czwartek, 25 sierpnia 2011

Nowe płuca, stare kłopoty

pomóżmy młodemu Polakowi z Clifton

Mukowiscydoza (Cystic Fibrosis) to genetycznie uwarunkowana, nieuleczalna choroba. Zapada na nią średnio 1 osoba na 2500 urodzeń, a chorzy rzadko kiedy dożywają 40 roku życia. Jedną z osób, która zmaga się z tym bezlitosnym schorzeniem jest 24-letni mieszkaniec Clifton, Jakub "Jake" Wiśniewski. W czerwcu tego roku Kuba przeszedł operację przeszczepu obu płuc, żeby utrzymać się przy życiu. Teraz potrzebuje Twojej pomocy, aby móc żyć dalej.

Kuba emigrant

Jakub urodził się 28 czerwca 1987 w Ostrowie Mazowieckim. W 1992 wyemigrował do USA razem z rodziną. Od początku mieszka w Clifton, gdzie w 2001 ukończył szkołę podstawową, a cztery lata później został absolwentem Clifton High School. W międzyczasie rozwinął w sobie pasję do pisania o sporcie, a jego ulubionym tematem stała się lokalna, profesjonalna drużyna hokejowa NJ Devils. Przez kilka sezonów jego artykuły na temat sportów w Clifton High publikowane były w Clifton Journal.

W przeciągu tego okresu Kuba cały czas zmagał się z postępującą chorobą, która siała coraz większe spustoszenie w jego układzie oddechowym. Zmutowany gen CFTR sprawił, że wydzielina oskrzeli stawała się coraz gęstsza, lepka i trudna do usunięcia. Nadmiar kleistego śluzu doprowadził z kolei do utrudnień w procesie oddychania, zatkania oskrzeli i przewlekłego stanu zapalnego. Krótko mówiąc: stan zdrowia Jakuba pogarszał się coraz bardziej.

Terapia mukowiscydozy polega na spowolnieniu procesu rozwoju choroby poprzez m.in.: stosowanie leków upłynniających wydzielinę oskrzelową, przyjmowaniu prepararów enzymatycznych oraz codzienne zabiegi fizjoterapeutyczne: drenaże i inhalacje. Krótko mówiąc: Jakub coraz częściej musiał odwiedzać sale szpitalne.

Pewnego dnia na oddziale, gdzie akurat przebywał Kuba, pojawili się hokeiści NJ Devils. W czynie społecznym odwiedzali oni chore dzieci. Z hokejowym ekspertem Kubą szybko znaleźli wspólny język i przypadli sobie do gustu. Nawiązały się przyjaźnie, które trwają do dziś.

Diabelsko fajna praca

Spotkanie z Diabłami zaowocowało jeszcze w jeden nieoczekiwany sposób: Kuba otrzymał propozycję pracy jako Production Assistant w MSG Network. Radził sobie świetnie, dlatego szybko awansował o kilka szczebli. Ostatnio piastował funkcję Graphic Coordinator przy telewizyjnych transmisjach ze spotkań Diabłów.

Dla Kuby, który uwielbia hokej i podróże, była to wymarzona praca, która pozwoliła mu także w jakiś sposób radzić sobie z postępującą chorobą. Jednak ta zaczęła stopniowo utrudniać mu wykonywanie zawodu. Największe kłopoty miał z oddychaniem. W miarę upływu czasu nie mógł już się nigdzie ruszać bez butli ze sprężonym tlenem. Dotrwał do końca tegorocznego sezonu, ale wkrótce potem zmuszony był wziąć czasowy rozbrat ze swoim ulubionym zajęciem.

Wiadomo było, że bez transplantacji płuc Kuba nie ma szans. Od kilku lat uczęszczał na badania, które miały mu umożliwić dostanie się na listę oczekujących na przeszczep. Cierpliwie czekał na swoją szansę. Na początku czerwca wylądował na ostrym dyżurze szpitala w Morristown, bo taka prosta rzecz jak oddychanie stała się dla niego niemożliwa. Jeden z lekarzy postawił wtedy koszmarną diagnozę: bez przeszczepu Kuba miał przed sobą miesiąc życia.

Prezent na urodziny

Na jedenaście dni przed swoimi 24. urodzinami Kuba dostał się na upragnioną listę biorców. Tydzień później otrzymał telefon, który okazał się być najbardziej wymarzonym prezentem: w szpitalu Beth Israel w Newarku czekały na niego nowe płuca. Kolejnego dnia Jakub wylądował na stole operacyjnym.

Przeszczep się powiódł, ale walka o życie się nie skończyła. Kuba obecnie przebywa w domu i dziennie łyka 40 pastylek, które mają na celu zwalczanie różnego rodzaju infekcji. Niedawno zapadło się także jedno z przeszczepionych płuc, ale udało się przywrócić je do normalnego funkcjonowania. Kuba i jego mama się nie poddają i walczą z całych sił.

Walka ta kosztuje Kubę nie tylko mnóstwo zdrowia, ale i pieniędzy. Sam przeszczep wyceniono na $500,000, do tego doszło $100,000 na rachunki za leki i terapię. Mimo wielkiego i wzruszającego wsparcia od przyjaciół w Devils, Kubie ciągle brakuje $30,000 na pokrycie kosztów leczenia. Ma więc nadzieję, że jego historia i determinacja ruszą serca Polonii. Bo Kuba nie chce tylko „przeżyć”, on chce normalnie żyć.

Jak pomóc?

Pomóc można wpłacając pieniądze na specjalne subkonto organizacji charytatywnej Children’s Organ Transplant Association (COTA). Wszystkie datki można odliczyć od podatku. Adres strony internetowej: http://www.cotaforjakew.com/

Inną formą pomocy i wsparcia będzie udział w imprezie charytatywnej „A Night for Jake” organizowanej przez przyjaciół Kuby. Odbędzie się ona we wtorek, 6 września 2011, pomiędzy 7-10 wieczorem w ogródku piwnym Local West (przy 8th Ave i 33rd St) na Manhattanie. W programie naszpikowanej atrakcjami imprezy znajdują się m.in.: loterie fantowe, aukcje sportowych gadżetów, napoje piwne i przekąski. Można będzie także poznać byłych i obecnych hokeistów NJ Devils, NY Rangers oraz Islanders. Swoją obecność potwierdzili m.in. Ken Daneyko, Brian Leetch oraz Butch Goring. Bilety kosztują zaledwie $50 i można je zamawiać dzwoniąc pod numer: 973 773 3593. Ale największą frajdą będzie pomoc młodemu, ciężko choremu Polakowi, który bardzo tego potrzebuje. Bo chociaż płuca ma nowe, wciąż dręczą go stare kłopoty.

Uwaga dla Polonii z Clifton i okolic: W dniu imprezy w Clifton, przy Van Houten Ave, ok. 5:30-5:45pm będzie podstawiony autobus, którym za $15 będzie można pojechać na imprezę i wrócić z powrotem (powrót przewidziany na ok. 11pm). Po więcej informacji odnośnie transportu i biletów dzwoń pod numer: 973 773 3593.

Tych, którzy mają konto PayPal i chcieliby zakupić bilety w przedsprzedaży za pośrednictwem internetu zapraszamy na stronę: http://www.facebook.com/pages/A-Night-for-Jake/143686762386026?sk=wall

text: Tomek Moczerniuk (email Tomek)
foto: Jakub Wiśniewski

środa, 24 sierpnia 2011

„Trzeba zawsze gwizdać bezstronnie”

rozmowa z Arkadiuszem „Alexem” Prusiem, polskim arbitrem w MLS
Tomek Moczerniuk

Za górami, za lasami, za morzami mieszka sobie pewien pracowity i uczciwy sędzia rodem z Polski, który raz sędziował mecz Manchesteru United z Juventusem i miał tyle odwagi, aby ukarać Davida Beckhama żółtą kartką lub wyrzucić z boiska Carlosa Valderramę. Brzmi jak bajka? Wręcz przeciwnie – w tej historii nie ma nic zmyślonego. Jej bohaterem jest 47-letni Arkadiusz „Alex” Pruś, Polak ze Stalowej Woli, który już od 15 lat sędziuje mecze MLS, czyli amerykańskiej profesjonalnej ligi soccera.

Urodził się Pan w Polsce, ale od 21 lat mieszka Pan w USA. Co sprawiło, że wyjechał Pan za ocean?

AP: Decyzja o wyjeździe była podyktowana przede wszystkim sytuacją rodzinną, gdyż wszyscy bliscy krewni mojej żony mieszkają na stałe w New Jersey. Poza tym w latach 90-tych sytuacja polityczna w Polsce była bardzo niestabilna, a na dodatek moja piłkarska kariera zawodnicza nie rozwijała się po mojej myśli. Dostaliśmy szansę na wyjazd do Ameryki i zdecydowaliśmy, że nie mamy nic do stracenia. Z perspektywy czasu uważam, że była to słuszna decyzja.

Niedawno przeniósł się Pan do New Jersey, choć w oficjalnej metryce sędziów MLS figuruje, że pochodzi Pan z Simpsonville, SC. Skąd ta zmiana?

AP: Tak jak już wspomniałem cała rodzina Ewy mieszka w New Jersey. Na dodatek mój syn Filip po ukończeniu studiów przyjął ofertę pracy w tym stanie. Moja kariera sędziowska też niestety dobiega ku końcowi, dlatego szukam obecnie zatrudnienia jako szkoleniowiec. W Południowej Karolinie soccer nie jest zbyt popularny, więc o taką posadę jest tam bardzo ciężko.

Był pan bramkarzem w kilku polskich klubach. W jednym z nich – Igloopolu Dębica – Pańskim kolegą był m.in. Leszek Pisz, a trenerem Orest Lenczyk, który doprowadził niedawno Śląsk Wrocław do wicemistrzostwa Polski. Jak wspomina Pan tamten okres?

AP: W Igloopolu grałem tylko jeden sezon, ale wspominam go bardzo pozytywnie. Miałem przyjemność gry w jednej drużynie z takimi zawodnikami jak wspomniany Pisz czy Jacek Zieliński. Dzięki treningom pod okiem pana Oresta - jednego z najlepszych fachowców w Polsce - dużo skorzystałem też jako piłkarz. Do tej pory mam notatki z okresu przygotowawczego pod jego wodzą.

Wspomniał Pan Jacka Zielińskiego, który w 2006 był szkoleniowcem walczącej o tytuł Mistrza Polski Legii Warszawa. Mecz z Górnikiem Zabrze, który ostatecznie zadecydował o koronie dla Wojskowych sędziował... Arkadiusz Pruś, były kolega z boiska trenera Zielińskiego. Czy był to najtrudniejszy mecz do prowadzenia w Pańskiej karierze?

AP:
Wręcz przeciwnie, był jednym z łatwiejszych! Zawodnicy grali w piłkę i zachowywali się wzorowo. Pokazałem tylko jedną żółtą kartkę i to za umyślne zagranie ręką. Po meczu zebrałem wysokie oceny i zakończył się on bez żadnych kontrowersji, choć przed spotkaniem faktycznie próbowano wywrzeć na mnie wielką presję. W - jak zwykle szukającej sensacji - prasie ukazał się bowiem artykuł, w którym spekulowano, że spotkanie będzie „ułożone”, ponieważ 16 lat temu grałem w tej samej drużynie z trenerem Legii. Muszę przyznać, iż - mimo, że nie rozmawiałem z Jackiem od naszych dębickich czasów – rozważałem rezygnację z prowadzenia tych zawodów. Wiedziałem, że jeśli popełnię błąd, wszyscy odbiorą to za „drukowanie”. Ale na szczęście ambicja mi na to nie pozwoliła. Chciałem też udowodnić wszystkim w Polsce, że sędziowie to uczciwe osoby i ja jestem tego żywym przykładem. I udało się. Mecz ten także uodpornił mnie psychicznie i nauczył jak opanować stres. Mamy takie powiedzenie w środowisku sędziowskim w USA: „If something doesn’t break you, it will make you stronger.” Czyli tłumacząc na polski: „Jeżeli coś - z czym się zmagasz - Cię nie złamie, uczyni Cię to silniejszym w przyszłości”.

Między 2004-09 prowadził Pan kilka meczów międzynarodowych. Który z nich zapadł Panu najbardziej w pamięci?

AP: Każdy taki mecz wspominam ze wzruszeniem, bo jest to naprawdę ogromne przeżycie. Pierwszą taką potyczką był mecz pomiędzy Manchesterem United a Juventusem. I – mimo, że byłem tam w charakterze sędziego technicznego - nigdy nie zapomnę tego spotkania. Na trybunach zasiadło wówczas 80000 widzów, oprawa meczowa była wprost wspaniała, a obie drużyny na murawie witał sam Pele. Mogę też poszczycić się faktem sędziowania takim drużynom jak: Barcelona, Real Madryt, Chelsea, Liverpool, Celtic, Rangers, Santos, Boca Juniors. Uczestnictwo w każdym takim meczu na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Miał Pan także okazję prowadzić mecz naszej kadry z Wyspami Owczymi przed finałami Mistrzostw Europy 2008. Pamięta Pan wynik i strzelców bramek?

AP: Mecz oczywiście pamiętam! Było to dla mnie ogromne przeżycie, ciężko było powstrzymać się od płaczu podczas grania polskiego hymnu. O ile mnie pamięć nie zawodzi to Polska wygrała 4:0, a jedną z bramek strzelił chyba Frankowski? (Frankowski faktycznie grał w tym spotkaniu, ale doznał kontuzji. W jego miejsce wszedł w 24.min Marek Saganowski, który strzelił jedną z bramek. Pozostałe dołożyli Sebastian Mila i Grzegorz Rasiak – 2, przyp. TM)

Który z meczowych wyjazdów był dla Pana najbardziej egzotyczny? AP: Zdecydowanie mecz na Cayman Islands w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata w RPA. Było to w marcu 2008. Gospodarze ulegli wtedy Bermudom 1:3. Cayman Islands to bardzo ładna wyspa. Mam nadzieję, że wrócę tam jeszcze kiedyś na wakacje.

Najbardziej zabawna historia związana z Pańską sędziowską karierą to...

AP:
Podczas pierwszej połowy pewnego meczu na Florydzie włączył się automatyczny system nawadniania murawy. Było bardzo gorąco, więc zawodnicy... szybko skorzystali z okazji, żeby się ochłodzić. Mecz oczywiście musiał być przerwany do momentu usunięcia usterki.

Niedawno sędziował Pan mecz Realu Madryt z Philadelphia Union – jak Pan wspomina to spotkanie?

AP:
Mecz był stosunkowo prosty do gwizdania. Zawodnicy grali dość czysto i nie miałem większych problemów z ich dyscypliną. Real -po strzeleniu dwóch bramek zaraz na początku - spoczął na laurach i Philadelphia cały czas goniła wynik. W ostatnich minutach meczu udało im się napedzić graczom z Madrytu trochę strachu, po tym jak w 80.min kontaktowego gola strzelił Farfan.

A jak się zachowywał znany z krytykowania decyzji sędziowskich Jose Mourinho?

AP: Trener Mourinho był bardzo zrelaksowany i praktycznie nie rościł żadnych pretensji co do decyzji sędziowskich.

Czy zamienił Pan kilka słów z Piotrem Nowakiem, szkoleniowcem Union?

AP:
Z Piotrkiem przywitałem się przed spotkaniem, ale na nic więcej nie starczyło czasu.

Ma Pan dwójkę dzieci: Filipa i Nicole. Czy podzielają pasję ojca? Czy ciągnie ich do sportu?

AP: Filip grał w piłkę do ukończenia szkoły średniej. Potem studiował Sportowy Marketing i Zarządzanie. Obecnie ma 23 lata i pracuje jako Dyrektor Marketingu w Trenton Steel - halowej drużynie amerykańskiego futbolu. Myślę, że zamiłowanie do sportu odziedziczył więc po mnie. Natomiast Nicole to bardziej artystyczna dusza. Bardzo ładnie maluje, ale za sportem nie przepada.

Od 2002 roku jest Pan obywatelem USA. Załóżmy, że Filip to wybitny piłkarz i ma dylemat, którą kadrę wybrać. Co na to tata?

AP:
USA to mój drugi dom, ale w sercu zawsze pozostanę Polakiem. Chciałbym więc, żeby reprezentował barwy Polski, ale ostateczną decyzję pozostawiłbym jemu samemu.

Prowadził Pan kiedyś szkółkę piłkarską. Czym jeszcze zajmuje się Pan oprócz sędziowania?

AP: Trenerką młodzieży zajmowałem się w No.1 Soccer Camps - jednym z najlepszych obozów piłkarskich dla dzieci. Przez ostatnie 5 lat skoncentrowałem się wyłącznie na sędziowaniu, ale po zakończeniu kariery zamierzam wrócić do pracy szkoleniowej.

Ile zarabiają sędziowie w USA?

AP:
W MLS wszystko zależy od doświadczenia (według ehow.com najbardziej doświadczony arbitrer główny na 4 Poziomie mógł w 2009r liczyć na pensję w wysokości $875 za mecz – przyp. TM). Na pewno nie jest łatwo wyżyć tutaj z samej sędziowskiej pensji, dlatego większość z nas to amatorzy, pracujący w swoich zawodach. Piłkarska federacja w USA zatrudnia tylko 3 zawodowych arbitrów. Tłumaczy się brakiem pieniędzy, choć jest uznawana za jedną z najbogatszych na świecie.

Czy żona nie robi Panu wymówek, że nie ma Pana w domu na weekendy?

AP:
Myślę, że Ewa się już przyzwyczaiła do moich ciągłych wyjazdów. To się na razie nie zmieni. Od momentu czerwcowej przeprowadzki do NJ w domu byłem może kilka dni.

Trzy lata temu, po tym jak afera korupcyjna w Polsce zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, mówiło się o tym, że zostanie Pan przewodniczącym Kolegium Sędziów PZPN. Ostatecznie nie otrzymał Pan jednak takiej propozycji – dobrze, że tak się stało? Co zrobiłby Pan gdyby taka oferta nadeszła?

AP:
Z pewnością potraktowałbym ją bardzo poważnie. Odwiedzam Polskę dosyć często i z każdą wizytą coraz bardziej widoczne są zmiany na lepsze. Ale takiej propozycji nie otrzymałem, więc myślę, że była to albo zwykła plotka, albo Zarząd PZPN obawia się zaoferować takie stanowisko niezależnej osobie, która jest poza wszelkimi układami.

W 2007 prowadził Pan finał MLS pomiędzy New England Revolution i Houston Dynamo. W następnym sezonie został Pan wybrany Arbitrem Roku w MLS. Które z tych wyróżnień ceni Pan bardziej i dlaczego?

AP: Sędziowanie finału MLS jest ogromnym wyróżnieniem i cenię je wyżej niż tytuł Arbitra Roku. Według mnie ten tytuł nie zawsze trafia w ręce naprawdę najlepiej spisującego się (w przekroju całego sezonu) sędziego. Dla przykładu rok, w którym wyróżniono moją pracę wcale nie uważam za najlepszy. Czasami ten tytuł otrzymuje więc „starszy”, bardziej doświadczony arbiter, niejako za całokszałt swojej kariery.

Nie jest Pan polskim jedynakiem w MLS. Na linii często asystuje Panu Adam Wienckowski. Czy ma papiery na wielkiego arbitra?

AP: Adam jest bardzo wysoko notowanym asystentem międzynarodowym. Był wytypowany do gwizdania podczas niedawno rozgrywanych Mistrzostw Świata do lat 20 w Kolumbii, ale – jak to bywa w przypadku sędziego-amatora - obowiązki zawodowe nie pozwoliły mu na ten wyjazd.

Czy kolekcjonuje Pan piłkarskie pamiątki? Która z nich jest najcenniejsza?

AP:
Oczywiście, że zbieram pamiątki, a jedną z najcenniejszych jest dla mnie bramkarska koszulka Liverpoolu, którą otrzymałem od Pana Jerzego Dudka. Jest na niej także jego autograf.

Gdyby sędziowie mogli zamieniać się koszulkami po meczu – z kim chciałby się Pan zamienić?

AP:
Z Leo Messim.
Ile kartek ma sędziowski notatnik i czy na każdym meczu używa Pan innego?

AP:
Jestem "uzbrojony" tylko w dwie kartki: żółtą i czerwoną. Tego samego kompletu używam już od dwóch lat i raczej wystarczy mi to do końca mojej kariery.

Jak zapatruje się Pan na nowinki w przepisach dotyczących sędziowania? Czy jest Pan zwolennikiem dodatkowych arbitrów za bramką? A może wolałby Pan, żeby jednak wprowadzono piłki z chipem, lub zezwolono na powtórki telewizyjne w spornych momentach?

AP:
Przez jeden sezon po boiskach USA biegało dwóch arbitrów głównych, jednak ten eksperyment kompletnie nie wypalił. Nigdy nie miałem okazji do prowadzenia meczu w systemie z sędziami na liniach bramkowych, ale uważam, że mogą się oni okazać bardzo pomocni. Na pewno nie wyeliminują wszystkich pomyłek, jednak liczba błędnych decyzji może znacznie się zmniejszyć. Co do powtórek telewizyjnych to myślę, że byłyby one szczególnie użyteczne przy korygowaniu decyzji o spalonym, ale musiałoby się to odbywać bez większych przerw w grze.

W lutym tego roku zdmuchnął Pan 47 świeczek na urodzinowym torcie. To o dwa lata więcej niż wynosi limit wieku sędziowskiego w FIFA. Zdarza się, że w najlepszych ligach grają 40-letni piłkarze, dlaczego więc nie podnieść wieku emerytalnego dla sędziów?


AP:
Piłka nozna to szybka gra, rozgrywana na dużym boisku. Obecnie zawodnicy są bardzo dobrze przygotowani fizycznie, w związku z czym nie jest nam łatwo nadążyć za akcją. W MLS nie ma limitu wiekowego, ale organizmu nie da się oszukać. Ja swoje braki w szybkości nadrabiam doświadczeniem i umiejętnością czytania gry. Z drugiej strony uważam, że jeżeli dany arbiter wypadnie pozytywnie podczas testów wydolnościowych to powinien być on dopuszczony do sędziowania bez względu na wiek. Wszyscy winni być traktowani jednakowo.

Wiemy, że pochodzi Pan ze Stalowej Woli i kibicuje Pan „Stalówce” – czy sędziom wypada głośno składać takie deklaracje?

AP: W Stalowej Woli się wychowałem, a Stal to mój macierzysty klub. Tam zaczynałem moją przygodę z piłką jako trampkarz i tam zadebiutowałem też w dorosłym futbolu. Dlatego „Stalówka” na zawsze pozostanie w moim sercu. Z tym sentymentem jest jednak różnie. W Polsce lokalni sędziowie nie mogą sędziować „swoim” drużynom na wyższym szczeblu. U nas nie ma to znaczenia. Sędzia z Nowego Jorku sędziuje New York Red Bulls i nikt nie ma z tym żadnego problemu.

Na kim wzorował się Pan jako sędzia? AP: Tak naprawdę to na nikim. Zawsze starałem się być na boisku sobą. Pewnie, że oglądając mecze zawsze staram się analizować pracę sędziów, czasem może "zapożyczyłem" od któregoś z nich jakiś sygnał lub gest, ale nigdy nie usiłowałem zostać czyimś sobowtórem. Uważam, że tylko ci sędziowie, którzy mają silną osobowość mogą zajść w tym zawodzie daleko. Każdy sędzia powinien także wypracować swój własny, indywidualny styl. Ale trzeba zawsze gwizdać bezstronnie i w ramach obowiązujących przepisów.

Niespełnione sędziowskie marzenie?


AP:
Moja przygoda z gwizdkiem w USA zaczęła się stosunkowo późno i m.in. dlatego nie otrzymałem nigdy żadnej szansy na pracę podczas poważniejszych futbolowych imprez międzynarodowych. Arbitrem zostałem w wieku 30 lat, ale już po 2 latach zaproszono mnie do prowadzenia spotkań w MLS. Oczekiwanie na amerykańskie obywatelstwo spowolniło tok wydarzeń i sędzią międzynarodowym zostałem dopiero w wieku 39 lat. Było to stanowczo za późno, aby zaistnieć na światowej arenie.

Jednak może się Pan pochwalić innym bezprecedensowym osiągnięciem: to Pan ukarał Davida Beckhama pierwszą żółtą kartką w jego karierze w MLS. Czy to najbardziej znany piłkarz, którego musiał Pan przywołać do porządku?

AP:
Nie prowadzę specjalnej listy „winowajców”, ale to prawda, że David otrzymał swój pierwszy żółty kartonik ode mnie.

A jak się ma sprawa z czerwonymi kartkami – którego gracza z wybitnym nazwiskiem musiał Pan wyrzucić z boiska?

AP:
Kiedyś, jeszcze jako młody stażem sędzia, wyrzuciłem z boiska Carlosa Valderramę za brutalny faul od tyłu.

Historia innych wykluczeń: sierpień 2010, mecz Seattle Sounders – Chivas USA. W doliczonym czasie gry z boiska wylatują Trujillo (Chivas) i Gonzalez (Seattle). Potem na Twitterze przyznał Pan, że popełnił Pan błąd.

AP:
Tak, tylko że ta decyzja nie miała wpływu na wynik spotkania, a mimo to została sztucznie rozdmuchana przez media z powodu komentarza na Twitterze. Napisałem tam, że jeden z zawodników zasłużył bardziej na karę niż drugi i że biorę na siebie całą odpowiedzialność. Ale trzeba pamiętać, że podjęliśmy decyzję tę wspólnie po konsultacji z moim liniowym i sędzią technicznym, a na dodatek później podtrzymała ją komisja dyscyplinarna.

Czy była to jedyna sytuacja, że miał Pan słabszy dzień, a Pańskie decyzje mogły wpłynąć/wpłynęły na końcowy wynik? Czy sędzia Alex Prus miał kiedykolwiek jeszcze moralnego kaca?

AP:
Moją najgorszą decyzją było nieodgwizdanie rzutu karnego w sierpniu 2006 roku w meczu Houston Dynamo z Chivas USA. Byłem wtedy chyba jedyną osobą, która nie widziała faulu w polu karnym w ostatniej sekundzie. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, moja głowa była już w szatni zamiast na boisku. W Polsce od razu by stwierdzono, że sprzedałem mecz. Dlatego też zostałem surowo ukarany: zawieszenie do końca roku. Ta pomyłka przysporzyła mi wiele nieprzespanych nocy i muszę przyznać, że byłem bardzo bliski zakończenia swojej sędziowskiej kariery.

Jeszcze jedna symulacja: do Pańskiej szatni przed meczem wchodzi wspomiany wyżej Beckham i mówi: „Alex, jest sprawa, tu masz walizkę, Galaxy musi dziś wygrać.” Jaka jest Pańska reakcja?

AP:
MLS to uczciwa liga, a David Beckham jest uczciwym, ciężko pracującym piłkarzem. Ja też - mimo, iż daleko mi do sędziowskiego ideału - nie bawię się w korupcję. Taka sytuacja w MLS jest niemożliwa. Mam nadzieję, że w Polsce - po aferze korupcyjnej - także.

Na koniec parafraza dowcipu o blondynce: jak się wreszcie wymawia Pańskie imię: Arek czy Alex?

AP:
W dowodzie i innych oficjalnych dokumentach figuruje Arkadiusz, ale w USA wszyscy mieli kłopoty z wypowiedzeniem tego imienia. Dlatego w środowisku sędziowskim jestem potocznie znany jako Alex.

_________________________________________________________________

Arkadiusz „Alex” Pruś, chronologicznie:

- 1964, 6 luty – przychodzi na świat
- 1964-85 – dorasta w Stalowej Woli i gra w Stali, w II lidze
- 1985 – spędza sezon w Igloopolu Dębica
- 1990 – wyjeżdza do USA
- 1994 – otrzymuje licencję sędziego stanowego
- 1996 – prowadzi mecz o Młodzieżowe Mistrzostwo USA (Youth National Championship) w Indianapolis
- 2002 – przyjmuje obywatelstwo USA
- 2004 – prowadzi dwa mecze kwalifikacyjne na olimpiadę w Guadalajarze (Meksyk)
- 2007 – prowadzi finał MLS
- 2008 – otrzymuje tytuł Najlepszego Arbitra MLS

text: Tomek Moczerniuk (email Tomek)
foto: Danny Blanik (email Danny)
, Bro Marek, Getty Images, archiwum Alexa Prusa.

sobota, 13 sierpnia 2011

Kim u licha jest Chris Konopka?

Komplet widzów zgromadzonych w sobotni wieczór na Red Bull Arena zachodziło w głowę kim jest zawodnik z nr. 40 na bramkarskiej koszulce miejscowych? Poznajcie Chrisa Konopkę, Jankesa z polskim paszportem, który trafił do MLS w 2007r., ale na swój debiut musiał czekać ponad 4 lata.

Chris urodził się 14 kwietnia 1985r. w Toms River, NJ. Jego przodkowie wyemigrowali do USA z Polski. W latach 2003-2006 z powodzeniem bronił barw akademickiej drużyny Providence College, z którą dwukrotnie wystąpił w krajowych finałach akademickiej ligi NCAA Div I. W międzyczasie grał też w IV-ligowych, amatorskich ekipach Jersey Shore Boca i Jersey Falcons.

W 2007r. Konopka trafił na listę graczy, których kluby MLS mogły „dobrać” do swoich składów podczas dodaktowego draftu. Sięgnęli po niego Wizards z Kansas City, ale nie rozegrał tam ani jednego meczu i po sezonie klub rozwiązał z nim kontrakt. Tego samego roku został powołany do szerokiej kadry olimpijskiej USA U-23 prowadzonej przez Piotra Nowaka, ale ostatecznie rok później do Pekinu nie pojechał.

Kolejne 3 lata spędził w Irlandii, gdzie mógł grać bez przeszkód, głównie dzięki uzyskaniu... polskiego paszportu. Pierwszym klubem Konopki był trzeci najbardziej utytułowany klub w historii futbolu Zielonej Wyspy: Bohemian FC Dublin. W pierwszej ekipie „Cyganów” Chris zagrał jednak tylko raz, ale wywalczył mistrzostwo i puchar kraju. Następnie przeniósł się do Sportingu Fingal, klubu który powstał w 2007r. i... po czterech latach przestał istnieć. W barwach „Kruków” wystąpił w sumie czterokrotnie, ale przyczynił się do pierwszego w historii awansu klubu do elity i triumfu w FAI (Puchar Irlandii). Na koniec swoich wyspiarskich wojaży Konopka bronił barw Waterford United, kolejnego klubu, występującego na zapleczu irlandzkiej ekstraklasy.

Zimą 2010r. o Konopce po raz pierwszy usłyszano w Polsce za sprawą testów w Jagiellonii Białystok, z której lada chwila miał odejść Grzegorz Sandomierski. Ówczesny lider Ekstraklasy nie zdecydował się jednak na zaoferowanie kontraktu obieżyświatowi z New Jersey.

Ostatnio Konopka usiłował powrócić na Wyspy Brytyjskie, ale w lipcu tego roku na jego talencie nie poznali się włodarze III-ligowego Oxford United. W międzyczasie wrócił też na stare śmieci i zaliczył kilka występów w rezerwach NY Red Bulls. Widocznie to wystarczyło, aby trener Hans Backe, który boryka się z licznymi problemami na pozycji bramkarza (liczne gafy Senegalczyka Bouny Coundoula i reprezentanta Kanady Grega Suttona, oraz kontuzja pozyskanego niedawno 38-letniego Franka Rosta, znanego z występów w Werderze Brema, Schalke i HSV Hamburg) postawił na Polaka w meczu z Chicago. Było to o tyle nieoczekiwane, że miał w odwodzie jeszcze podstawowego golkipera rezerw Alexa Horvatha, który jest w klubie od marca tego roku i zdążył nawet zadebiutować w MLS w bezbramkowej potyczce z Columbus Crew.

Konopka swoją szansę wykorzystał, bo w swoim debiucie spisał się nieźle. W pierwszej połowie piłkarze Chicago Fire strzelili mu dwa gole, ale nie miał przy nich wiele do powiedzenia. Próbkę swoich możliwości pokazał natomiast na 20.min przed końcem spotkania, kiedy w świetnym stylu obronił strzał Urugwajczyka Chavesa w sytuacji sam na sam. Ostatecznie spotkanie Red Bulls z czerwoną latarnią Wschodniej Konferencji zakończyło się remisem 2:2.

text: Tomek Moczerniuk (email Tomek)
foto: Danny Blanik (email Danny)

Polski bramkarz debiutuje w MLS

Chris Konopka, amerykański bramkarz polskiego pochodzenia zadebiutował w sobotni wieczór w lidze MLS. Urodzony w New Jersey Polak – mimo dwóch wpuszczonych bramek - spisał się nieźle, ratując w drugiej połowie New York Red Bulls od porażki z Chicago Fire. Mecz drużyn, które w tym sezonie spisują się dużo poniżej oczekiwań, zakończył się spodziewanym remisem 2:2.

W pierwszej części komplet widzów zgromadzonych na Red Bull Arena obejrzał ciekawe, rozgrywane w szybkim tempie spotkanie. Prowadzenie dla miejscowych uzyskał w 9.min Thierry Henry, który ładnym, technicznym strzałem zza pola karnego wykończył dwójkową akcję Daxa McCarty’ego i Dane Richardsa. 12. trafienie Francuza w tym sezonie wywindowało go z powrotem na czoło tabeli strzelców.

Chicago, które wygrało w tym roku zaledwie dwa spotkania, wyrównało w 16.min. Nowojorscy defensorzy Rafa Marquez i Team Ream nie zdołali złapać na spalonym Patricka Nyarko, który jeszcze 3 lata temu był zmiennikiem Tomasza Frankowskiego w ekipie Strażaków. Pochodzący z Ghany skrzydłowy pognał lewą stroną i dograł do środka wprost na nogę swojego rodaka Dominica Oduro, który nie zmarnował szansy. Co ciekawe najlepszy w tym sezonie strzelec Chicago (7 goli) grał w 2009r. w ekipie Red Bulls.

8.min później Fire zdobyło drugiego gola. Reprezentant Gwatemali Marco Pappa sprytnym lobem uruchomił ruchliwego Nyarko, który znalazł się sam na sam z Konopką. Polak, którego w zimie 2010 przymierzano do gry w Jagielloni Białystok obronił strzał skrzydłowego z Chicago, ale z dobitką zdążył Argentyńczyk Sebastian Grazzini, który wpakował piłkę pod poprzeczkę.
Miejscowi, którzy wygrali zaledwie dwa z ostatnich 18 spotkań, za wszelką cenę dążyli do wyrównania, ale mimo, iż w pierwszej części oddali aż 17 strzałów na bramkę Chicago ich próby spełzły na niczym.

Druga połowa rozpoczęła się od kontrowersyjnej sytuacji. Po akcji wyróżniającego się w tym meczu Joela Lindpere piłkę w polu karnym odbił jeden z obrońców Fire, ale prowadzący zawody Jair Marrufo nie dopatrzył się przewinienia. Nieprzychylna decyzja arbitra rozwścieczyła byłego reprezentanta Estonii, który w 64.min doprowadził do wyrównania po ładnej wrzutce Richardsa i technicznym strzale z woleja.

Więcej bramek już nie padło, choć Strażacy mogli wywieźć z New Jersey komplet punktów. W 71.min Konopka w świetnym stylu wybronił strzał wprowadzonego po przerwie Urugwajczyka Diego Chavesa w sytuacji sam na sam. Mecz pomiędzy królami remisów (w sumie aż 27 w tym sezonie) zakończył się więc sprawiedliwym podziałem punktów.

W następnej kolejce Red Bulls będą szukać punktów na wyjeździe w meczu z drugą najgorszą ekipą na Wschodzie New England Revolution. Drużyna z Bostonu, której obecnie brakuje 9 oczek do miejsca premiowanego awansem do fazy play-off, będzie chciała zrewanżować się nowojorczykom za porażkę 1:2 odniesioną na Red Bull Arena 10 czerwca.


text: Tomek Moczerniuk (email Tomek)
foto: Danny Blanik (email Danny)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Chris Broderick: “Koniec z ostrymi balangami”

27 lipca legendarny zespół Megadeth zagrał dla fanów metalu podczas festiwalu Rockstar Energy Drink Mayhem w Holmdel, NJ. Oto co główny gitarzysta grupy z Los Angeles, Chris Broderick, miał do powiedzenia na temat kapeli, Mayhem oraz Big 4: trasy koncertowej, podczas której Megadeth zagra u boku trzech innych, być może najznakomitszych grup w historii muzyki tego gatunku.

Cofnijmy się w czasie do roku 1983. Dave Mustaine "opuszcza" Metallicę i – wraz z Dave Ellefsonem - tworzy Megadeth. Gdzie był i co robił w tamtym czasie Chris Broderick?

CB:
Miałem wtedy 13 lat, więc zapewne siedziałem w swoim pokoju i waliłem w struny mojej gitary. Dopiero zaczynałem się „bawić” w muzykę, ale mimo to nic innego mnie wtedy nie kręciło.

Kogo słuchałeś jako nastolatek? Czy marzyłeś o karierze metalowca? CB: Wszystko zaczeło się od Van Halena i reszty "shredderowców”: z Rhoadsem i Steve Vaiem na czele. Oczywiście wtedy jak najbardziej marzyłem o tym, żeby grać u boku jednego z nich w znanej i popularnej kapeli.

I twoje marzenie ziściło się w 2008 roku, kiedy w Megadeth zastąpiłeś Glena Drovera. Podobno wstawił się za Tobą jego brat Shawn. Jak do tego doszlo? CB: Racja! Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej rekomendacji (śmiech)! Ale tak naprawdę to i Glen miał w tym wszystkim sporo do powiedzenia. Kiedy już wiedział, że odejdzie zaczał – do spółki z bratem - na poważnie zastanawiać się, kto mógłby się podjąć tej roboty. Mieli na oku kilku gości, ale ostatecznie przekonały ich moje filmiki na youtube (śmiech). Obaj postawili na mnie i dzieki temu - i internetowi - tutaj jestem (śmiech).

Dave Mustaine powiedział, że moment, w którym zagrał z Tobą po raz pierwszy można było porównać do chwili "gdy Ozzy Osbourne poznał Randy Rhoadsa". On też nazwał Ciebie "najlepszym gitarzystą w historii Megadeth". Zgadasz się z tą opinią?

CB: No nie wiem, bo to naprawdę wielkie słowa. Cieszę się, że Dave tak uważa, bardzo mi to schlebia i jestem mu za to wdzięczny, ale ocenianie kto jest/był najlepszy w Megadeth jest jak porównywanie jabłek do pomarańczy. To tylko i wyłącznie kwestia osobistych preferencji.

8 Lutego 2010 David Ellefson zastąpił Jamesa LoMenzo i wielki "comeback" stał się faktem. Jak się czujecie mając go z powrotem w zespole?

CB:
Fantastycznie! On i Mustaine znają się jak łyse konie, a chemia między nimi jest niesamowita! Doświadczam tego każdego dnia, a fakt, że gram u boku tak wielkiej ikony metalu napawa mnie dumą. Dave E. to świetny muzyk i równy gość. Zarówno na scenie jak i poza nią dobrze się bawimy i rozumiemy.

Tego lata gracie na głównej scenie festiwalu Mayhem wraz z Disturbed, Godsmack, Trivium. Jak dobrze znasz te kapele?

CB:
W 2006 roku, kiedy byłem jeszcze w Nevermore, graliśmy z Disturbed podczas tourneé po Europie. Występowaliśmy w charakterze "opening band", ale oni wcale nas tak nie traktowali. To świetny zespół i fajne chłopaki.

Mayhem Festival potrwa 35 dni. Czy nie jest Wam ciężko grać niemal codziennie przez ponad miesiąc?

CB:
To faktycznie długi okres czasu, ale to w końcu nasza praca i musimy być gotowi, aby każdego dnia dać z siebie wszystko. Na Mayhem można nieźle poszaleć. Zapraszamy.

Czy jest możliwość, aby się z Wami spotkać, pstryknąć fotkę, zdobyć autograf?

CB:
Takie spotkania się odbywają, tylko jak zwykle organizuje je nasz fanclub, dlatego nie jestem za bardzo "w temacie" i nie znam szczegółów.

Przed Mayhem wystąpiliście na wielce oczekiwanym the Big 4 tour w Europie. Który numer według Ciebie zajmuje Megadeth?

CB: Wśród Wielkiej Czwórki? Na scenie to wygląda to tak: Anthrax, my, Slayer i Metallica. Więc kolejność w metalowej hierarchii będzie odwrotna. Brzmi w sam raz.

Z tą historyczną trasą zagościcie także we wrześniu na Yankee Stadium. Dlaczego nie ma w planach większej liczby występów w USA?

CB:
To nie jest tak, że będzie to jedyny show w Stanach. W kwietniu graliśmy już w Indio w Kalifornii i było czadowo. 55000 fanów dostarczyło nam mnóstwa frajdy i energii. Jeśli chodzi o wrzesień to z tego co wiem jakieś rozmowy na temat dodatkowych koncertów się toczą, ale to też jest niejako poza mną. Ja mam się skupić na tym, żeby zawsze i wszędzie być gotowym do gry.

Scott Ian z Anthrax powiedział, że w Nowym Jorku wszyscy wspólnie zagracie “Am I Evil?”. Czym jeszcze zaskoczycie widzów?

CB: Jeśli coś takiego nastąpi to będzie to wpływ chwili, totalny spontan. Nie planujemy żadnych, wielkich niespodzianek, ale nawet jeśli by tak miało być to chyba lepiej, żeby to wszystko pozostało tajemnicą, nie uważasz? Co to za niespodzianka, o której wszyscy wiedzą?

Czyją twórczość cenisz najbardziej i jaki jest Twój ulubiony utwór spośród Big 4?

CB: Jak dla mnie to będzie zawsze Metallica i Master of Puppets. Ten utwór jest znakomity, podobnie zresztą jak cały album. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy od razu przypadł mi do gustu, bo odnalazłem w nim siebie. Teraz też, gdy tylko do niego wracam, natychmiast powracają wspomnienia z tamtych czasów dorastania. Naprawdę, wywarł on na mnie kolosalne wrażenie.

Najlepsze wspomnienie z Megadeth?

CB:
Z pewnością takim wydarzeniem był dla mnie występ w stolicy Bułgarii. Zarówno fani jak i cała oprawa ze światłami i kamerami były w Sofii wprost niewiarygodne. Całe miejsce wibrowało od energii i dostarczyło nam niesamowitych doświadczeń. Także w Polsce, w Warszawie, graliśmy przed najliczniejszym tłumem jaki można sobie wyobrazić. Oba te występy były po prostu szalone.

A najgorsza rzecz jaka ci się przytrafiła?

CB:
Ciężko powiedzieć, ale w ubiegłym roku - w odstępie jednego miesiąca - miałem serię bolesnych upadków na scenie. Przewróciłem się z 5-6 razy. Szczególnie boleśnie pamiętam koncert w stanie Oregon. W pewnej chwili próbowałem przeskoczyć przez platformę z kablami od świateł, żeby być jak najbliżej fanów, ale zahaczyłem o nią piętą, straciłem równowagę i runąłem do tyłu. Upadłem na plecy i wyrżnąłem się zdrowo w głowę, co było piekielnie bolesne. Byłem oszołomiony i zdezorientowany, ale trzeba było się natychmiast pozbierać i grać dalej. Jestem pewien, że wyglądało to komicznie, ale mi wcale nie było do śmiechu. O mało nie złamałem sobie karku.

Dwa lata temu wydaliście swój 12-ty album Endgame. Wieść niesie, że pracujecie nad następnym. Będzie lepszy niż poprzednie?

CB:
Tak, pracujemy już nad szczęśliwą "13-stką" (śmiech). Utwory zostały napisane jakiś czas temu i właśnie teraz kończymy nagrywanie. Czy będzie najlepsza ze wszystkich? Tak sądzę. Z muzyką jest bowiem tak, że podczas komponowania trzeba się z nią maksymalnie utożsamić i zintegrować. Człowiek niejako musi się “stać” muzyką, którą tworzy. Zawsze też trzeba wierzyć, że to co robisz jest i będzie najlepsze. Poza tym z wiekiem człowiek staje się dojrzalszy i podobnie dojrzewają muzyczne kompozycje. Dlatego nie ma w tym ani cienia przesady jeśli powiem, że z kazdą kolejną płytą jesteśmy coraz lepsi.

To do Was należy rekord w nominacjach do Grammy Awards w kategorii Best Metal Performance. Ani razu jednak nie zdobyliście tej statuetki, podczas gdy n.p. Metallica ma ich aż 6. Spisek? Ściema? Oszustwo?

CB:
(śmiech) Nie, nic z tych rzeczy. Z pewnością przełamalibyśmy tę passę w przyszlym roku, gdyby nie to, że... już tej kategorii nie ma (śmiech). Tak na serio to nie mam pojęcia kto decyduje o przyznawaniu tych nagród i czy werdykty odzwierciedlają rzeczywiste opinie fanów. My sami wiemy, że ludzie nas doceniają, a sam fakt, że zebralismy aż 9 nominacji też ma swoją wymowę.

Wolisz koncertować czy pracę w studio?

CB: Najbardziej lubię komponować, potem jeździć koncerty i na końcu nagrania. W tym ostatnim najbardziej nie lubię ciśnienia, zmagania sie z czasem, "deadlines". To zwykły proces produkcyjny, manufaktura. Nie ma tam miejsca na kreatywne myślenie, tak jak w przypadku tworzenia piosenek. A ja lubię życ zarówno "muzyką" jak i "z muzyką". Cały czas w mojej głowie tworzą się nowe rzeczy, nad którymi zaraz potem staram się pracować.

Czy możesz porównać występy w USA do tych poza Ameryką?

CB: Dla mnie każdy koncert jest inny. Choć kiedy gramy w Europie, lub innym miejscu poza USA, mam wrażenie, że tamtejsi fani bardziej doceniają to, że mogą nas zobaczyć na żywo. Nie zawsze przecież wracamy w to samo miejsce, do tego samego kraju. Czasem powrót zajmuje nam kilka lat, stąd ta "tęsknota i głód” za spotkaniem z nami. Oprócz tego chodzenie na koncerty to moim zdaniem także bardzo osobista sprawa. Dlatego ja nigdy nie mam specjalnych oczekiwań odnośnie zachowania tłumu. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy walą na koncert, aby posłuchać muzyki i zobaczyć artystę na żywo. Inni są tam żeby zaszaleć: popogować, zajarać skręta albo skoczyć ze sceny. Każdy jest tam w innym, personalnym celu, dlatego ich reakcje są różne i nieprzewidywalne.

Twoja kapela zawsze słynęła z problemów z używkami/alkoholem, ale Ty - prawdziwy okaz zdrowia - nie wpisałeś się w ten krajobraz. Czy dalej ostro imprezujecie czy też koledzy potulnie idą za Tobą na siłownię?

CB: (śmiech) Nie, czas ostrego balangowania się skończył. Kiedy jesteśmy w trasie wiadomo, że zawsze jest okazja do melanżu z innymi grupami, ale to już nie polega na łapaniu butli, odkręcaniu korka i piciu z gwinta aż do dna. Nie jesteśmy młodzieniaszkami i zdajemy sobie sprawę, że jeśli chcemy dzień w dzień dać z siebie wszystko na koncertach musimy zadbać o kondycję i samopoczucie. Dlatego schodząc ze sceny jednego dnia już skupiamy się na odpoczynku przed dniem następnym. Nie mamy jednak żadnych reguł, każdy z nas robi to na własną rękę. Ja akurat dbam o formę chodząc na siłownię i czasem faktycznie zdarzy się, że spotkam tam moich kolegów.

Masz zaledwie 41 lat co czyni Ciebie najmłodszym członkiem grupy – czy jesteś z tego powodu wykorzystywany w jakiś sposób?

CB:
Wcale! Chłopaki nie każą mi robić niczego specjalnego, nie przynoszę im pantofli, nie muszę śpiewać na zawołanie. Nic z tych rzeczy. Zresztą - mimo iż podoba mi się jak to nazwałeś, że mam "zaledwie" tyle lat - oni wcale nie są ode mnie dużo starsi.

Zanim zaczęła się Twoja przygoda z Megadeth grałeś w Jag Panzer i Nevermore – tęsknisz za wiarą z tych kapel?

CB: Jasne że tak. Staram się być z nimi w kontakcie, choć czasem jest to trudne z wielu powodów. To jest tak jak z dobrym kumplem: wiesz, że zawsze gdzieś tam dla ciebie jest, ale nie zawsze masz czas, żeby z nim pogadać.

Czym różni się Twoja obecna kariera w Megadeth od występów w poprzednich zespołach?

CB:
Różnica jest ogromna. Przede wszystkim presja w Jag Panzer czy Nevermore nie była aż tak wielka i uciążliwa. Wiadomo, że było ciśnienie, ale zaraz potem był okres na odprężenie. Teraz zarówno sceny, na których występuję jak i obciążenie psychiczne są dużo większe. To z jednej strony daje mi mnóstwo frajdy, ale stałe bycie pod lupą może być męczące.

Ale odpowiada Ci żywot gwiazdy rocka?

CB:
(śmiech) Nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę się czuł, czy zachowywał jak "Rockstar", ale owszem, czasami fajnie jest trochę poudawać. Ma to swoje dobre strony. (śmiech)

W internecie można zobaczyć filmik z kręgielni lub na nartach wodnych z Tobą w roli głównej. Jesteś wysportowany i regularnie odwiedzasz siłownię. Czy interesujesz się też jakimś sportem?

CB: Kiedyś kibicowałem kilku drużynom, ale kosztowało mnie to strasznie dużo zdrowia i emocji. Bo n.p. jeśli mojej drużynie nie szło, to bardzo mnie to wkurzało i traciłem mnóstwo nerwów. W końcu zadałem sobie pytanie: po jaką cholerę inwestuję swoje uczucia w coś, na co tak naprawdę nie mam żadnego wpływu? I dałem sobie z tym spokój. Zresztą teraz to i tak nie miałbym na to czasu. Jeśli nadarzy się ku temu okazja to chętnie obejrzę mecz w hokeja lub zawody X-games. To pierwsze bo pochodzę z Kolorado, a drugie, bo kręci mnie snowboard i wodne narty. Ale to wszystko ma charakter przelotny: jeśli akurat mam trochę czasu i oglądając TV natknę się na coś w tym stylu to wtedy dopiero poświęcam temu trochę uwagi.

Wspomniałeś o “emocjach” i "uczuciach". A co z założeniem rodziny? Czyżbyś nie spotkał jeszcze na swojej drodze tej jednej, jedynej?

CB: Nie chodzi o to. Jestem po prostu zbyt zajęty. Należę do tych osób, które - jeśli miałyby rodzinę - poświęciłyby jej całego siebie. A w takiej sytuacji musiałbym zrezygnować z koncertów, tworzenia, kariery. A takie właśnie są moje priorytety na dzień dzisiejszy i tylko i wyłącznie na tym skupiam moją uwagę.

rozmawiał: Tomek Moczerniuk
papatomski@gmail.com

facebook.com/papatomski