Pekin 2022: Shiffrin bez medalu, ale bez tragedii
Kiedy zimowe igrzyska olimpijskie odbywają się w dalekiej Azji amerykańskim sportowcom zwykle wiedzie się średnio. Z Japonii w 1998 przywieźli zaledwie 13 medali, z Południowej Korei w 2018 o dziesięć więcej. Mimo to spodziewano się, że Jankesi są w stanie upolować w Chinach 30 krążków, co miało uplasować ich na trzeciej - za Norwegią i Niemcami - pozycji w medalowej tabeli. Tak się jednak nie stanie m.in. dlatego, że wielka nadzieja na przynajmniej jedno złoto alpejka Mikaela Shiffrin wraca do Kolorado z pustymi rękami.
Trzy medale olimpijskie. 11 razy na podium Mistrzostw Świata (w tym sześć tytułów mistrzowskich). 73 indywidualne wygrane i trzy triumfy za cały sezon w zawodach Pucharu Świata - to dorobek Mikaeli Shiffrin, 26-letniej, urodzonej w Colorado specjalistki od narciarskiego slalomu kobiet. Jej dominacja na stokach i fakt, że obecnie - na nieco ponad dwa miesiące przed zakończeniem sezonu - również przewodzi w stawce zawodniczek rywalizujących o Puchar Świata sprawił, że przed igrzyskami w Pekinie to właśnie ją przedstawiano w USA jako murowaną kandydatkę do olimpijskiego złota. "Jeśli będzie w szczytowej formie może wygrać oba slalomy oraz kombinację, a także załapać się na podium w Super G. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że przywiezie trzy medale dowolnego koloru." - tak pisał o szansach utytułowanej alpejki Boston Globe 2 lutego.
Ona sama jednak - mimo iż zdecydowała się wystąpić we wszystkich pięciu konkurencjach, co teoretycznie zwiększało jej szanse na medal - kilka dni przed pierwszym występem tonowała nastroje. W jednym z wywiadów wyznała, że choć zrobiła wszystko co było pod jej kontrolą to w przeciągu swojego całego życia nie miała okresu trzech tygodni, gdzie wszystko szło jak z płatka. Zdawała sobie sprawę, że start na igrzyskach to jeden występ w jednym dniu i nawet najlepszą dyspozycję może przekreślić jedno pechowe dmuchnięcie wiatru. "Wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy na mnie liczą i będą mnie oceniać przez pryzmat osiągnięć na igrzyskach, ale dla mnie jedna olimpiada nie może definiować niczyjej kariery." - powiedziała Shiffrin reporterowi z NBC, amerykańskiej stacji telewizyjnej, która od lat ma wyłączność na nadawanie transmisji z aren olimpijskich.
Być może ona jako jedyna przeczuwała pismo nosem, bo 9 lutego zamiast pary medali na szyi miała na koncie dwa sensacyjne wręcz wypadnięcia z trasy. Najpierw poślizgnęła się atakując piątą bramkę giganta, a potem nie poradziła sobie podczas slalomu - swojej koronnej konkurencji - z tyczką numer... pięć. Dwie olbrzymie wpadki w przeciągu zaledwie dwóch dni mocno zabolały zarówno Shiffrin jak i dziennikarzy ze stacji NBC, którzy w swoich komentarzach nie mogli przeboleć faktu, że legendarna specjalistka od slalomu kończy swój udział w pierwszych dwóch zjazdach po zaledwie 16 sekundach. Ich postawa - sucha i niezbyt empatyczna - a także to, że kamera - po niepowodzeniu w slalomie - dość długo pokazywała zbliżenie na wyraźnie załamaną zawodniczkę sprawiła, że na NBC spadła fala krytyki za brak taktu i wyczucia. Wiadomo było bowiem, że na Shiffrin ciążyła ogromna odpowiedzialność, ale wielką niewiadomą było to, jak sobie z tą presją poradzi. Wiązało się to z tym, że tym razem nie było w jej otoczeniu ojca, który podczas igrzysk w Rosji i Korei towarzyszył jej jako fotograf. Jeff Shiffrin zmarł bowiem w 2020 w wieku 65 lat w wyniku tragicznego wypadku w swoim domu. Mikaela bardzo to przeżyła. Wzięła pięciotygodniowy rozbrat z nartami i zastanawiała się nawet nad zakończeniem kariery. Ostatecznie wróciła, ale od tamtej pory zawsze publicznie i głośno wspierała inne sławne osoby sportu, które nie radziły sobie z presją. Dotyczyło to m.in. tenisistki Naomi Osaki, pływaka Caeleba Dressela oraz legendarnej amerykańskiej gimnastyczki Simone Biles, która ze względu na problemy o podłożu mentalnym zrezygnowała z kilku występów (i teoretycznych szans medalowych) na olimpiadzie w Tokio. Zresztą sama Shiffrin po nieudanym starcie w gigancie wspomniała, że brakuje jej w Chinach ojca. "Tak bardzo chciałabym teraz do niego zadzwonić. Pewnie powiedziałby mi, że mam się wziąć w garść, ale nie powie mi tego, bo nie ma go tutaj. To sprawia, że jestem na niego zła."
Kilka dni później Amerykankę czekał start w supergigancie, gdzie zajęła 9. miejsce. We wtorkowym zjeździe też dojechała do mety, choć szybsze od niej było osiemnaście zawodniczek. Wyniki te przyjęła jednak z ulgą, bo - jak sama przyznała - miała powtarzające się sny o wypadaniu z trasy na piątej bramce. Do jej świadomości zaczęła się wkradać niepewność czy jeszcze potrafi ukończyć jakikolwiek konkurs. Uspokoiło to także jej chłopaka, norweskiego narciarza alpejskiego Aleksandra Aamoda Kilde (dwukrotnego medalisty z Pekinu), który w rozmowie z Chicago Tribune pochwalił sam fakt, że "wspięła się z powrotem na konia" i jej obiecującą postawę podsumował słowami: "Wróciła. Choć tak naprawdę nigdy nie odeszła."
Środowy trening zjazdu podczas którego Shiffrin miała najszybszy czas również napawał optymizmem przed jej ostatnim indywidualnym startem: w kombinacji alpejskiej. Amerykański magazyn Time przypominał, że to właśnie Mikaela jest w tej konkurencji aktualną mistrzynią świata oraz srebrną medalistką z Pjongchangu i przytoczył wypowiedź Szwajcarki Wendy Holdener, która na treningu zameldowała się tuż za plecami reprezentantki USA. "Oczywiście każdy z nas tutaj spodziewał się, że Mikaela w tym momencie będzie miała już jakiś medal, ale to, że tak nie jest nie musi być niczym złym. To pokazuje jak trudnym sportem jest narciarstwo alpejskie."
Ciekawostką był też fakt, że - mimo iż do Chin Shiffrin przywiozła nieprawdopodobną wprost ilość 60 par nart - udany trening zanotowała używając nart... pożyczonych. Przyjacielską pomoc Mikaeli okazała bowiem Włoszka Sofia Goggia, która kilka dni wcześniej zdobyła srebrny medal w zjeździe, a z nartami mogła chwilowo się rozstać z uwagi na fakt iż w kombinacji nie startowała. Goggia na nartach nakleiła też karteczkę z inspirującym napisem: "Leć Mika! Możesz!"
Czwartkowy start w kombinacji miał być więc okazją na odkupienie win oraz udowodnienie światu jak utalentowana i wszechstronna narciarsko jest Amerykanka. Po zjeździe (znów na nartach Goggi), który nie jest jej najgroźniejszą bronią Shiffrin była piąta ze stratą nieco ponad pół sekundy do liderki. To sprawiało, że w slalomie miała spore szanse na to, aby zaatakować miejsce na podium. Niestety i tym razem trasa okazała się zbyt wymagająca i Shiffrin po raz trzeci w przeciągu niespełna dwóch tygodni nie ukończyła przejazdu. "Skończyła tak jak zaczęła: z szybkim upadkiem i rozbrajająco szczerym wywiadem." - tak podsumował jej występ nowojorski Times, bowiem Mikaela przed kamerami wypaliła z uśmiechem: "Czuję się jak żart. Wiem, że teraz będzie kupa chaotycznego bałaganu wypowiadana przez ludzi o tym jak fantastycznie zawiodłam w kluczowych momentach. To dziwne, ale nie boję się tego. Może dlatego aktualnie mam do zaoferowania zero energii emocjonalnej."
Chaos, bałagan a także mocny hejt faktycznie pojawił się na jej profilach społecznościowych obserwowanych przez ponad 1.3 mln osób. "Arogantka i narcyz." "Głupia blondynka." "0-5" "Nie dostała medali to teraz dostała na głowę" "Odejdź wreszcie, żebyśmy nie musieli oglądać twojej przegranej twarzy." - to tylko niektóre z bardziej cenzuralnych wpisów. Swoje dołożyła także prasa. Sports Illustrated zauważył, że najlepsza specjalistka od slalomu na świecie nawet nie potrafiła ukończyć slalomu i odpowiadając na jej retoryczne pytanie: "Czy jestem jeszcze w stanie zjechać na dół bez wpadki?" napisał, że tak, pod warunkiem, że stanie się to już po ceremonii wręczenia medali. New York Times szukając odpowiedzi na sensacyjnie słabą formę Amerykanki wspominał o problemach zdrowotnych (w grudniu przechodziła COVID i spędziła 10 dni w izolacji), traumie po stracie ojca, ale także przypomniał jej wypowiedź tuż po przylocie do Chin, gdzie głośno narzekała na sfabrykowany śnieg i nieoczekiwane podmuchy wiatru na stoku. "Przed igrzyskami czuło się, że znów powędruje do książek z rekordami, ale nieoczekiwanie olimpiada kończy się dla niej rozczarowaniem." - dodał ESPN.
Ale na szczęście nie zabrakło też głosów otuchy. Jako jedna z pierwszych odezwała się Simon Biles - olimpijka, która w swojej przebogatej karierze sięgnęła po 32 medale igrzysk oraz mistrzostw świata i która podczas olimpiady w Tokio zaszokowała USA i świat rezygnując z kilku startów i potencjalnie medali ze względu na wypalenie psychiczne. Wtedy Shiffin trzymała za nią kciuki, teraz było odwrotnie. "Przykro mi, że przez to przechodzisz. Ludzie ssią! Pamiętaj, że jesteś niesamowita!" Ciepłe słowa nadeszły także m.in. od Igi Świątek, która powiedziała: "Powinnaś pamiętać jak wielką inspiracją jesteś dla nas wszystkich." Polska tenisistka już od jakiegoś czasu nie kryje sympatii i uznania dla amerykańskiej alpejki.
To wszystko sprawiło, że Shiffin postanowiła przebukować bilet powrotny do USA i spróbować pomóc drużynie w mikście w slalomie gigancie. Przed startem w swoim stylu skwitowała, że robi to dlatego, że jest "idiotką". Dziękowała także swoim kolegom i koleżankom z drużyny, za wsparcie i podkreślała, że to niesamowite, że po tym wszystkim co się wydarzyło stoi przed szansą na "upolowanie medalu". Niestety i tym razem nie było to jej pisane, choć USA dotarły do półfinału, gdzie przegrały z Niemcami. W starciu o brąz lepsza okazała się Norwegia. Shiffrin wraca więc bez jakiegokolwiek krążka do Kolorado. Ale jej rezolutność i nieustępliwość zapewne sprawią, że po kilku dniach w domu, gdzie odpręży się grając na pianinie utwory swojego ulubionego włoskiego kompozytora Ludovico Einaudiego i gdzie być może znów wesprze organizację "Kindness Wins" zbierającą fundusze na walkę z COVID wróci na stoki w Szwajcarii, Szwecji i Francji, aby sięgnąć po czwarty prymat w Pucharze Świata, który dla niej i tak jest cenniejszy niż olimpijskie złoto. "Wygrana na olimpiadzie wcale nie oznacza, że się jest najlepszym na świecie. Oznacza to, że się jest najlepszym w tym jednym dniu. Kryształowa kula oznacza dobre wyniki i stabilną formę przez cały sezon i całą karierę." - tak bowiem tłumaczyła to w lipcu 2019 w programie Today Show, At Home with Natalie.
Dla PAP z USA, Tomasz Moczerniuk
Trzy medale olimpijskie. 11 razy na podium Mistrzostw Świata (w tym sześć tytułów mistrzowskich). 73 indywidualne wygrane i trzy triumfy za cały sezon w zawodach Pucharu Świata - to dorobek Mikaeli Shiffrin, 26-letniej, urodzonej w Colorado specjalistki od narciarskiego slalomu kobiet. Jej dominacja na stokach i fakt, że obecnie - na nieco ponad dwa miesiące przed zakończeniem sezonu - również przewodzi w stawce zawodniczek rywalizujących o Puchar Świata sprawił, że przed igrzyskami w Pekinie to właśnie ją przedstawiano w USA jako murowaną kandydatkę do olimpijskiego złota. "Jeśli będzie w szczytowej formie może wygrać oba slalomy oraz kombinację, a także załapać się na podium w Super G. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że przywiezie trzy medale dowolnego koloru." - tak pisał o szansach utytułowanej alpejki Boston Globe 2 lutego.
Ona sama jednak - mimo iż zdecydowała się wystąpić we wszystkich pięciu konkurencjach, co teoretycznie zwiększało jej szanse na medal - kilka dni przed pierwszym występem tonowała nastroje. W jednym z wywiadów wyznała, że choć zrobiła wszystko co było pod jej kontrolą to w przeciągu swojego całego życia nie miała okresu trzech tygodni, gdzie wszystko szło jak z płatka. Zdawała sobie sprawę, że start na igrzyskach to jeden występ w jednym dniu i nawet najlepszą dyspozycję może przekreślić jedno pechowe dmuchnięcie wiatru. "Wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy na mnie liczą i będą mnie oceniać przez pryzmat osiągnięć na igrzyskach, ale dla mnie jedna olimpiada nie może definiować niczyjej kariery." - powiedziała Shiffrin reporterowi z NBC, amerykańskiej stacji telewizyjnej, która od lat ma wyłączność na nadawanie transmisji z aren olimpijskich.
Być może ona jako jedyna przeczuwała pismo nosem, bo 9 lutego zamiast pary medali na szyi miała na koncie dwa sensacyjne wręcz wypadnięcia z trasy. Najpierw poślizgnęła się atakując piątą bramkę giganta, a potem nie poradziła sobie podczas slalomu - swojej koronnej konkurencji - z tyczką numer... pięć. Dwie olbrzymie wpadki w przeciągu zaledwie dwóch dni mocno zabolały zarówno Shiffrin jak i dziennikarzy ze stacji NBC, którzy w swoich komentarzach nie mogli przeboleć faktu, że legendarna specjalistka od slalomu kończy swój udział w pierwszych dwóch zjazdach po zaledwie 16 sekundach. Ich postawa - sucha i niezbyt empatyczna - a także to, że kamera - po niepowodzeniu w slalomie - dość długo pokazywała zbliżenie na wyraźnie załamaną zawodniczkę sprawiła, że na NBC spadła fala krytyki za brak taktu i wyczucia. Wiadomo było bowiem, że na Shiffrin ciążyła ogromna odpowiedzialność, ale wielką niewiadomą było to, jak sobie z tą presją poradzi. Wiązało się to z tym, że tym razem nie było w jej otoczeniu ojca, który podczas igrzysk w Rosji i Korei towarzyszył jej jako fotograf. Jeff Shiffrin zmarł bowiem w 2020 w wieku 65 lat w wyniku tragicznego wypadku w swoim domu. Mikaela bardzo to przeżyła. Wzięła pięciotygodniowy rozbrat z nartami i zastanawiała się nawet nad zakończeniem kariery. Ostatecznie wróciła, ale od tamtej pory zawsze publicznie i głośno wspierała inne sławne osoby sportu, które nie radziły sobie z presją. Dotyczyło to m.in. tenisistki Naomi Osaki, pływaka Caeleba Dressela oraz legendarnej amerykańskiej gimnastyczki Simone Biles, która ze względu na problemy o podłożu mentalnym zrezygnowała z kilku występów (i teoretycznych szans medalowych) na olimpiadzie w Tokio. Zresztą sama Shiffrin po nieudanym starcie w gigancie wspomniała, że brakuje jej w Chinach ojca. "Tak bardzo chciałabym teraz do niego zadzwonić. Pewnie powiedziałby mi, że mam się wziąć w garść, ale nie powie mi tego, bo nie ma go tutaj. To sprawia, że jestem na niego zła."
Kilka dni później Amerykankę czekał start w supergigancie, gdzie zajęła 9. miejsce. We wtorkowym zjeździe też dojechała do mety, choć szybsze od niej było osiemnaście zawodniczek. Wyniki te przyjęła jednak z ulgą, bo - jak sama przyznała - miała powtarzające się sny o wypadaniu z trasy na piątej bramce. Do jej świadomości zaczęła się wkradać niepewność czy jeszcze potrafi ukończyć jakikolwiek konkurs. Uspokoiło to także jej chłopaka, norweskiego narciarza alpejskiego Aleksandra Aamoda Kilde (dwukrotnego medalisty z Pekinu), który w rozmowie z Chicago Tribune pochwalił sam fakt, że "wspięła się z powrotem na konia" i jej obiecującą postawę podsumował słowami: "Wróciła. Choć tak naprawdę nigdy nie odeszła."
Środowy trening zjazdu podczas którego Shiffrin miała najszybszy czas również napawał optymizmem przed jej ostatnim indywidualnym startem: w kombinacji alpejskiej. Amerykański magazyn Time przypominał, że to właśnie Mikaela jest w tej konkurencji aktualną mistrzynią świata oraz srebrną medalistką z Pjongchangu i przytoczył wypowiedź Szwajcarki Wendy Holdener, która na treningu zameldowała się tuż za plecami reprezentantki USA. "Oczywiście każdy z nas tutaj spodziewał się, że Mikaela w tym momencie będzie miała już jakiś medal, ale to, że tak nie jest nie musi być niczym złym. To pokazuje jak trudnym sportem jest narciarstwo alpejskie."
Ciekawostką był też fakt, że - mimo iż do Chin Shiffrin przywiozła nieprawdopodobną wprost ilość 60 par nart - udany trening zanotowała używając nart... pożyczonych. Przyjacielską pomoc Mikaeli okazała bowiem Włoszka Sofia Goggia, która kilka dni wcześniej zdobyła srebrny medal w zjeździe, a z nartami mogła chwilowo się rozstać z uwagi na fakt iż w kombinacji nie startowała. Goggia na nartach nakleiła też karteczkę z inspirującym napisem: "Leć Mika! Możesz!"
Czwartkowy start w kombinacji miał być więc okazją na odkupienie win oraz udowodnienie światu jak utalentowana i wszechstronna narciarsko jest Amerykanka. Po zjeździe (znów na nartach Goggi), który nie jest jej najgroźniejszą bronią Shiffrin była piąta ze stratą nieco ponad pół sekundy do liderki. To sprawiało, że w slalomie miała spore szanse na to, aby zaatakować miejsce na podium. Niestety i tym razem trasa okazała się zbyt wymagająca i Shiffrin po raz trzeci w przeciągu niespełna dwóch tygodni nie ukończyła przejazdu. "Skończyła tak jak zaczęła: z szybkim upadkiem i rozbrajająco szczerym wywiadem." - tak podsumował jej występ nowojorski Times, bowiem Mikaela przed kamerami wypaliła z uśmiechem: "Czuję się jak żart. Wiem, że teraz będzie kupa chaotycznego bałaganu wypowiadana przez ludzi o tym jak fantastycznie zawiodłam w kluczowych momentach. To dziwne, ale nie boję się tego. Może dlatego aktualnie mam do zaoferowania zero energii emocjonalnej."
Chaos, bałagan a także mocny hejt faktycznie pojawił się na jej profilach społecznościowych obserwowanych przez ponad 1.3 mln osób. "Arogantka i narcyz." "Głupia blondynka." "0-5" "Nie dostała medali to teraz dostała na głowę" "Odejdź wreszcie, żebyśmy nie musieli oglądać twojej przegranej twarzy." - to tylko niektóre z bardziej cenzuralnych wpisów. Swoje dołożyła także prasa. Sports Illustrated zauważył, że najlepsza specjalistka od slalomu na świecie nawet nie potrafiła ukończyć slalomu i odpowiadając na jej retoryczne pytanie: "Czy jestem jeszcze w stanie zjechać na dół bez wpadki?" napisał, że tak, pod warunkiem, że stanie się to już po ceremonii wręczenia medali. New York Times szukając odpowiedzi na sensacyjnie słabą formę Amerykanki wspominał o problemach zdrowotnych (w grudniu przechodziła COVID i spędziła 10 dni w izolacji), traumie po stracie ojca, ale także przypomniał jej wypowiedź tuż po przylocie do Chin, gdzie głośno narzekała na sfabrykowany śnieg i nieoczekiwane podmuchy wiatru na stoku. "Przed igrzyskami czuło się, że znów powędruje do książek z rekordami, ale nieoczekiwanie olimpiada kończy się dla niej rozczarowaniem." - dodał ESPN.
Ale na szczęście nie zabrakło też głosów otuchy. Jako jedna z pierwszych odezwała się Simon Biles - olimpijka, która w swojej przebogatej karierze sięgnęła po 32 medale igrzysk oraz mistrzostw świata i która podczas olimpiady w Tokio zaszokowała USA i świat rezygnując z kilku startów i potencjalnie medali ze względu na wypalenie psychiczne. Wtedy Shiffin trzymała za nią kciuki, teraz było odwrotnie. "Przykro mi, że przez to przechodzisz. Ludzie ssią! Pamiętaj, że jesteś niesamowita!" Ciepłe słowa nadeszły także m.in. od Igi Świątek, która powiedziała: "Powinnaś pamiętać jak wielką inspiracją jesteś dla nas wszystkich." Polska tenisistka już od jakiegoś czasu nie kryje sympatii i uznania dla amerykańskiej alpejki.
To wszystko sprawiło, że Shiffin postanowiła przebukować bilet powrotny do USA i spróbować pomóc drużynie w mikście w slalomie gigancie. Przed startem w swoim stylu skwitowała, że robi to dlatego, że jest "idiotką". Dziękowała także swoim kolegom i koleżankom z drużyny, za wsparcie i podkreślała, że to niesamowite, że po tym wszystkim co się wydarzyło stoi przed szansą na "upolowanie medalu". Niestety i tym razem nie było to jej pisane, choć USA dotarły do półfinału, gdzie przegrały z Niemcami. W starciu o brąz lepsza okazała się Norwegia. Shiffrin wraca więc bez jakiegokolwiek krążka do Kolorado. Ale jej rezolutność i nieustępliwość zapewne sprawią, że po kilku dniach w domu, gdzie odpręży się grając na pianinie utwory swojego ulubionego włoskiego kompozytora Ludovico Einaudiego i gdzie być może znów wesprze organizację "Kindness Wins" zbierającą fundusze na walkę z COVID wróci na stoki w Szwajcarii, Szwecji i Francji, aby sięgnąć po czwarty prymat w Pucharze Świata, który dla niej i tak jest cenniejszy niż olimpijskie złoto. "Wygrana na olimpiadzie wcale nie oznacza, że się jest najlepszym na świecie. Oznacza to, że się jest najlepszym w tym jednym dniu. Kryształowa kula oznacza dobre wyniki i stabilną formę przez cały sezon i całą karierę." - tak bowiem tłumaczyła to w lipcu 2019 w programie Today Show, At Home with Natalie.
Dla PAP z USA, Tomasz Moczerniuk


Leave a Comment