SPORT, WYWIADY, POLONIA

Henry Hynoski: Walcz o swoje i się nie poddawaj

W 2012 roku New York Giants pokonali w finale NFL New England Patriots 21:17. Jednym ze zwycięzców SuperBowl był mający polskie korzenie Henry Hynoski. Dziś „Polski Młot” już nie gra w futbol, ale wciąż za nim tęskni. „Mimo iż wstając rano wszystko mnie boli to oddałbym wiele, aby raz jeszcze zagrać w meczu NFL.” - mówi 32-letni dziś Hynoski. 

Tomasz Moczerniuk: Henry, co u Ciebie słychać? Ostatni raz rozmawialiśmy świeżo po Twoim triumfie w SuperBowl w 2012?

Henry Hynoski: Wszystko ok! Cieszę się wspaniałym życiem i dziękuję Bogu za każde błogosławieństwo. Fajnie, że rozmawiamy, bo jestem dumny z moich polskich korzeni i dziękuję moim polskim fanom za wsparcie, jakie okazywali mi przez te wszystkie lata. 

Wróćmy na chwilę do tych lat. Dziś po boisku wciąż biega „Polski Książę New England” Rob Gronkowski, ale Ty też miałeś przydomek związany ze swoim pochodzeniem?

HH: Tak, nawet dwa! Co prawda w Nowym Jorku przyjął się „Hynocerous”, ale już w czasach mojej gry na Uniwersytecie w Pittsburgh nazywano mnie „Polskim Młotem” i „Polskim Pługiem”. To miasto ma wielu mieszkańców pochodzących z Polski i od zawsze miałem ich wsparcie. Dlatego zarówno „Młot” jak i „Pług” mają specjalne miejsce w moim sercu, bo nawiązują do moich korzeni. 

Pittsburgh oraz Pensylwania to także Twój dom. Tam się urodziłeś, tam kończyłeś szkoły i teraz tam pracujesz. Co obecnie robisz?

HH: Po zakończeniu kariery wróciłem do szkoły i otrzymałem dwa dyplomy magistra w dziedzinie Edukacji. Przez chwilę pracowałem dla Giants w public relations i skautingu, ale ciągnęło mnie do domu. Mam wiele doświadczeń z boiska i chciałem znaleźć sposób na to, aby dzielić się nimi z uczniami gimnazjum i studentami z liceów. Dlatego właśnie obecnie pracuję w oświacie - jestem asystentem Dyrektora w jednym z liceów w Pensylwanii. Ściślej w Shamokin Area Middle School, położonego około 2.5h drogi od Filadelfii. Uważam, że idzie mi dobrze i jako edukator pomagam prostować ścieżki dla naszej młodzieży. 

A jak idzie Tygrysom - szkolnej drużynie futbolowej? Z tego co wiem to jesteś także ich trenerem?

HH: Tak, idzie nam nieźle. I wiesz co? W każdej zagrywce używam fullbacka (śmiech). Mamy teraz ciekawego chłopaka, który kończy 8. klasę i od września będzie pierwszoroczniakiem w High School. Wygląda naprawdę dobrze i ma wszelkie predyspozycje, żeby być może trafić do dużego futbolu i zrobić choćby podobną karierę jak moja. W przeszłości mieliśmy kilku chłopaków, który trafili też do dużych college’ów i kilku, którzy grali lub grają w mniejszych. Do mnie jednak należy zadanie, aby jak najwiecej moich podopiecznych chciało kontynuować naukę w college bez względu na to, czy będą tam grali w futbol czy nie. Pokazuje im, jak istotna jest wartość dobrego wykształcenia. To jest w tym wszystkim najważniejsze. 

Przypomnij nam jak trafiłeś do NFL?

HH: Przed draftem byłem jednym z najbardziej rozchwytywanych fullbacków (pozycja w formacji ofensywnej, której zadanie jest albo łapanie piłki, albo bieg z piłką - przyp. TM), ale na jednym obozów tzw. combine, doznałem kontuzji, która wyeliminowała mnie z pokazania się w tzw. Draft Day. To sprawiło, że w drafcie - mimo iż byłem przewidywany do wyboru pod koniec trzeciej rundy - nikt po mnie się nie zgłosił. To był dla mnie ciężki moment, ale wówczas w NFL doszło do strajku, który trwał blisko trzy miesiące. Powiedziałem sobie, że wykorzystam ten czas i pracowałem tak ciężko, że po zakończeniu strajku zgłosiło się do mnie 18 drużyn. Wybrałem Giants i dobrze zrobiłem, bo najpierw wywalczyłem miejsce w podstawowym składzie, a potem - w moim pierwszym sezonie! - wygrałem z Giants SuperBowl. Co ciekawe ograliśmy New England na tym samym stadionie (Lucas Oil Stadium w Indianapolis - przyp. TM), gdzie doznałem kontuzji. Morał tej historii: nigdy się nie poddawaj, nawet gdy rzeczywistość nie wyglada najlepiej. Walcz, bo zawsze jest szansa i nigdy nie wiesz co przyniesie jutro. 

Niesamowita historia! Latem byłeś kontuzjowany, a zimą wygrałeś SuperBowl! Co czujesz jak zakładasz mistrzowski pierścień na palec? 

HH: Nie zakładam go zbyt często - chyba, że jest to jakaś wyjątkowa okazja. Powodem jest to, że pewnego dnia wybrałem się na wesele z pierścieniem na palcu. Impreza była na zewnątrz i było ponad 100 stopni fahrenheita. W pewnym momencie podczas jednego z piruetów tanecznych pierścień zleciał mi ze spoconego palca i... nagle orkiestra przestała grać i wszyscy zaczęli go szukać. Ktoś tam go znalazł, ale po kilku głębszych zacząłem go pożyczać ludziom. Pod koniec przyjęcia zorientowałem się, że nie mam pojęcia kto go ma. Na szczęście zgłosił się jakiś kolega i zapytał czy chcę go z powrotem. Od tamtej pory trzymam go na półce, na wyeksponowanym miejscu. Zbyt wiele dla mnie znaczy, żeby go wszędzie ze sobą nosić i narazić na zgubę. 

A możesz zdradzić co czułeś w przededniu finału? 

HH: W związku z tym, że to wszystko potoczyło się tak błyskawicznie nie miałem za bardzo czasu na to, żeby się tremować. Po prostu przyjąłem to z całym inwentarzem. Graliśmy, wygrywaliśmy mecz za meczem i wreszcie zameldowaliśmy się w finale, gdzie złapałem podań na 19 jardów i odzyskałem straconą przez nas w kluczowym momencie piłkę. Dopiero teraz po latach bardziej doceniam to, co osiągnęliśmy w tamtym sezonie. Nie jest łatwo zajść do finału, a co dopiero wygrać. Chyba, że się nazywasz Tom Brady (śmiech)!

Zakończyłeś karierę w wieku zaledwie 25 lat. Dlaczego?

HH: Miałem świetny drugi sezon z NY Giants, gdy zaczęto o mnie mówić w kategorii „najlepszy fullback w lidze”, ale potem doznałem kontuzji kolana i barku. Po długiej rehabilitacji wróciłem, ale wówczas zaczęła być modna wśród trenerów gra bez fullbacka i wkrótce moja pozycja przestała być ważna. Zakończyłem więc karierę, ale gdybym mógł to grałbym do stu lat. Dziś - mimo iż wszystko mnie boli kiedy wstaję - bardzo za futbolem tęsknie. Jestem jednak bardzo wdzięczny losowi za moje obecne życie. Spełniam się jako wychowawca i trener, a dzięki mojej żonie i dwójce dzieci (3-letni syn i 3-miesięczna córka - przyp. TM) rozłąka z futbolem nie jest aż tak uciążliwa. Tęsknię za moją rodziną kiedy idę do pracy, a co dopiero byłoby gdybym musiał podróżować z miasta do miasta i znikać na noc z domu. Rodzina wypełniła mi tę lukę po futbolu w całości. 

Czy myślisz, że Hudson pójdzie w twoje ślady?

HH: Postanowiliśmy z Laurą, że pozwolimy mu wybrać swoją drogę. Jeśli będzie chciał grać w baseball lub skupić się na nauce nie będziemy oponować. Ale szczerze mówiąc to już dziś widać, że futbol ma we krwi. Ogląda moje mecze, pokazuje na moje zdjęcia na ścianie i kiedy tylko jest okazja każe mi rzucać piłkę, albo chce się ze mną powywracać po podłodze. Wybór będzie jego, ale czuję, że postawi na futbol!

A co z nauką polskiego?

HH: Laura ma korzenie latynoskie, więc rozmawia z nim po hiszpańsku. Hudson wszystko rozumie i nawet czasem jej odpowie w tym języku. Ale masz rację, muszę porozmawiać z moimi rodzicami, bo ich polski jest dużo lepszy od mojego. Ja też muszę się za to wziąć!

Rozmawiał: Tomasz Moczerniuk 

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.