Tata na meczu siatkówki: czyli Polacy fruńcie po olimpijskie złoto!
Pisałem już na łamach Super Expressu relację z mojej wyprawy z dziećmi na Mundial do Rosji w 2018. Rok później zabrałem je do Orlando na ich pierwszy mecz NBA. Teraz znów miałem możliwość doświadczenia czegoś nowego w ich obecności: kibicowania Polsce podczas starcia z Azerbejdżanem w ramach siatkarskiego Memoriału Huberta Wagnera w Krakowie. I znów - tak jak w pozostałych przypadkach - było naprawdę świetnie!
Lipiec 2021. Rozluźnienie pandemicznych obostrzeń i masowe szczepienia sprawiają, że znów można w zasadzie bez przeszkód podróżować międzykontynentalnie. Wybieram się więc z rodziną na kilka letnich tygodni do Polski, za którą tęsknię od czasu naszej ostatniej wizyty w 2018.
Plan wakacyjnej podróży mamy napięty, ale jak to bywa w moim zwyczaju zawsze szukam okazji do zaliczenia czegoś na sportowo. Tak się składa, że w ten sam weekend kiedy odwiedzamy rodzinę w Małopolsce (Kraków i Frydman na Spiszu) w jej stolicy odbywa się mający długoletnią tradycję siatkarski turniej Memorial Huberta Wagnera. Serce od razu bije szybciej, bo nigdy nie byłem na meczu naszej reprezentacji, a to, że jest ona obecnie w ścisłej światowej czołówce i kandydatem do olimpijskiego mistrzostwa sprawia, że bilety bukuję przez internet w dosłownie kilkadziesiąt sekund.
Na mecz do przepięknej hali Tauron Arena zabieram ze sobą 12-letniego syna Antka i jego dziadka Józefa. 15-letnia Ida tym razem sama przebywa w centralnym ośrodku przygotowań sportowych w Spale, gdzie - pod okiem jednego ze szkoleniowców młodzieżowej lekkoatletycznej kadry Polski Tomasza Saski - szlifuje swoją formę sprinterską. Niespełna 6-letnia Weronika w tym samym czasie natomiast wybrała przejażdżkę bryczką po krakowskiej starówce.
Parkujemy auto w podziemiach hali za 40 zł (trochę drogo jak na polskie portfele) i po sprawdzeniu temperatury przez personel przy kołowrotkach wchodzimy na naprawdę nowoczesną halę. Za kilka minut start meczu, dlatego natychmiast udajemy się na nasze miejsca w dolnym, rogowym sektorze umiejscowionym dosłownie kilka metrów od ławki rezerwowych. Widok jest kapitalny, a atmosfera - tworzona przez zgłodniałych fetowania na żywo kibiców - równie świetna.
Z uwagi na pandemię Tauron Arena nie mogła być wypełniona w całości, ale i tak Mazurka Dąbrowskiego w sumie gromko śpiewało około 6.5 tys fanów. Pojawiła się u mnie z tego powodu najpierw gęsia skórka z emocji, a potem i łezka w oku ze wzruszenia na widok dziadka i urodzonego w USA wnuczka zdzierających gardło podczas „Marsz, marsz Dąbrowski”...
Mecz był w zasadzie bez historii, bo nasi gładko pokonali przybyszów z Baku 3:0. Ale zabawa była przednia, bo konferansjer co chwila zachęcał do wspólnego machania ramionami i rytmicznego klaskania lub uczestniczenia w znanej z piłkarskich stadionów fali ulepszonej jednak poprzez trzymanie w rękach telefonów z aktywnym trybem latarki. Świecąca fala prezentowała się kapitalnie, ale jeszcze lepiej było kiedy nasi reprezentanci zdobywali punkty po bloku. Wówczas z głośników leciał refren z głośnymi słowami „Monster Block”, a wytrenowana w bojach publiczność wyciągniętymi rękami zgodnie czyniła ruchy przypominające koszykarskie „czapy”.
Mecz trwał w sumie półtorej godziny (błyskawicznie), bo przewaga grających w rezerwowym składzie (bez m.in. Wilfredo Leona, Michała Kubiaka Bartosza Kurka czy Fabiana Drzyzgi) biało-czerwonych była miażdżąca. Publiczność nagrodziła zarówno zwycięzców jak i pokonanych brawami, ale nie opuściła hali, bo zaraz po końcowym gwizdku odbyła się niezwykle miła uroczystość pod hasłem „Z Krakowa do Tokio”. Dla naszych kadrowiczów było to pożegnanie z Polską i kibicami przed wylotem do Tokio, dlatego Polski Związek Siatkówki postanowił uhonorować szczęśliwą dwunastkę zawodników, którzy pod wodzą Vitala Heynena polecą bić się o olimpijskie złoto specjalnymi statuetkami. Ich wręczanie było tym bardziej uroczyste, że każdy siatkarz otrzymał pamiątkę przypominającą płomień olimpijskiego znicza z rąk... swoich starszych o około 40 lat kolegów po fachu. W gronie tych drugich byli podopieczni trenera Huberta Wagnera w latach 70-tych: Edward Skorek, Ryszard Bosek, Marek Karbarz czy Mirosław Rybaczewski czy Stanisław Gościniak czyli. Mistrzowie Świata z Meksyku czy Olimpijscy z Montrealu. Nie zabrakło także syna trenera Wagnera Grzegorza oraz wicepremiera Jarosława Gowina, który z kolei wręczył chłopcom Wagnera medale 100-lecia Niepodległości Polski.
Obie uroczystości były bardzo symboliczne i wzruszające. Dla kibiców była to spora gratka bo na chyba nigdy wcześniej po jednej stronie siatki nie zgromadziło się tak wielu wybitnych sportowców, a dla zawodników Heynala wielka nobilitacja. Oby płomienie przekazane przez naszych ostatnich mistrzów olimpijskich w dyscyplinie, w której od kilkunastu lat jesteśmy w ścisłej światowej czołówce zagrzewały naszych reprezentantów do boju i zgasły dopiero po finałowej - najlepiej zwycięskiej - potyczce 7 sierpnia. My - rzecz jasna wielopokoleniowo i rodzinnie - będziemy za nich trzymać kciuki po obu stronach oceanu.
Z Krakowa: Tomasz Moczerniuk
Lipiec 2021. Rozluźnienie pandemicznych obostrzeń i masowe szczepienia sprawiają, że znów można w zasadzie bez przeszkód podróżować międzykontynentalnie. Wybieram się więc z rodziną na kilka letnich tygodni do Polski, za którą tęsknię od czasu naszej ostatniej wizyty w 2018.
Plan wakacyjnej podróży mamy napięty, ale jak to bywa w moim zwyczaju zawsze szukam okazji do zaliczenia czegoś na sportowo. Tak się składa, że w ten sam weekend kiedy odwiedzamy rodzinę w Małopolsce (Kraków i Frydman na Spiszu) w jej stolicy odbywa się mający długoletnią tradycję siatkarski turniej Memorial Huberta Wagnera. Serce od razu bije szybciej, bo nigdy nie byłem na meczu naszej reprezentacji, a to, że jest ona obecnie w ścisłej światowej czołówce i kandydatem do olimpijskiego mistrzostwa sprawia, że bilety bukuję przez internet w dosłownie kilkadziesiąt sekund.
Na mecz do przepięknej hali Tauron Arena zabieram ze sobą 12-letniego syna Antka i jego dziadka Józefa. 15-letnia Ida tym razem sama przebywa w centralnym ośrodku przygotowań sportowych w Spale, gdzie - pod okiem jednego ze szkoleniowców młodzieżowej lekkoatletycznej kadry Polski Tomasza Saski - szlifuje swoją formę sprinterską. Niespełna 6-letnia Weronika w tym samym czasie natomiast wybrała przejażdżkę bryczką po krakowskiej starówce.
Parkujemy auto w podziemiach hali za 40 zł (trochę drogo jak na polskie portfele) i po sprawdzeniu temperatury przez personel przy kołowrotkach wchodzimy na naprawdę nowoczesną halę. Za kilka minut start meczu, dlatego natychmiast udajemy się na nasze miejsca w dolnym, rogowym sektorze umiejscowionym dosłownie kilka metrów od ławki rezerwowych. Widok jest kapitalny, a atmosfera - tworzona przez zgłodniałych fetowania na żywo kibiców - równie świetna.
Z uwagi na pandemię Tauron Arena nie mogła być wypełniona w całości, ale i tak Mazurka Dąbrowskiego w sumie gromko śpiewało około 6.5 tys fanów. Pojawiła się u mnie z tego powodu najpierw gęsia skórka z emocji, a potem i łezka w oku ze wzruszenia na widok dziadka i urodzonego w USA wnuczka zdzierających gardło podczas „Marsz, marsz Dąbrowski”...
Mecz był w zasadzie bez historii, bo nasi gładko pokonali przybyszów z Baku 3:0. Ale zabawa była przednia, bo konferansjer co chwila zachęcał do wspólnego machania ramionami i rytmicznego klaskania lub uczestniczenia w znanej z piłkarskich stadionów fali ulepszonej jednak poprzez trzymanie w rękach telefonów z aktywnym trybem latarki. Świecąca fala prezentowała się kapitalnie, ale jeszcze lepiej było kiedy nasi reprezentanci zdobywali punkty po bloku. Wówczas z głośników leciał refren z głośnymi słowami „Monster Block”, a wytrenowana w bojach publiczność wyciągniętymi rękami zgodnie czyniła ruchy przypominające koszykarskie „czapy”.
Mecz trwał w sumie półtorej godziny (błyskawicznie), bo przewaga grających w rezerwowym składzie (bez m.in. Wilfredo Leona, Michała Kubiaka Bartosza Kurka czy Fabiana Drzyzgi) biało-czerwonych była miażdżąca. Publiczność nagrodziła zarówno zwycięzców jak i pokonanych brawami, ale nie opuściła hali, bo zaraz po końcowym gwizdku odbyła się niezwykle miła uroczystość pod hasłem „Z Krakowa do Tokio”. Dla naszych kadrowiczów było to pożegnanie z Polską i kibicami przed wylotem do Tokio, dlatego Polski Związek Siatkówki postanowił uhonorować szczęśliwą dwunastkę zawodników, którzy pod wodzą Vitala Heynena polecą bić się o olimpijskie złoto specjalnymi statuetkami. Ich wręczanie było tym bardziej uroczyste, że każdy siatkarz otrzymał pamiątkę przypominającą płomień olimpijskiego znicza z rąk... swoich starszych o około 40 lat kolegów po fachu. W gronie tych drugich byli podopieczni trenera Huberta Wagnera w latach 70-tych: Edward Skorek, Ryszard Bosek, Marek Karbarz czy Mirosław Rybaczewski czy Stanisław Gościniak czyli. Mistrzowie Świata z Meksyku czy Olimpijscy z Montrealu. Nie zabrakło także syna trenera Wagnera Grzegorza oraz wicepremiera Jarosława Gowina, który z kolei wręczył chłopcom Wagnera medale 100-lecia Niepodległości Polski.
Obie uroczystości były bardzo symboliczne i wzruszające. Dla kibiców była to spora gratka bo na chyba nigdy wcześniej po jednej stronie siatki nie zgromadziło się tak wielu wybitnych sportowców, a dla zawodników Heynala wielka nobilitacja. Oby płomienie przekazane przez naszych ostatnich mistrzów olimpijskich w dyscyplinie, w której od kilkunastu lat jesteśmy w ścisłej światowej czołówce zagrzewały naszych reprezentantów do boju i zgasły dopiero po finałowej - najlepiej zwycięskiej - potyczce 7 sierpnia. My - rzecz jasna wielopokoleniowo i rodzinnie - będziemy za nich trzymać kciuki po obu stronach oceanu.
Z Krakowa: Tomasz Moczerniuk




Leave a Comment