.M.: Nie wiem, o to trzeba zapytać trenera Taba Ramosa. Ale czuję, że trener mi ufa i wie, że kiedy jestem na boisku to daję z siebie wszystko. Mimo wszystko to jest sport - tu nie ma żadnych gwarancji. Wiem, że muszę utrzymać formę i za każdym razem kiedy dostanę szansę grać najlepiej jak potrafię. Nie mogę się dać zaskoczyć, bo na moje miejsce czeka ktoś inny. Walka o 20 powołań jest zacięta, każdy z nas chce pokazać się trenerom i udowodnić swoją przydatność. Wierzę jednak, że trener Ramos zabierze do Jamajki optymalną 20-stkę.

Kiedy zostaną wysłane oficjalne powołania?

M.M.: W połowie grudnia mieliśmy lecieć na Jamajkę, ale jako, że jest to nasz grupowy przeciwnik zmieniliśmy plany i lecimy do Hondurasu, gdzie zagramy dwa kontrolne mecze. Potem - zaraz po świętach - spotkamy się na Florydzie na zgrupowaniu, więc sądzę, że powołania zostaną wysłane pomiędzy obozami w Hondurasie i na Florydzie.

W walce o koronę CONCACAF zagracie w Grupie A, gdzie zmierzycie się z gospodarzami, Trinidadem i Tobago, Arubą, Gwatemalą i Panamą. Tylko zwycięzca uzyska automatyczny awans do MŚ w Nowej Zelandii. Zespoły z miejsc 2 i 3 obu grup zagrają o kolejne dwie przepustki w dodatkowych meczach. Czy wasz zespół stać na awans z pierwszej lokaty?

M.M.: Myślę, że mamy naprawdę dobry zespół i wartościowych graczy. Również trenerzy wpoili nam mentalność zwycięzców. Dlatego uważam, że stać nas na zwycięstwo w grupie, ale wolę dmuchać na zimne. Będziemy walczyć więc przede wszystkim o zwycięstwo w każdym pojedynczym meczu i mam nadzieję, że do awansu wystarczy nam 5 spotkań.

Kilka dni po tym jak wygraliście z Irlandią pierwsza reprezentacja dostała lanie w Dublinie 1:4. Czyli wy już teraz jesteście lepsi od chłopców Klinsmanna?

M.M.: (śmiech) Pewnie, że nie! W ich meczu z Irlandią wynik był gorszy niż gra. Oglądaliśmy oba spotkania - wcześniejsze z Kolumbią też - i kibicowaliśmy naszym na czele z Rubio Rubinem, który przecież trafił do kadry A z naszego zespołu. Gracz Utrechtu jest dla nas inspiracją a trener Ramos zawsze nam powtarza, że jeśli będziemy dobrze spisywać się w młodzieżówce to prędzej czy później sięgnie po nas Klinsmann, który lubi stawiać na młodzież. Szansa jest więc tuż przede mną i muszę ją wykorzystać, bo byłby to dla mnie wielki zaszczyt grać w pierwszej drużynie.

Idzie ci dobrze nie tylko na boisku, ale także i poza nim. Niedawno podpisałeś kontrakt z agencją Wasserman Media Group, która reprezentuje m.in. Landona Donovana, Jozy Altidore'a i Tima Howarda. Ten ostatni został wybrany najlepszym amerykańskim piłkarzem w 2014. Zaskoczyło cię, że to on a nie Dempsey otrzymał to wyróżnienie?

M.M.: Nie, wszyscy wiemy jak wiele Tim znaczy dla kadry USA. Miał fenomenalny rok w Evertonie i jeszcze lepszy na Mundialu. Dla mnie był on jednym z najlepszych aktorów Mistrzostw Świata, dlatego nagroda jak najbardziej mu się należy. Mam nadzieję, że niedługo nasze drogi się zejdą i będę miał okazję pogratulować mu osobiście.

Matt Miazga: The opportunity is right in front of us

The US U20 team prior to their first tournament game vs Russia. Foto: US Soccer
Matt Miazga has just came back from the U20 trip in Spain. The Red Bull defender is happy about teams performance and hopes to be on the roster for the upcoming CONCACAF championship in Jamaica.

Tomek Moczerniuk (www.papatomski.com): You just came back from Spain, where the U20 team participated in a Football Impact Tournament in Marbella. The team started off really well with two straight victories, but then came the surprising defeat to Canada. What happened?

Red Bull teammates Miazga and Castano in Marbella. Foto:
ussoccer.com
Matt Miazga: At the beginning of the game we made one mistake and it proved to be costly. Canada went up front in the 5th minute and then sat back the rest of the game. We were high-pressing them, but this time - despite multiple scoring chances especially in the first half - could not grind the result out. I have to give the Canadians credit though - they are a really good team. A few days before they played us they beat Russia 2:1 and tied England 2:2. So we expected them to be a tough opponent and prepared a good game plan. It did not work out because of that mistake at the beginning, but with a little bit of luck we could have gotten a much better result.

But in the first two games you had plenty of luck. Perhaps you just ran out of it?

M.M.: Yes, in the first game vs Russia we were a bit lucky to get a victory. We were down twice in that game, but managed to come back. The game winning goal was scored in the extra time while we were playing a man down (Emerson Hyndman was ejected in 83rd min). Russians were a very good team. I was impressed with how they moved the ball and passed it between the lines. It took us a while to figure them out. In the game against Ireland we knew what to expect. We had a good scouting report and we saw tapes with their games. We went up early and did not let them get on board. Overall we did very well in all three games we played in Spain. The whole experience was great and brought us even closer together as a group. And one step closer to our goal - competing for the CONCACAF Championship in January.

Miazga said the practice and game fields were "simply
awesome". Foto: ussoccer.com
You were the only player to play full 90 minutes in all three games. Does that mean that your name is on the final roster already?

M.M.: I guess that means that coach Ramos trust me and knows that when I am on the field I give everything I got. But there are no guarantees, I still need to be consistent and play well every time I am in the lineup. I cannot slip up now, because everybody is fighting for these 20 spots on the roster. The competition is tough, every player wants to prove something and impress the staff. But at the end I trust that coach Ramos will pick the best 20.

When will that announcement be made?

M.M.: Our last trip this year was to be to Jamaica in December, but since we have them in our group we will play Honduras away twice. After that we will have our last camp in Florida so I think that all the call ups will be announced somewhere in between.

Apart from the hosts you will get to play Trinidad & Tobago, Aruba, Guatemala and Panama. Only the group winner automatically qualifies, second and third teams will have to play an additional wild card game. Is this group of players capable of going for the first place?

M.M.: I think we have a good depth of players and the system is good as well. I believe that we can win this group, but nothing is guaranteed. The approach will be to take it one game at a time and hopefully at the end the spot in the 2015 U20 World Cup in New Zealand will be ours.

A few days after you beat Ireland the first US team got demolished by the Irish 1:4 in Dublin. Does that mean that you are better than the Klinsmann's squad?

M.M.: (laughter) Of course not! I think the team played well, but the result did not go our way this time. We watched both games - previously with Colombia as well - as a team, supported the team and rooted for our U20 teammate Rubio Rubin. We all see him as an inspiration and coach Ramos always tells us that if we are successful on U20 coach Klinsmann will sooner or later give us a chance. The opportunity is right in front of us and if we work hard we will get that highest honor - represent the country on the first national team.

You take a good care about your career not only on the field but outside of it as well. You have signed a contract with the Wasserman Media Group sport agents, who also represent Landon Donovan, Jozy Altidore and Tim Howard. The last one has just become the US Soccer Male Athlete of the Year. Were you surprised it was him and not Clint Dempsey?

M.M.: No, we all know that Tim Howard's impact on the US team was huge. He was incredible all year at Everton and even better at the World Cup. To me he was one of the best players of the World Cup hence the award was all deserved. I have never met Tim, but I hope our paths cross sooner or later.

US U20 results at Football Impact Tournament in Marbella:
  • Russia U21 - USA U20 3:4 (Karavayev 13', Morgunov 55', Koryan 71' - Gall 19' 90+2' (pen), Novakovich 45' Yomba 77' (pen)USA: Ethan Horvath - Shaq Moore, Cameron Carter-Vickers, Matt Miazga, Luis Martir, Russel Canouse, Joel Sonora (Tommy Thompson 67'), Junior Flores, Emerson Hyndman, Andrija Novakovich (Dembakwi Yomba 67'), Romain Gall
  • USA U20 - Ireland U21 1:0 (Yomba 13')USA: Santiago Castano - Tyler Turner, Tommy Redding, Miazga, John Requejo, Canouse (Lynden Gooch 46'), Kellyn Acosta, Hyndman, Thompson (Flores 74'), Yomba (Gall 56'), Armando Moreno (Novakovich 84')

  • USA U20 - Canada U20 0:1 (Carreiro 9')USA: Castano: Moore, Carter-Vickers, Miazga, Turner, Flores, Thompson, Canouse, Acosta, Yomba, Gall

czwartek, 20 listopada 2014

Tomasz Zahorski: Wciąż marzę o kadrze

Tak, już 15 razy, cieszył się Tomasz Zahorski po golach strzelanych dla San Antonio Scorpions. Foto: SA Scorpions
Kilkanaście miesięcy temu Tomasz Zahorski zaczął strzelać bramki dla rywalizujących w amerykańskiej lidze NASL San Antonio Scorpions. W ubiegły weekend ekipa z Teksasu zdobyła swój pierwszy w historii tytuł mistrzowski, co bardzo ucieszyło 13-krotnego reprezentanta Polski. Były gracz Górnika Zabrze ma nadzieję, że w przyszłym sezonie będzie jeszcze lepiej i marzy o powołaniu do kadry od swojego byłego trenera Adama Nawałki.

Tomasz Moczerniuk: Rozmawiamy kilka dni po tym jak zostałeś Mistrzem NASL. Emocje już opadły czy dalej masz problemy ze spaniem w nocy?

Zahorski na boiskach NASL
biega z nr. 22. Foto: Danny Blanik
Tomasz Zahorski: (śmiech) Opadły! Emocje - i to spore - były zaraz po meczu i następnego dnia. Na pewno jest to bardzo fajna sprawa. To mój pierwszy sukces w Stanach jeśli chodzi o drużynę. Zdobyliśmy mistrzostwo ligi i bardzo się z tego powodu cieszę.

Sukces nie do końca pierwszy, bo przecież dwa tygodnie temu wygraliście paterę za mistrzostwo rundy jesiennej. Nie zmienia to faktu, że grasz w USA dopiero 1.5 roku, a już masz na koncie dwa tytuły. Czy to oznacza, że w USA zdobywanie trofeów to łatwizna?

T.Z.: No tak! Dobrze, że przypomniałeś o paterze, jednak moim zdaniem tamto osiągnięcie było niewspółmierne do zdobycia Soccer Bowl. Nawet uroczystość jej wręczenia była specyficzna. Jednego dnia na naszym treningu - zupełnie bez zapowiedzi - pojawili się ludzie z ligi i po prostu wcisnęli ją w ręce naszego kapitana. Pamiątkowe fotki robiliśmy na szybko, spoceni, w strojach treningowych. Dlatego tak naprawdę to cieszyło nas to drugie mistrzostwo. A czy w Stanach wygrywa się łatwo? Z pewnością nie! Rundę jesienną wygraliśmy rzutem na taśmę, dzięki zbiegowi wydarzeń na innych boiskach, bo w ostatnich kolejkach punkty pogubiła Minnesota United. A triumf w Soccer Bowl był już wypadkową naszej dobrej gry w ostatnich miesiącach. Odnieśliśmy duży sukces, tym większy, że dla San Antonio to pierwsze tytuły w historii.

Historii, która trwa zaledwie 5 lat (Scorpions w NASL występują zaledwie od 4. sezonów - przyp. TM) i której karty piszesz również i ty. W przeciągu kilkunastu miesięcy stałeś się 3. strzelcem wszechczasów w San Antonio, kilka razy zdobywałeś gole decydujące o zwycięstwie, byłeś w jedenastce kolejki. Na początku pewnie traktowałeś grę w USA jako egzotyczną przygodę, ale czy teraz to wszystko sprawia, że czujesz się bardziej odpowiedzialny za klub, za grę, za wyniki? Do tego stopnia, aby n.p. całować herb po strzeleniu bramek?

Ekipa San Antonio przed jednym z wrześniowych meczy.
Zahorski w drugim rzędzie, drugi z lewej. Foto: SA Scorpions
T.Z.: Od początku czułem się odpowiedzialny za rezultaty, bo po to mnie tutaj sprowadzano, abym zdobywał bramki i zapewniał Skorpionom zwycięstwa. Rok temu strzeliłem 9 goli w 14. spotkaniach. W kilku przypadkach trafiałem w meczach kończących się wynikami 1:0 dla nas. W tym sezonie na pewno mój wkład mógłby być większy, ale w ostatnich kilku tygodniach z różnych powodów - kontuzje, koncepcja trenera gry bez nominalnego napastnika - grałem niewiele. Do tego momentu udało mi się zdobyć 6 bramek, co sklasyfikowało mnie na drugim miejscu w zespole. Dlatego uważam, że mój wkład w to co osiągnęliśmy był spory, ale w następnym roku będę chciał jeszcze bardziej udowodnić swoją wartość. Będzie nam ciężej, bo - w myśl zasady "bij mistrza" - będziemy odbierani jako faworyt. Ale będziemy chcieli pokazać, że sukces nie był przypadkowy, że znowu będziemy w czołówce i że na koniec sezonu znów będziemy się bić o najwyższe cele.

Szkoda tylko, że jednym z tych celów nie będzie awans do MLS. NASL to teoretycznie drugi szczebel rozgrywek w USA. Z drużynami z pierwszej ligi mierzycie się tylko podczas przedsezonowych sparringów i rozgrywek pucharowych. Gdyby to była Europa w przyszłym sezonie gralibyście w elicie, na pięknych, wypełnionych stadionach. Nie żałujesz, że w Stanach nie ma awansów i spadków?

T.Z.: Jasne, że żałuję, ale wiedziałem od początku, że ligowy system wygląda tutaj inaczej. To dziwne uczucie, kiedy w jednym sezonie zdobywa się optimum, a w kolejnym nie ma praktycznie szans na ugranie czegokolwiek więcej. Ale trzeba się cieszyć z tego co jest. Mam też nadzieję, że plotki o wykupieniu dla San Antonio miejsca w MLS znajdą potwierdzenie w rzeczywistości. Obym tylko tego doczekał, bo po naszych meczach towarzyskich i pucharowych z ekipami z wyższej klasy rozgrywkowej widać, że jesteśmy w stanie nawiązać z nimi równorzędną walkę.

Skoro o porównaniach mowa: jak oceniasz poziom NASL i Scorpions - zarówno sportowy jak i organizacyjny - w porównaniu do Polski czy Niemiec?

Polsko-polski pojedynek w NASL. Zahorski walczy o piłkę
z Hunterem Gorskie z Cosmosu, którego dziadek był Polakiem.
Z prawej strony z tyłu mający polskie obywatelstwo
Danny Szetela. Foto: Danny Blanik
T.Z.: Jeśli chodzi o organizację to z tych trzech krajów na pewno Niemcy byli najbardziej profesjonalni. W Polsce jak wiadomo w większości klubów wciąż są duże problemy. Świetnie byłoby gdyby nad Wisłę można by przenieść tutejszą organizację czy treningowe zaplecza. Z kolei gdyby do USA przenieść polski system szkoleniowy to z pewnością wpłynęłoby na znacznie wyższy poziom. W USA są warunki, możliwości finansowe, dobre boiska do treningów, ale kluby się dopiero uczą jak powinny funkcjonować. Widać, że z roku na rok to się poprawia. Liga powiększa się o nowe drużyny, na trybunach pojawia się coraz więcej widzów, sprowadzani się coraz lepsi zawodnicy. To tylko kwestia czasu kiedy NASL stanie się poważną ligą. Już teraz porównując ją do polskiej ekstraklasy nie ma się czego wstydzić.

Wspomniałeś o doświadczonych zawodnikach. W Indy Eleven gra mistrz świata z 2002 Kleberson. W Cosmosie od przyszłego sezonu do Marcosa Senny dołączy Raul. W Twojej drużynie też jest kilku ciekawych graczy: Eric Hassli, który grał w Lidze Mistrzów, Rafael Castillo, który ma na koncie występy w kadrze Kolumbii czy Josh Saunders, który od 2015 będzie dzielił szatnię z Davidem Villą i Frankiem Lampardem z NYC FC. Jak ocenisz potencjał tej drużyny? Czy stać byłoby ją na walkę o tytuł w Polsce?

W NASL nie brakuje też polskich kibiców. Nawet z rodzinnych
stron Zahorskiego. Foto: Mariusz Kardasz
T.Z.: O tytuł może nie, ale myślę, że z powodzeniem moglibyśmy być w środku tabeli. Piłka w Polsce jest bardzo fizyczna, czego nam trochę brakuje, ale to kwestia odpowiedniego mikrocyklu treningowego. Nasi z kolei z pewnością nie odstawaliby technicznie i generalnie myślę, że nie byłoby się czego wstydzić.

A gdyby doszło do spotkania Górnik Zabrze - San Antonio z Twoich najlepszych czasów - kto byłby górą?

T.Z.: Na pewno Górnik, bo w momencie, gdy odgrywałem tam znaczącą rolę był naprawdę mocny. To tam otrzymałem pierwsze powołanie do reprezentacji, a na nasze mecze przychodziło po 18-19 tys. kibiców. San Antonio to w dalszym ciągu tylko druga liga, a sukcesy zaczęliśmy odnosić dopiero w tym roku. Robimy krok w przód, ale Górnik był wtedy na tyle mocny, że ciężko byłoby sobie z nim poradzić.

Do USA wyemigrowałeś z całą rodziną. Jak wiedzie się Twoim bliskim po przeprowadzce? Ciężko było się zaaklimatyzować?

T.Z.: Nie mogę powiedzieć, że w Teksasie czujemy się jak u siebie, ale jesteśmy szczęśliwi. Dla nas Polska zawsze będzie nr 1, ale powoli zaczynamy traktować San Antonio jak drugi dom. Mówię tak przede wszystkim ze względu na dzieci, bo jest tutaj ciepło, mniej chorują, dużo czasu spędzamy poza domem. Poznaliśmy też naprawdę wspaniałych ludzi. Myślę, że USA to takie miejsce, gdzie chcielibyśmy zostać jak najdłużej. Jak długo czas pokaże.
Z żoną Ewą na meczu Spurs. Foto: TZ

Jak Wam się podoba miasto i co ma do zaoferowania?

T.Z.: Oprócz wspomnianej przeze mnie aury w San Antonio jest Sea World, a przy nim jeden z większych w USA park wodny Aquatica. Jest też bardzo fajne centrum z tzw. Riverwalk czyli szeregiem restauracji i sklepów tuż przy po obu brzegach rzeki. Atrakcją dla kibiców sportu są też San Antonio Spurs, którzy w tym roku zdobyli mistrzostwo NBA. Można wymieniać w nieskończoność, człowiek nie ma prawa się tutaj nudzić. Raz w tygodniu jemy poza domem, bo jedzenie - w szczególności kuchnia śródziemnomorska - jest tutaj wyśmienite. Mamy też ulubioną knajpkę z sushi. W pozostałe dni tygodnia gotuje nam żona, dlatego naprawdę nie mam prawa narzekać.

Ameryka jest ogromna, a w lidze NASL jest n.p. kilka klubów z Kanady. Przyzwyczaiłeś się do uciążliwych podróży samolotami na mecze?

T.Z.: Właśnie, że dużo bardziej uciążliwe były podróże autokarami po całej Polsce. Do dziś wspominam 5-6 godzin jazdy busem po polskich drogach, kiedy skakało się jak na trampolinie i człowiekowi robiło się niedobrze. Tutaj podróż do Kanady trwa 4 godziny, plus to co spędzimy na lotnisku na odprawie. Wszędzie relaks: siedzimy, jemy, rozmawiamy. Podczas lotów na szczęście nie było jeszcze żadnych perypetii, dlatego raczej podróżowanie na mecze samolotem to komfort a nie męczarnia.

Niedługo wsiądziesz na pokład kolejnego samolotu, tym razem z kierunkiem na Polskę. Nad Wisłą nie byłeś od kilkunastu miesięcy. Za kim stęskniłeś się najbardziej?

T.Z.: Za rodziną: za rodzicami i za bratem. Muszę przyznać też, że za polskim jedzeniem, bo choć tu nie mogę narzekać to jednak brakuje rosołku czy schabowego od mamy. To świadczy, że i będąc w Stanach można się stęsknić za Polską. Zresztą ja jestem takim lokalnym patriotą. Teraz tęsknię za Polską i myślę, że ta tęsknota będzie zawsze we mnie, ale pod koniec urlopu pewnie zatęsknię za cieplejszym, teksańskim klimatem.

Tym bardziej, że twój urlop będzie niesłychanie - jak na piłkarza - długi. Przerwa zimowa w USA jest dziwna, bo trwa prawie 3 miesiące. Co jeszcze wywołuje u Ciebie podniesioną brew w USA?

Mistrzowska feta Scorpions i ich kibiców. Zahorski
z prawej strony bramkarza SA (w żółtej koszulce z szalikiem).
Foto: Robin Jerstad / SA Scorpions 
T.Z.: Zaskoczyli mnie ludzie, ale pozytywnie. Amerykanie są mili, otwarci i kulturalni. Również na stadionach, gdzie niezależnie od wyniku atmosfera jest zawsze pozytywna. Stadion jest otwarty i przyjazny dla rodzin, które wyjście na mecz traktują jako okazję do miłego spędzenia czasu. Nie ma chamstwa, burd. Zaskoczeniem in-minus było za to sędziowanie. Jeśli w Polsce generalnie narzeka się na poziom gwizdania to tutaj jest jeszcze gorzej. Na początku miałem też problemy z aklimatyzacją ze względu na upały, bo kiedy tu się przeniosłem słupek rtęci non-stop przewyższał 40 stopni. A w tych warunkach trzeba było grać i trenować. Nie mogłem się też przyzwyczaić do odległości, które trzeba tu pokonywać. Każdy wyjazd na zakupy czy rodzinny zajmuje nawet do dwóch godzin w jedną stronę. Wszędzie jest dalej niż w Polsce czy Europie, do tego dochodzą korki. Ale nie narzekam, bo skoro do dobrego człowiek się przyzwyczaja szybko, to znaczy, że jest nam tu dobrze.

Jesteś jedynym graczem w NASL urodzonym w Polsce. Czy czujesz się jak ambasador naszego kraju i czy z perspektywy czasu zachęcałbyś polskich piłkarzy do wybrania amerykańskiego kierunku?

T.Z.: Oczywiście, że czuję się jak ambasador i już od jakiegoś czasu robię co mogę, aby w NASL grało więcej Polaków. Sporo kolegów do mnie dzwoni z pytaniami o grę w USA, ale to nie jest tak łatwe jak w Europie. Po pierwsze tutejsze kluby nie bardzo interesują się graczami z Północno-Wschodniej Europy. Po drugie dochodzą problemy z załatwianiem wizy pracowniczej, po trzecie ściągnięcie kogoś z rodziną jest kolejnym zniechęcającym elementem. Ale jeśli komuś się uda to serdecznie zapraszam i polecam, bo warunki i do życia i do zarabiania - a w obecnych czasach wszyscy poszukują płynności finansowej - są tutaj naprawdę fajne. Staram się i ucieszę się jeśli będę mógł komuś pomóc, ale decyzje ostateczne nie należą do mnie.

Oprócz Ciebie w Ameryce Północnej gra jeszcze jeden Polak: Krzysztof Król. Kiedy przechodził do Montrealu Impact odważnie mówił, żeby trener Nawałka nastawiał sobie budzik na jego mecze. W obecnej reprezentacji gra starszy od ciebie Mila i Mączyński z jeszcze bardziej egzotycznej ligi chińskiej. Za kilka dni stuknie Ci 30-stka - czy dla Ciebie temat kadry jest zamknięty?

T.Z.: Nie, myślę, że nikt, kto zawodowo gra w profesjonalnej lidze bez względu na wiek nie zamyka sobie drogi do kadry. Ja też nie myślę, że mój licznik meczów w reprezentacji zatrzyma się na 13. Mam ambicje, staram się sięgać bardzo dalekich celów, a gra z orzełkiem na piersi to na chwilę obecną takie moje oddalone marzenie. Wszystko będzie zależeć od mojej dyspozycji i formy, którą tu odbudowałem po słabszym okresie w Polsce. Pierwszy sezon w San Antonio miałem dobry, obecny - pomijając końcówkę - niezły, chciałbym, aby ten nadchodzący był przełomowy. Jeśli będę czuł się dobrze i będę w dobrej dyspozycji to jest szansa na to, że selekcjoner zwróci na mnie uwagę. Tym bardziej, że znamy się przecież z Górnika.

wtorek, 18 listopada 2014

Kadra USA: Porażka z Irlandią na koniec sezonu

Okazja do radości nadarzyła się tylko raz. Z lewej Mix Diskerud, obok niego Jozy Altidore. Foto: facebook/officialussoccer
W rozegranym w Dublinie towarzyskim spotkaniu piłkarskim reprezentacja Irlandii - rywal Polski w el. Euro 2016 - rozstrzelała USA aż 4:1. Dla Amerykanów porażka w takich rozmiarach przytrafiła się po raz pierwszy od 30 maja 2012.

Oba zespoły przystępowały do 9. bezpośredniego starcia w historii kilka dni po przegranych meczach. Irlandia uległa w Glasgow Szkocji 0:1 w meczu el. do ME, a USA przegrały z Kolumbią w Londynie 1:2. W obu składach roiło się też od zmian: Juergen Klinsmann postawił na 6. nowych graczy, a Martin O'Neil poszedł jeszcze dalej, bo przemeblował całą jedenastkę.

Mimo rezerwowych zestawień mecz od początku toczył się w szybkim tempie i mógł się podobać 33-tysięcznej publiczności. Już w 7.min po koronkowej akcji Irlandczyków 27-letni debiutant David McGoldrick posłał kapitalną piłkę w uliczkę do Anthony Pilkingtona i gracz Cardiff piękną podcinką zdobył swojego pierwszego gola w kadrze.

Wynik mówi wszystko. Irlandia rozjechała w Dublinie USA.
Foto: facebook/officialussoccer 
Amerykanie mogli wyrównać w 22.min, ale kąśliwy strzał Fabiana Johnsona ostemplował słupek bramki Shay'a Givena. W 28. min Daryl Murphy mógł podwyższyć na 2:0, ale z bliska trafił wprost w Billa Hamida. W 39.min Jankesi zaatakowali pressingiem i odzyskali piłkę tuż przed polem karnym Irlandii. Jozy Altidore dośrodkował na głowę Chrisa Wondolowskiego, który dostrzegł lepiej ustawionego Mixa Diskeruda i gracz Rosenborga po raz piąty w karierze wpisał się na listę strzelców w meczu reprezentacji. W 43.min mogło być 2:1 dla gości, ale Altidore uderzył w poprzeczkę po dobrym podaniu Alejandro Bedoyi.

5 minut po przerwie Altidore ponownie zatrudnił golkipera gospodarzy, ale ten zdołał odbić nogami strzał napastnika Sunderlandu. W 55.min kolejną świetną asystą popisał się McGoldrick, a Robbie Brady z zimną krwią wykorzystał sytuację sam-na-sam z Hamidem. Wymiana ciosów trwała w najlepsze, bo Given dwukrotnie musiał stawać na wysokości zadania w pojedynkach z Bobbym Woodem w 67.min i Gregiem Garzą w 81.min.

Od tej pory liczyli się już tylko The Boys in Green. Zmęczeni trudami pojedynku Amerykanie nie nadążali za ruchliwymi Irlandczykami. W ostatnim kwadransie Klinsmann dokonał aż 3. zmian, ale nie uchronił zespołu od utraty kolejnych goli. W 82.min najpierw Shane Long po świetnej indywidualnej akcji trafił w słupek, ale sekundy później strzał Jamesa McCleana odbił się od obrońcy, zmylił bramkarza i wpadł do siatki. Wynik ustalił Brady kapitalnym strzałem z rzutu wolnego w 86.min.

Kiedy kilka miesięcy temu Irlandia poległa z Portugalią
1:5 (w New Jersey) nikt nie wierzył, że O'Neil (drugi z lewej)
tak szybko poukłada zespół z powrotem. Dziś - po zwycięstwie 4:1
nad USA - wiadomo już, że mu się to udało. Foto: Danny Blanik
Mecz, w którym Irlandczycy po raz 5. uporali się z USA dostarczy sporo materiału do analizy trenerowi Adamowi Nawałce, bo Irlandia będzie naszym kolejnym rywalem w walce o wyjazd do Francji. Zmiennicy spisali się nad wyraz dobrze, czego nie można powiedzieć o Amerykanach, którzy po raz 4. z rzędu stracili bramki w ostatnich 10. minutach. Klinsmann, który nie przestaje szukać rozwiązań - wprowadzony na boisko w 76.min Jordan Morris ze Stanford University był już 50. graczem testowanym przez szkoleniowca USA w tym roku - zakończył sezon niepokojącą serią 4. spotkań bez zwycięstwa, co nie przytrafiło im się od września 2011. Ale legenda niemieckiego futbolu i tak może spać spokojnie, bo kontrakt z amerykańską federacją ma podpisany do 2018.

Mecz towarzyski
Aviva Stadium; Dublin, Irlandia
18 Listopad 2014 20:45

Irlandia - USA 4:1 (1:1)
1:0 - Anthony Pilkington (David McGoldrick) 7'
1:1 - Mix Diskerud (Chris Wondolowski) 39'
2:1 - Robbie Brady (David McGoldrick) 55'
3:1 - James McClean 82'
4:1 - Robbie Brady 86'

IRLANDIA: 23-Shay Given (22-Rob Elliot, 85); 6-Cyrus Christie, 20-Alex Pearce, 5-Ciaran Clark, 17-Robbie Brady; 13-Anthony Pilkington (11-James McClean, 64), 18-Stephen Quinn, 12-David Meyler (kapitan); 14- Anthony Stokes (7-Aiden McGeady, 60); 21-David McGoldrick (9-Shane Long, 77), 10-Daryl Murphy (8-Jeff Hendrick, 77) Trener: Martin O'Neill

USA: 22-Bill Hamid; 23-Fabian Johnson, 20-Geoff Cameron, 5-Matt Besler, 21-Timmy Chandler (24-Jordan Morris, 76); 15-Kyle Beckerman (2-Tim Ream, 87); 11-Alejandro Bedoya, 10-Mix Diskerud (9-Rubio Rubin, 77), 4-Alfredo Morales (3-Greg Garza, 65); 18-Chris Wondolowski (19-Bobby Wood, 46), 17-Jozy Altidore (kapitan) Trener: Jurgen Klinsmann

Sędziowali: Paweł Raczkowski, Paweł Sokolnicki, Michał Obukowicz (Polska)
Żółte: McGeady, Meyler - Beckerman, Altidore, Cameron, Johnson
Widzów: 33,332

niedziela, 16 listopada 2014

NASL: Zahorski Mistrzem!

Komisarz NASL Bill Peterson gratuluje Skorpionom zdobytego tytułu. Z tyłu Tomasz Zahorski. Foto: KSAT
W wielkim, sobotnim finale NASL San Antonio Scorpions pokonali Ft. Lauderdale Strikers 2:1. Tomasz Zahorski nie zagrał, ale i tak miał spory wkład w pierwsze w historii mistrzostwo wywalczone przez drużynę z Teksasu.

Zakończył się piłkarski sezon w amerykańskiej piłkarskiej lidze NASL. Ostatnim jego akordem był Soccerbowl - czyli wielki finał playoffs, w którym zmierzyły się San Antonio Scorpions i Ft. Lauderdale Strikers. Tego, że do gry o trofeum awansowały Skorpiony nie należało rozpatrywać w kategorii niespodzianki, bo gracze Alana Marciny spisywali się dobrze przez cały rok. Najpierw zajęli trzecie miejsce na wiosnę, potem wygrali jesień, a w ubiegłotygodniowym półfinale uporali się po dogrywce z Cosmosem Nowy Jork 2:1. Ale to, że ich przeciwnikiem byli Ft. Lauderdale Strikers, było nie lada sensacją, bo zespół z Florydy do playoffs awansował dopiero w ostatniej kolejce. Przepustkę do finału Strikers wywalczyli jednak eliminując po rzutach karnych mistrza Wiosny i drugą drużynę na jesień Minnesotę United co oznaczało, że w sobotę wcale nie stali na straconej pozycji.

Castillo trafia przewrotką i San Antonio prowadzi 1:0.
Foto: Robin Jerstad / SA Scorpions
Pierwszy kwadrans należał jednak do gospodarzy, wśród których wielką ochotę do gry przejawiał ich niekwestionowany lider Rafael Castillo. W 15.min 34-letni Kolumbijczyk ładnie dośrodkował z rzutu rożnego, ale dwóch niepilnowanych zawodników gospodarzy skutecznie przeszkodziło sobie w oddaniu celnego strzału. Goście w pierwszej odsłonie atakowali rzadko, a na uwagę zasłużyły jedynie dwa minimalnie niecelne strzały Aly Alberto Hassana.

Bezbramkowy remis mógł zostać przerwany w 62.min, bo arbiter Ted Unkel podyktował wątpliwą jedenastkę dla Strikers za faul w polu karnym. Do piłki podszedł Martin Nunez, ale uderzył zbyt mocno i trafił w poprzeczkę.

Gospodarze mogli odgryźć się chwilę potem, ale Billy Forbes dwukrotnie został powstrzymany przez obrońców i Kamila Contofalskyego. Wreszcie w 69.min gola-marzenie zdobył Castillo. Na długie dośrodkowanie z lewej flanki zdecydował się Josue Soto i Castillo - mimo trudnej pozycji - przewrotką posłał piłkę do siatki. Był to już 8. gol w sezonie gracza, który niedawno został wybrany do najlepszej jedenastki sezonu.

6 minut później było już po meczu, bo Castillo tym razem popisał się fenomenalnym, kilkudziesięciometrowym zagraniem do Forbesa. Kadrowicz wysp Turks i Caicos ze spokojem ograł obrońcę, zszedł do środka i strzelił do siatki nad wybiegającym Contofalskym.

Radość gospodarzy ze zdobycia Soccer Bowl.
Foto: Robin Jerstad / SA Scorpions
Nadzieję w serca kibiców gości wlał Walter Ramirez, wykorzystując w 75.min zamieszanie po bramką Josha Saundera. Co ciekawe Ramirez pojawił się na boisku zaledwie 6 minut wcześniej. Kontaktowy gol sprawił, że goście ruszyli za ciosem, ale zabrakło im zarówno czasu jak i atutów.

Skopriony wygrały zasłużenie również z tego względu, że w końcówce sezonu to oni grali najrówniej. Bardzo szczęśliwy z faktu zdobycia mistrzostwa był Tomasz Zahorski, który tym razem nie zagrał ani minuty. "Jest to moje pierwsze w karierze mistrzostwo i cieszę się, że dołożyłem do niego swoją cegiełkę." - powiedział strzelec 6. goli w sezonie - "Teraz wyjeżdżam z rodziną na zasłużone wakacje do Polski, za którą się bardzo stęskniłem."

Piłkarze wrócą z długich urlopów w lutym. Nowy sezon NASL, do której dołączy Jacksonville Armada rozpocznie się w kwietniu 2015.

Finał NASL
Sobota, 15 listopad 2014, 20:30
Toyota Park, San Antonio

San Antonio Scorpions - Ft. Lauderdale Strikers 2:1 (0:0)
1:0 - Castillo 69'
2:0 - Forbes 75'
2:1 - Ramirez 79

Scorpions: Saunders - Borrajo, James, Janicki, DeRoux, Menjivar, Restrepo (Hassli 85'), Castillo, Soto, Forbes, Elizondo (Gentile 74')

Strikers: Contofalsky - Antonijevic (Jenison Brito 77'), Guerrero, Rafael Alves, Pecka, Nunez (Ramirez 73'), Marcelin, Chin, Anderson, King, Hassan (Picault 60'),

Sędziował: T. Unkel
Żółte: Gentile, Hassli
Widzów: 7847