SPORT, WYWIADY, POLONIA

Kownacki: Ruiz mnie zaskoczył. Rywala poznamy jeszcze w tym tygodniu.

Od ostatniej walki Adama Kownackiego upłynęło już nieco ponad cztery miesiące. Polski bokser wagi ciężkiej z niecierpliwością czeka na swojego kolejnego rywala, którego ma ogłosić jeszcze w tym tygodniu. W międzyczasie Polak z uwagą śledzi ostatnie poczynania najlepszych pięściarzy w tej kategorii. "Wilder po raz kolejny udowodnił, że ma mocną prawą rękę. A Ruiz pokazał, że sercem można wygrać z każdym i wejść na sam szczyt." - powiedział 30-letni Kownacki.

Adamie, w wadze ciężkej dzieją się ostatnio ważne rzeczy, ale w obozie Armii Kownackiego cisza. Kiedy wreszcie zdradzisz nam swoje najbliższe plany?

Adam Kownacki: Już niedługo. Raczej na pewno jeszcze w tym tygodniu. Kilka razy coś było na rzeczy, ale nie lubię mówić o szczegółach zbyt wcześnie. Bo plany się zmieniają. Chociaż u mnie akurat się nie zmieniają: chcę trenować, boksować i wygrywać. Moim celem w życiu jest bycie pierwszym polskim mistrzem świata w wadze ciężkiej i mam nadzieję, że w najbliższym czasie to osiągnę. Nie mogę się doczekać powrotu do ringu, za którym się stęskniłem.

Oglądałeś walkę Deontay Wilder - Dominic Breazeale. Czy Wilder był taki dobry, czy Breazeale taki słaby?

AK: To się bardzo szybko skończyło. Niestety czasem taki jest boks. To nie jest piłka nożna, gdzie jeśli stracisz gola w pierwszej minucie to masz 89 minut na odrobienie strat. Jeśli ktoś dobrze raz trafi, to jest po prostu "pozamiatane". I tak właśnie było: cios Wildera mocno wstrząsnął Breazealem i ten już się nie pozbierał.

Jak ocenisz postawę Wildera, zarówno przed jak i w trakcie walki?

AK: Podczas walki udowodnił, że dobrze skraca dystans i że ma piekielnie mocną prawą rękę, na którą trzeba uważać. A jeśli chodzi o rozmowy o nienawiści i zabijaniu to myślę, że to był element pod publikę. Chciał zszokować i zwrócić na siebie dodatkową uwagę poprzez jakąś szaloną wypowiedź. Mnie prywatnie coś takiego nie imponuje i nie potrzebuję takiej uwagi. Każdy chce wyjść z ringu zdrowy, bo każdy ma rodzinę, która jest strasznie ważna w życiu człowieka. Nie walczymy po to, aby się zabijać. Bez przesady.

W drugiej walce o pas Anthony Joshua niespodziewanie przegrał z Andym Ruizem Jr. Jakie wrażenia po tym starciu?

AK: To była świetna walka i świetna reklama boksu. To jest super sport i dzięki takim pojedynkom budzi olbrzymie zainteresowanie. Zwycięstwo Ruiza było dla mnie wielką niespodzianką, bo stawiałem na wygraną Joshua'y w późniejszych rundach. Joshua miał być nie do pokonania. Miał trafić Ruiza i ten miał już nie wstać, ale jednak wstał. I dzięki sercu do walki udowodnił, że nie ważne jak wyglądasz, tylko jeśli jesteś pewny swego możesz wygrać z każdym. Bardzo mi zaimponował i cieszę się z jego szczęścia. Wiedziałem, że jest twardy i że ma dobre ręce, ale nie wiedziałem, że jest aż tak dobry.

Jest między Wami sporo podobieństw: obaj macie po 30 lat, obaj urodziliście się poza Stanami, a w USA realizujecie swój amerykański sen. On już swój osiągnął. Teraz Twoja kolej?

AK: Tak, od dawna o tym mówię, że mój czas już nadszedł. Idziemy z Ruizem swoimi drogami, ale faktycznie sporo nas łączy. Może walczymy trochę w innym stylu, ale idziemy do przodu, mamy wielkie serce do walki. No i mamy też brzuszki, ale mimo to nokautujemy gości z sześciopakami (śmiech).

Dla Ruiza była to już druga szansa na tytuł. Dla Breazeala też, tylko on akurat swojej nie wykorzystał. Czy dostanie trzecią, czy też to już koniec jego kariery?

AK: Nie wiem. W boksie jest tak, że jesteś tak dobry jak Twoja ostatnia walka. Ruiz pogrzebał pierwszą szansę w 2016 i aż trzy lata zajął mu powrót na szczyt. Wyzywał na pojedynki mnie, wyzywał Jarrella Millera. Teraz dostał szansę dzięki wpadce Millera, zmobilizował się i ją wykorzystał. To piękna historia, aż chwytało za serce, kiedy na koniec powiedział: "Mamo, już nie musimy się o nic martwić." W ciągu jednej nocy jego życie odmieniło się na lepsze. W przypadku Joshua'y czy Breazeale'a poszło w drugą stronę.

Wiemy, że oprócz oczekiwania na kolejnego rywala czekasz też z niecierpliwością na swoje pierwsze dziecko. Czy gdyby Al Haymon zadzwonił i powiedział, że 28 sierpnia masz stanąć do starcia o pas - zgodziłbyś się?

AK: Nie. Moja żona ma termin rozwiązania dzień później i to jest dla mnie najważniejsze. Cieszę się, że żona czuje się dobrze, maluszek w brzuszku też. Strasznie kopie, więc może zamiast bokserem będzie piłkarzem. Tak czy inaczej tutaj też nie możemy się doczekać!

Z Nowego Jorku dla PAP: Tomasz Moczerniuk

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.